Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

W rytmie teleturnieju (Danuta Bieńkowska, „Wielka Gra”)

Posted on 27 października 2020 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Wielka Gra

Warszawa, koniec lat sześćdziesiątych. Ilka ma 17 lat, przyjaciela Piotra, rozwiedzionych rodziców, zaharowującą się matkę i brata ladaco, który wpadł w nieciekawe towarzystwo. Ma też skonkretyzowane plany życiowe (studiować biologię!), ale ze względu na rodzinną sytuację finansową będzie musiała iść do pracy zamiast na uniwersytet. Szansą na zdobycie pieniędzy jest według niej występ w telewizyjnej „Wielkiej Grze”. Dorosłe otoczenie nie pała jednak wielkim entuzjazmem do tego pomysłu.

U progu dojrzałości

Dziewczyna ma też sporą ambicję, a ta źle reaguje na niepowodzenia. Jedna nieudana lekcja wuefu sprawia, że Ilka pogrąża się w piętrowym kłamstwie i gdyby nie stary lekarz, który diagnozuje jej problem ze sobą, byłoby z nią krucho. U progu formalnej dojrzałości, której wyznacznikiem ma być traktowana niczym fetysz matura, bohaterka próbuje ogarnąć swoje życie i problemy – rodzinne, uczuciowe, ale też szkolne, dojść do ładu z samą sobą: niekiedy jeszcze dość dziecinną, innym razem rozsądną i odpowiedzialną, „z zasadami”, jak to sama ujmuje. Wszystko to dzieje się w rytmie kolejnych odcinków „Wielkiej Gry”, do której jednak się zgłasza. Próby rozkręcenia życia towarzyskiego kończą się aferą z zaginionymi płytami i kłótniami z Piotrem, wyjazd na obóz narciarski – kompromitacją, przyspieszona nauka do teleturnieju – spięciami z matką i nauczycielami. W kłopoty wpada brat i szkolne przyjaciółki. A choroba matki oznacza przyspieszony kurs dorosłości i zbliżenie z obojętnym wcześniej ojcem.

Fetysz matury

„Wielka Gra” to jedna z tych młodzieżowych powieści, które starały się dać nastoletnim czytelnikom możliwie dużo: pokazać, jak radzić sobie z własnymi problemami, z rodzicami, szkołą, rówieśnikami, jak znaleźć życiowy kompas, czym się kierować, żeby wyjść na ludzi. Wszystko to wydziela niekiedy dydaktyczny smrodek: rodzice i nauczyciele każą się uczyć, „bo matura”, po mieście lepiej się nie włóczyć, „bo matura”, do telewizji się nie pchać, „bo matura”. Matura oznacza tu przepustkę do lepszego życia, studiów, awansu społecznego, choć obrotna ekspedientka potrafi zarabiać więcej niż człowiek z wyższym wykształceniem. Poza tym nie kłamać, nie kombinować, rozwijać się, pracować nad sobą, czytać wartościowe książki i uprawiać poranną gimnastykę – takie z grubsza rady słyszy Ilka od swojego starego doktora. Zaharowani rodzice i zasadniczy profesorowie licealni niechętnie patrzą na płochość, przekonani, że lepiej się hartować do trudów życia, niż tracić czas na błahe, ich zdaniem, rozrywki. Widać to doskonale nie tylko w niechętnym stosunku grona pedagogicznego do telewizyjnych sukcesów Ilki, ale też w pierwszomajowej scenie w domu Ludki, córki tramwajarza, robotniczego działacza. Złem najgorszym jest chodzenie na skróty, próby dorobienia się nielegalnymi sposobami – a przypomnę, że były to czasy walki ze spekulacją, zakończoną wyrokiem śmierci w „aferze mięsnej”. Nic dziwnego, że matka Ilki drży, że jej syn wdał się w podobne sprawki. Gomułkowska Polska w tle, pomijając kwestię spekulacji, zarysowana jest dość wątło: na telewizję chodzi się do sąsiadów, rajstopy oddaje się do repasacji, płyty Beatlesów kupuje w komisach, do szkoły chodzi w fartuchu z białym kołnierzykiem i czytuje „Express Wieczorny”. W gruncie rzeczy jest to jednak nieźle napisane i przemiany bohaterki obserwuje się z zainteresowaniem. Czasem jest trochę drętwej mowy, ale tak naprawdę zirytował mnie tylko chwyt nader często wykorzystywany w powieściach dla młodzieży, od „Szpaków z Muranowa” Korczakowskiej do „Kwiatu kalafiora” Musierowicz i „Zabić ptaka” Ewy Ostrowskiej: jeśli autor/-ka chciał/-a przyspieszyć dojrzewanie bohatera/-ki, to matka lub ojciec szedł do szpitala, bo zawał, bo przemęczenie. Przy okazji dzieciaka wpędzało się w poczucie winy, szczególnie jeśli rodzic zachorował po wielkich porządkach, w których progenitura nie pomagała, bo matura albo po prostu lenistwo. Pozostawiony sam sobie nastolatek musiał się w błyskawicznym tempie ogarnąć, co zwykle następowało w finale ku zadowoleniu rodziny i społeczeństwa. Bieńkowska też zmierza ku happy endowi, bo czyż Ilka, wyposażona przez otoczenie w życiowe rady i przeczołgana chorobą matki, miałaby nie stać się odpowiedzialną obywatelką?

