Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Płynna autentyczność (Lydia Pyne, „Prawdziwe fałszerstwa”)

Posted on 8 listopada 202111 lutego 2024 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Prawdziwe fałszerstwa

Wykorzystując przykłady z rozmaitych dziedzin, od archeologii do historii sztuki i od rynku diamentów do produkcji aromatów spożywczych, autorka zastanawia się nad kwestiami fałszerstw. Podrabiany list Szekspira sprzedawany jako autentyk to ewidentne oszustwo, ale czy sztuczny aromat bananowy to również falsyfikat? Dlaczego replika wieloryba w poważnym muzeum uznawana jest za wiarygodną, a ta z objazdowego lunaparku już niekoniecznie? Jakie czynniki wpływają na postrzeganie przedmiotów jako fałszywych? Kiedy ewidentne fałszerstwa stają się poszukiwanymi autentykami?

Aromat identyczny z naturalnym

Wydaje się, że pojęcie fałszerstwa jest oczywiste. Szkiełko sprzedawane jako brylant, podrabiany banknot, „lewe” buty znanej marki to ewidentne fałszywki. Podobnie jak sfabrykowane listy Szekspira, tworzone dla spragnionych pamiątek kolekcjonerów. Czy jednak diament „wyhodowany” w laboratorium to fałszerstwo? A identyczny z naturalnym aromat spożywczy? Tu już możemy operować raczej kategoriami naturalnego i sztucznego, a nie prawdziwego i fałszywego. Co z filmami przyrodniczymi? Czy pokazują realny świat zwierząt, czy jednak ich twórcy dopuszczają się jakichś manipulacji? Kiedy odbiorca jest ewidentnie oszukiwany? Pokazywanie rodzącej niedźwiedzicy polarnej, bez uprzedzenia widza, że zdjęcia nakręcono w zoo, to już fałszerstwo czy jeszcze dozwolona inscenizacja? A może wszystko zależy od tego, na co nastawiony jest widz? Takie i jeszcze wiele innych problemów związanych z klasyfikowaniem obiektów jako fałszerstw rozważa Lydia Pyne, posiłkując się barwnymi przykładami i przywołując nietypowe sytuacje. Zdarza się bowiem, że fałszerstwa same stają się poszukiwanymi autentykami – i co więcej, same padają ofiarą fałszerzy. Taką drogę przeszły choćby obrazy Hiszpańskiego Fałszerza, nieznanego XIX-wiecznego twórcy, który zaspokajał mieszczańskie zapotrzebowanie na sztukę średniowieczną, a po dziesięcioleciach jego dzieła stały się obiektami pożądania kolekcjonerów.

Szemrany artefakt

Historia każdego z wybranych przez Pyne do analizy przypadków jest najpierw obszernie i interesująco przedstawiana z wykorzystaniem rozmaitych źródeł, ubarwiana anegdotami i ciekawostkami. Jak rozpoznać dzieła Hiszpańskiego Fałszerza? Dlaczego pierścionek z brylantem stał się obowiązkowym elementem zaręczyn? Dlaczego sztuczny aromat bananowy nie przypomina w smaku współczesnych bananów? Czemu nie da się wypchać prawdziwego wieloryba? Dowiadujemy się też co nieco o podrabianiu skamieniałości, kulisach kręcenia filmów przyrodniczych, kodeksach Majów i odkryciu jaskini Chauveta we Francji. Później przystępuje autorka do analiz kwestii autentyczności, fałszerstwa, manipulacji, kopii i replik, by pokazać, jak wiele w ocenie prawdziwości czy fałszu zależy od konkretnej sytuacji, od kontekstu historycznego czy oczekiwań konsumentów. Posiłkuje się przy tym licznymi cytatami z prac naukowych. I niestety te partie książki wypadły według mnie raczej przeciętnie; Pyne zabrakło chyba umiejętności klarownego przedstawienia zebranych przez siebie danych. Miewałem wrażenie, że autorka nieco się gubi i nie do końca wie, do czego zmierza, dorzucając coraz to nowsze wypowiedzi kolejnych ekspertów, mnożąc warunki, niuanse i zastrzeżenia. Przy okazji też nie umiała się chyba zdecydować, czy pisze lekką pracę popularnonaukową, czy jednak coś poważniejszego – wskutek tego w jednym akapicie mówiła o „kontekście odkrycia danego artefaktu” i „relacji pachnącej szemranymi interesami”. Takie przerzucanie się od gawędy do języka naukowego było dość męczące w czytaniu. Ogólnie więc po „Prawdziwych fałszerstwach” pozostaje w pamięci spora garść faktów, którymi można bawić swoich rozmówców, i poczucie, że kategoria autentyczności jest nader płynna, a przypadki trzeba analizować indywidualnie z uwzględnieniem rozmaitych czynników pobocznych. Nie jestem przekonany, czy satysfakcjonuje mnie taki bilans tej lektury, po której naprawdę sporo sobie obiecywałem.

