
Andrzej ma jedenaście lat i mieszka z matką, ale to on musi być tym dorosłym i odpowiedzialnym. To on dba o dom, ale przede wszystkim dba o matkę: żeby nie piła, nie mieszała wódki z proszkami na uspokojenie, żeby poszła do pracy, jeśli akurat jakąś ma…
Opiekun swojej matki
Chłopiec często chodzi głodny, bo matka nie ma pieniędzy albo nie zostawiła mu grosza na zakupy, znosi wizyty w domu przypadkowych panów, „znajomych” matki, opiekuje się nią, gdy ma kaca albo źle się czuje, wdaje się w bójki, ma nieustanne problemy w szkole i na podwórku… Andrzej jednak dobrze się uczy i chciałby spełnić marzenie swojej matki o tym, że zostanie lekarzem, że kiedyś ich życie się zmieni. Kocha matkę, wierzy w jej zapewnienia, że ona też go kocha i że jest jedynym mężczyzną w jej życiu. Kobieta nie jest jednak w stanie dłużej wytrzymać bez alkoholu, utrzymać pracy, zapewnić synowi tak potrzebny spokój i stabilizację. Nie daje mu oparcia, wielokrotnie zawodzi jego zaufanie. Andrzej nie chce z nikim rozmawiać o domowej sytuacji; o wszystkim wie sąsiadka, prowadząca melinę piętro wyżej, która pomaga w najcięższych chwilach. Chłopiec jest rozpaczliwie samotny: może porozmawiać jedynie z Agnieszką, którą kiedyś obronił przed złośliwymi dziećmi, przywiązuje się do budowlańca, pana Grabowiaka, który chętnie z nim gawędzi, Małgosia poznana na ślizgawce budzi w nim ciepłe uczucia – wszystko to jednak nietrwałe, a Andrzej za bardzo boi się zawodu, by się zaangażować.
Portret skrzywdzonego
Powieść Janiny Zającówny na pewno nie jest przeznaczona dla rówieśników jej bohatera, bo autorka nie pudruje rzeczywistości: nie szczędzi detali, przekleństw, nie unika ciemnych stron życia. Jej bohater, chociaż krzywdzony, nie jest potulną owieczką. Musi być twardy, zawalczyć o swoje, w razie potrzeby uderzyć albo skłamać – zwłaszcza kłamać, by nie stracić tego, co ma najważniejszego, czyli matki. Musi ją osłaniać, nie może dopuścić, by ich rozdzielono, a na pewno nie z jego winy. Gdy już do tego dochodzi, żyje tylko nadzieją na powrót do matki, wierzy obietnicom i zapewnieniom – tylko po to, by po raz kolejny przeżyć rozczarowanie. Zającówna stworzyła wiarygodny i przejmujący portret krzywdzonego dziecka, dźwigającego zbyt dużą odpowiedzialność, pozbawionego beztroskiego dzieciństwa, nieufnego i zdanego na własne siły. Równie dobrze nakreślona jest jego matka: ofiara przemocy, alkoholiczka nadużywająca leków, nieumiejąca pokierować własnym życiem i niezdolna stać się wsparciem dla syna; jej zapewnienia o miłości do dziecka to głównie słowa, o których szybko zapomina, skupiona na sobie, nieświadoma, że nie może ranić syna w nieskończoność (na zawsze dla mnie z twarzą Krystyny Jandy, która zagrała tę rolę w filmie Radosława Piwowarskiego, rozedrgana i histeryczna). Interesujące są też postacie drugoplanowe: sąsiadka, pani Kaźmierczakowa, pan Stach, Agnieszka i jej ojciec, wreszcie dzieciaki „od podrzutków”: Malutek, Agata i Elka. Do tego rzeczywistość pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, wszechobecna szarość, znużenie, zniechęcenie przenikające całą tę opowieść, bardzo dobrze napisaną, boleśnie prawdziwą i bez szczęśliwego zakończenia.
Janina Zającówna, Mój wielki dzień, czyli kochankowie mojej mamy, Krajowa Agencja Wydawnicza 1987.

Za ciężki kaliber, za ciężki :( Ja ratuję się głupotkami kryminalnymi w komediowym anturażu i póki co przy nich pozostanę. Z antologii przeszedłem przez Korczaka i już mnie wymaglowało. Potrzebuję odrobiny optymizmu, a tu go widzę nie znajdę.
No kaliber jest słuszny, optymizmu brak. A co masz fajnego komediowego?
„Gdzie są moje zwłoki?” Małgorzaty Starosty :) A teraz z kolei, dla równowagi, mega ciężki (dosłownie, jak i pod względem zawartości) komiks.
I dobra ta Starosta? Bo opinie ma ogólnie pozytywne, ale nic nie miałem w rękach.
Wytrzymasz do weekendu? Powinien być tekst :P
Wytrzymam, co mam nie wytrzymać :) Może nawet sam co napiszę.
Dobrze, że nie określiłem do którego :P Swoją drogą, właśnie mi się trafił czytelniczy korek. Ponapoczynałem mnóstwo rzeczy i do żadnej mnie nie ciągnie :(
Tiaa, ja sobie wiele obiecuję po długim weekendzie, może się zbiorę do napisania. Korka współczuję, u mnie szczęśliwie bez zakłóceń, tylko wolno strasznie.
Widzę, że obydwaj mamy poślizg :P Ja nie zabrałem tabletu na majówkę i dzięki temu co prawda przeczytałem trzy tłuściutkie albumy komiksowe, ale nie miałem jak stworzyć notki (wiem, wiem, że istnieją długopisy i kartki :P).
Poślizg? Ja to mam całkiem sporą obsuwę, bo plany miałem mocarstwowe. A przeczytałem ledwie pół zbiorku PRL-owskich opowiadań dla młodzieży, a jakże.
Zatem czas przejść w tryb „będzie, to będzie” :D
Niekiedy to dobry tryb :P
Ekranizacja chyba nie była aż tak ponura? Postać matki zapamiętałam jako niebieskiego ptaka, na pewno nie była bezbarwna.;(
Nie miałam pojęcia, że film miał pierwowzór literacki. Robił wrażenie, nie tylko ze względu na Jandę.
W filmie chyba matka była szansonistką, bo straszliwie wyśpiewywała jakąś piosenkę Niemena. O ile nie mylę filmów. Ja niestety mam niską wytrzymałość na Jandę i w Kochankach też jej nie mogłem strawić, chociaż poza tym to bardzo udana ekranizacja, głównie ze względu na rolę chłopca.
O tak, chłopiec był niezły. Matka chyba faktycznie była jakąś szansonistką, stąd ta jej „kolorowość”.
W książce matka jest dorywczą kelnerką, to mniej malownicze, za to pozwalało na przekręty na kasie. Miałem wrażenie, że rola chłopca była jedną z lepszych dziecięcych ról w polskim filmie, a poprzeczkę wysoko ustawił Jędryka dawno temu.
O, a ja kiedyś, kiedyś, bardzo dawno temu, czytałam „Uczepioną wiatru” tej autorki. Była to bardzo smutna powieść o dziewczynie lekceważonej przez rodziców. Ciekawe, czy wszystkie książki tej autorki są takie smutne.
Żadna z trzech, które pamiętam, nie jest optymistyczna ani szczególnie zabawna. Życie raczej szare i z problemami.