PS. U licha, zdrobnieniem od jakiego imienia jest Ilka?

Danuta Bieńkowska, Wielka Gra, ilustr. Anna Stylo-Ginter, Nasza Księgarnia 1986 (wyd. 5, nakład 50 tys. egz.).

30 thoughts on “W rytmie teleturnieju (Danuta Bieńkowska, „Wielka Gra”)”

  1. AgaGaga pisze:
    27 października 2020 o 11:53

    Ilka – może od Ilona?
    Czytałam to!!! Sto lat temu :-) w ogóle nie pamiętam innych wątków niż ten tytułowy. Pamiętam, że stresowałam się – wygra czy nie wygra?
    Znaczy się, dobrze napisane, skoro do dziś pamiętam te nerwy :-)

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      27 października 2020 o 11:57

      No musiała wygrać, iaczej cała książka byłaby na nic :) Na FB też kilka osób obstawia Ilonę, mnie się bardziej kojarzy Emilka – Ilka.

      Odpowiedz
  2. AgaGaga pisze:
    27 października 2020 o 12:12

    Hmmm, racja. Emilka też pasuje

    Odpowiedz
  3. czytankianki pisze:
    27 października 2020 o 13:01

    W sumie problemy jak w serialu „Wojna domowa”, tyle że tam z humorem. Uczyć się, być grzecznym, schludnym i naturalnie uczciwym. To chyba dość popularny trend w lit. młodzieżowej był.
    Varga chwaląc Niziurskiego podkreślał, że np. u Ożogowskiej dydaktyzm był nieznośny – przyznaję, nie pamiętam, bo nie powtarzałam lektur. Zgodzisz się z nim?

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      27 października 2020 o 13:18

      Zgadza się, ta sama epoka, to samo podejście pedagogiczne. I faktycznie Wojnę domową ratował humor. Dydaktyzm u Oźogowskiej – zwykle jest, tylko w różnej dawce i bohaterowie swoje nauczki odbierają, żeby się „naprostować”. Z perspektywy lat najgorzej, moim zdaniem, wygląda Dziewczyna i chłopak. Taka dezynwoltura pedagogiczna jak u Niziurskiego nie pojawiała się chyba u nikogo innego.

      Odpowiedz
      1. czytankianki pisze:
        27 października 2020 o 13:37

        Widocznie Niziurski naprawdę rozumiał dzieci i młodzież.;) W końcu trochę rozrabiać muszą, bo kiedy jak nie we wczesnej młodości.Może sobie przejrzę „Dziewczynę i chłopaka”, swoją drogą chyba wyborna lektura dla zajmujących się „tym strasznym dżenderem”.;)

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          27 października 2020 o 15:15

          Wiesz, on też miewał swoje smrodki, ale starannie ukryte pod wszystkimi tymi wygłupami. Natomiast Dziewczyna i chłopak, to jest poniekąd zgroza, dziewczyna, która obrywa za chłopaka i „mężnieje”, ale w finale grzecznie wraca do roli miłej dziewczynki :( Oraz chłopięca pogarda dla dziewczynek w pełnej krasie.

          Odpowiedz
          1. czytankianki pisze:
            27 października 2020 o 15:39

            Miewał, bo może musiał?
            Uprzedzenia i spychanie na margines dziewczynek dość często były obecne w literaturze młodzieżowej. Może nie było to nachalne, ale wiadomo było, że koleżanki do pewnych zabaw się nie nadają, mają swoje. W powieściach na ogół były to zakochane pannice, ewentualnie miały problemy rodzinne. Niewiele pamiętam „rozbójniczek” typu Karioka z Tolka Banana.