Lydia Pyne, Prawdziwe fałszerstwa, tłum. Andrzej Homańczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2021.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

6 thoughts on “Płynna autentyczność (Lydia Pyne, „Prawdziwe fałszerstwa”)”

  1. AgaGaga pisze:
    8 listopada 2021 o 13:26

    Zapowiadało się ciekawie, ale ta część o pomieszanym języku i namnażaniu cytatów bez puenty trochę mnie zniechęciła…

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      8 listopada 2021 o 14:41

      Bo jest dość zniechęcająca i nie jestem pewny, czy anegdotki to wynagradzają. Chociaż w sumie opis gotowania szkieletu wieloryba jest całkiem niezły.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  2. Katarzyna pisze:
    8 listopada 2021 o 19:11

    Hmmmm… Brzmi jak taka kategoria książek, co do której byłam pewna, że wymarły śmiercią naturalną wraz z rozwojem internetu. Tzn. zbiór ciekawostek, którymi rzeczywiście można brylować na imprezie, tylko co z tego. Sporo tego było w latach 90-tych, takie zbiorki powierzchownych informacji i ciekawostek bez głębszego kontekstu, refleksji i komentarza. Wydawało mi się, że funkcję tę przejęły różne portale internetowe, które regularnie takie powierzchowne rzeczy publikują i różni „mistrzowie ciętej riposty” na imieninach u cioci mogą czerpać z nich dowody anegdotyczne dla swojej argumentacji w obfitości wielkiej. Twoje zdanie „przypadki trzeba analizować indywidualnie z uwzględnieniem rozmaitych czynników pobocznych” bardzo dobrze oddaje „konkluzję” tego typu publikacji. Przyznam jednak, że jestem zaskoczona, że coś takiego ukazało się na papierze w 2021 roku i nakładem wydawnictwa tak renomowanego uniwersytetu…
    Natomiast co do filmów przyrodniczych, to przypomniał mi się czytany dawno temu wywiad z Państwem Walencikami, autorami świetnego filmu przyrodniczego „Tętno pierwotnej puszczy”. Opisywali oni jak się czasem we własnej zamrażarce nadziewali na jakieś zamrożone mysie truchło, które miało służyć temu, aby je podrzucić w tej puszczy i poczekać, aż je znajdzie jakiś padlinożerca czy ptak drapieżny, po czym to nakręcić. Może coś pomyliłam, ale kontekst mniej więcej ten :-) Osobiście uważam, że o ile oddaje to realne warunki egzystencji tych zwierzaków, to jest to ok, a przynajmniej bardziej akceptowalne niż zakłócanie bytowania dzikim gatunkom (a zwłaszcza zagrożonym) i włażenie im z butami w życie, żeby zrobić z tego cyrk. Mamy wiele udokumentowanych przypadków, kiedy masowa turystyka w celu obejrzenia sobie zwierzątek przyczynia się do niszczenia ekosystemów i bioróżnorodności, więc kręcenie atrakcyjnych filmów jest niezłą alternatywą.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      8 listopada 2021 o 20:12