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              27 października 2020 o 15:44

              Podejrzewam, że chciał. Chociaż to głównie w Awanturze w Niekłaju, reszta była raczej odjechana. Podział wg płci jest oczywisty w tych książkach, wiadomo Siesicka dla dziewczyn, Szklarski dla chłopców, a jak się czyta nie tak, to się jest dziwadłem :) Ale Oźogowska zmarnowała znakomitą szansę właśnie na pokazanie obu płciom zalet i wad bycia „drugą stroną”. Karioka, tak. Ja bym dorzucił dziewczyny z książek Ewy Lach, szczególnie Grażynę z Romea, Julii i błędu szeryfa, nie rozbójniczka, ale szacunek na dzielni miała :)

              Odpowiedz
              1. czytankianki pisze:
                28 października 2020 o 10:43

                Fakt, w Dziewczynie i chłopaku można było przełamać schematy. Przecież nikomu nie stałaby się krzywda.;)
                Rzeczywiście U lach były takie bohaterki, choć pamiętam jak przez mgłę.

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  28 października 2020 o 12:51

                  Ja rozumiem problem z przełamywaniem stereotypów w latach 70., ale chociaż akcenty można było inaczej rozłożyć. Ale Oźogowska do rewolucjonistek nie należała. I znowu wracamy do Niziurskiego, u którego jest sporo niezależnych dziewczyn, które mają w nosie opinie otoczenia.

                2. czytankianki pisze:
                  28 października 2020 o 14:05

                  I może dlatego, nie zdając sobie sprawy z dżenderowych niuansów, zawsze wolałam Niziurskiego.;) Zresztą jako nastolatka w ogóle nie przepadałam za książkami pisanymi przez kobiety, bo z góry zakładałam, że będą zbyt „dziewczyńskie”. Dzisiaj wiem, że pewnie miałam dość wtłaczania dziewczęcych bohaterek w utarte schematy.

                3. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  28 października 2020 o 15:28

                  Ja czytałem jak leci, o ile pamiętam, minus May i Szklarski, bo nie wytrzymywałem ani Indian, ani tej nudy Tomków :D Swoją drogą, przecież te książki opisywały to, co widzieliśmy dokoła, i trudno było wtedy jakoś krytyczniej na nie spojrzeć. Dopiero po latach robi nam się zimno na te wszystkie wzmianki o klapsach i laniach, o wymaganiu, żeby dziewczyny sprzątały i zmywały gary, ojców, którzy nie potrafią zrobić jajecznicy i prania. Chociaż akurat ja bylem i tak w dobrej sytuacji, bo mój ojciec prał i robił jajecznicę, ręki nie podnosił, a mama szkoliła mnie kuchennie (lubiłem) i sprzątaniowo (nie lubiłem).

  4. Bazyl pisze:
    28 października 2020 o 14:26

    Uuu, pamiętam Wielką grę. Jedyny teleturniej, gdzie od pierwszego pytania człowiek wiedział, jak niewiele wie. Chyba, że akurat trafił na temat związany choć trochę z aktualnym wtedy hoplem, to … tak samo :P Charakterystyczny głos pani Ryster, która zaczęła prowadzić WG w roku moich narodzin mam w uszach do dziś :) A fenomen matury zamienił się w fenomen magistra, przy czym ja od dłuższego czasu postuluję, przy ciągle obniżanych wszędzie wymaganiach, żeby dyplom dawać wraz z aktem urodzenia. Prostsze i przede wszystkim tańsze :P

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      28 października 2020 o 15:33

      Och, wszyscy pamiętamy WG :) Chociaż tu jest opisywany wcześniejszy etap rozwojowy programu. Z tematów najbardziej lubiłem Trylogię, mitologię i wszystkie muzyczne. W kwestii dewaluacji wykształcenia nie będę się wypowiadał, szczególnie jak posłuchałem o obniżaniu wymagań egzaminacyjnych w związku z pandemią. Najpierw wypychamy programy szkolne idiotyzmami do wypęku, a potem łaskawie zezwalamy, żeby jednak niekoniecznie wszystko realizować. Łaskawcy cholerni.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        29 października 2020 o 14:05

        Och, muzyczne! Ten zachwyt, kiedy uczestnicy po paru taktach wskazywali, które to z kolei opus, a człowiek oniemiały, że tak można i co to do cholery ten opus :P I nie, nie chciałbym mówić, że kiedyś to było lepiej, bo nie było, ale jakość naszej edukacji mimo wszystko jawi mi się jako lepsza. Np. do tej pory pomagam Młodszemu językowo z rosyjskiego i, mimo że do tej chwili nie miałem z tym językiem do czynienia, daję radę :) No i miałem „przyjemność” współpracować ze świeżo upieczonymi magistrami. Albo pech albo … No właśnie :P
        PS. Żeby nie odejść całkiem od meritum wpisu, to natchnąłeś mnie do przeczytania nieczytanych pozycji z Klubu siedmiu przygód. Jedną mam już nawet na stoliczku, tylko muszę dokończyć rzecz o Humboldcie :D