      Nie mam nic przeciwko zbiorom anegdot, pisałem jakiś czas temu o „Szarlatanach” i to się miło czytało. Tu jednak mamy anegdoty z dopisaną interpretacją w mętnym niekiedy stylu naukowym i na dodatek właśnie z niejasnymi konkluzjami. Chyba sama autorka przestała wiedzieć, o co jej chodzi :) A akurat rozdział o filmach przyrodniczych należy do najciekawszych, bo rzadko się je rozważa w kategorii fałszerstw – jest tam trochę o podobnych przypadkach jak te mysie truchła.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Katarzyna pisze:
        9 listopada 2021 o 14:07

        No dobrze, ale jednak po wydawnictwie renomowanego uniwersytetu spodziewałabym się czegoś bardziej pogłębionego, zwłaszcza przeczytawszy ambitną notkę na stronie owego wydawnictwa. To w ogóle jest ciekawe, swego czasu po samym wydawnictwie firmującym książkę można było spodziewać się określonego poziomu, niezależnie od tego czy wydali akurat kryminał czy powieść eksperymentalną :-)
        Co do filmów przyrodniczych – akurat osobiście nie zajmuję się ochroną przyrody, ale na skutek współpracy z organizacjami ekologicznymi co nieco mi się udało zaabsorbować i podyskutować ze specjalistami. Ingerencja w „dziką” przyrodę może skończyć się różnie, metodyka obserwacji i badania zwierząt w środowisku naturalnym to jest cała gałąź nauki, w której zresztą też są różne kontrowersje, jak to w nauce. Niemniej jednak wchodzimy w kwestie etyczne. Sfilmowanie niektórych zjawisk w naturze, w taki sposób aby nie ingerować w proces naturalny i nie spowodować szkód, a równocześnie pokazać to realistycznie to jest duża sztuka. Ja nie specjalista, ale w opisanym przez ciebie przykładzie z niedźwiedzicą, filmowana w naturze z detalami umożliwiającymi pokazanie w dobrej rozdzielczości samica na skutek stresu mogłaby np. odrzucić potomstwo, które nie miałoby wówczas szans przeżycia. Jest to dość częste w przyrodzie, acz trudne do pojęcia dla pokolenia wychowanego na produkcjach typu „Król Lew”, które pokazują nam, że u innych gatunków to tak jak u ludzi, tylko takie bardziej słodkie i puszyste :-) Generowanie dodatkowej sytuacji stresowej, zwłaszcza w przypadku gatunków zagrożonych (a jest takich od diabła i trochę), tylko po to, aby nakręcić dobry film, jest moim zdaniem nieetyczne. Mysie truchło jest ok, podrzucamy żarcie, filmujemy drapieżnika i kończymy sprawę. Uważam, że mieszanie akurat filmów przyrodniczych do kategorii „fałszerstw” i zestawianie ich z np. sztucznie produkowanymi diamentami jest nieporozumieniem, wobec możliwych konsekwencji owego „fałszerstwa”.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          9 listopada 2021 o 14:11

          Renomowane wydawnictwo uniwersyteckie powołało sobie osobny imprint do wydawania lżejszej literatury, skądinąd mieli tak kilka niezłych książek. Chyba trochę zaczęli iść na ilość. A nawiązując do Twojego poprzedniego komentarza, to literatura typu „zbiór ciekawostek” rozkwita mimo internetu, jest tego masa i nie zawsze kiepska.
          Co do filmów przyrodniczych, pełna zgoda z ingerencjami i prawem do pewnych inscenizacji – autorka czepiała się głównie tego, że widzowi się nie mówi, że poród niedźwiedzicy odbył się w zoo, tym samym oszukując go co do istoty wydarzenia. Do kategorii fałszerstw zaliczyła słynną scenę z lemingami spadającymi z klifu, bo okazało się, że ekipa je do tych skoków zmusiła dla uzyskania efektownej sceny.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
5 dni ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d