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          29 października 2020 o 14:47

          Tak, to było niesamowite, ja do dziś potrafię piosenkę rozpoznać dopiero jak refren wejdzie, a co dopiero opusy :D I rosyjski też mam wbity na mur, jak po 30 latach wrócilem do nauki, to się okazało, że brakuje mi słówek, ale całą gramatyka tkwi na mur.
          To teraz się przyznaj, co czytasz o Humboldcie i co masz z K7P.

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            29 października 2020 o 22:36

            O Humboldcie, to wiadomix :P A z K7P – E.W. Holding „Jim Starling” :)

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              30 października 2020 o 09:25

              W takim razie Humboldta znam, ale Starlinga musiałem sobie wyguglać. Cykl sensacyjny brzmi nieźle.

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                30 października 2020 o 13:04

                Poczytamy, zobaczymy. Co prawda nie sądzi się książki po okładce, ale to jednak grafika pana Rozwadowskiego mnie do niej przekonała :) I nic dziwnego, że guglałeś, bo do czasu znalezienia też nigdy na oczy nie widziałem :)

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  30 października 2020 o 14:43

                  Grafika Rozwadowskiego każdego by przekonała, wiadomo :) Czytaj, chciałbym wiedzieć, czy warto szukać.

  5. czytankianki pisze:
    29 października 2020 o 11:39

    Kontynuuje tutaj, bo drzewko się skończyło. Miło wiedzieć, nie tylko dla mnie Szklarski był nie do strawienia.;) Indianie też mnie zawsze jakoś odstręczali, może za dużo naoglądałam się westernów.;(
    Masz rację, trudno było krytycznie spojrzeć na literaturę młodzieżową, co najwyżej wyczuć fałsz.
    Świetne wzorce miałeś w domu. U mnie na oko było równościowo, bo ojciec z racji renty zajmował się (fantastycznie) małą siostrą, a rodzicielka chodziła do biura. Niestety po powrocie z pracy sama odwalała większość prac domowych (niby jej pomagałam), tak więc dojrzewałam w przekonaniu, że sorry, taki model rodziny to nie dla mnie. I tak mi pozostało do dziś, co mi bardzo odpowiada.;)))

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      29 października 2020 o 11:44

      Na pewno nie wychowywalem się w modelu matka w kuchni, ojciec na kanapie. Aczkolwiek w kwestii tresury w sprzątaniu matka przesadziła i mam teraz silną fobię do porządków :D

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        29 października 2020 o 14:07

        A ja tam byłem indiańsko kowbojski. Zaczytywałem się groszówkami z Globu i Wernicami. Szklarskimi zresztą też. Z kolei ominęła mnie faza SF, oprócz jakichś tam młodzieżówek Peteckiego (chyba?) i Broszkiewicza, tych z akcją w kosmosie :)

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          29 października 2020 o 14:44

          Ooo, groszówki z Globu, miałem komplet, nawet przeczytany, ale serce mi zabiło tylko do jedynej w zestawie powieści pirackiej :D

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            30 października 2020 o 13:05

            Pirackiej?! Pierwsze słyszę :)

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              30 października 2020 o 14:42

              Złoto z Porto Bello, prequel do Wyspy Skarbów, sam miód i orzeszki :)

              Odpowiedz
  6. Joanna pisze:
    29 października 2020 o 12:14

    Według mojego telefonu :-) Ilka jest zdrobnieniem od Ilzy, która z kolei pochodzi ze zdrobnienia niemieckiej odmiany Elżbiety – Ilse. A tej Bieńkowskiej nie czytałam akurat. Pozdrowienia

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      29 października 2020 o 12:22

      Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce po wojnie ktoś dał dziecku na imię Ilza, o Ilse nie mówiąc, sentymenty antyniemieckie były zbyt żywe. Pozdrawiam.

      Odpowiedz
  7. dziennikksikoholiczki pisze:
    30 października 2020 o 19:42

    Co prawda nie jest to moja bajka, ale mimo wszystko brzmi naprawdę i interesująco!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. 
Przekład Tomasz Bieroń
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. Przekład Tomasz Bieroń
1 miesiąc ago
View on Instagram |
1/5
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
2/5
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia.
Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia. Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
3/5
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
4/5
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. 
„Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Zbigniew A. Królicki
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. „Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Zbigniew A. Królicki
3 miesiące ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT