Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Pranie literackie, cz. 2: „Dobrze jest nad wodą wystawić szopę, w której praczki piorą…”

Posted on 22 października 201731 maja 2018 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Od czasów zajmujących się praniem królewien Homera minęło całkiem sporo czasu i panie domu z wyższych sfer straciły zainteresowanie brudną bielizną. Te najzamożniejsze miały od tego ochmistrzynie i służące, które w pałacach i dworach przejęły niewdzięczną czynność, wymagającą sporej wiedzy teoretycznej i umiejętności praktycznych. W końcu wtedy jeszcze nie wystarczało nasypać proszku do pralki…  

Na zakończenie naszej wędrówki wstąpmy jeszcze na chwilę do pralni. Ta mieściła się zwykle w osobnym pomieszczeniu, w budyneczku usytuowanym nad wodą. „Dobrze jest nad wodą wystawić szopę, w której praczki piorą, a w niej ławki pochylone w stronę wody, duży stół, na którym składa się upraną bieliznę. Do wożenia bielizny w dworach porządnych mają zwykle wózek. Lepiej to niż nosić bieliznę na plecach.”

Prano jednak nie tylko w wodzie bieżącej. W pralni znajdowało się zwykle wielkie palenisko i kotły do grzania wody, stągwie i wiadra do jej noszenia, balie, cebrzyki, szafliki, małe ręczne maglownice i duży magiel, którego wałki obciążała szuflada napełniana kamieniami.

reklama naczyń kuchennychWielkie pranie należało do stałych ceremonii domowych, odbywało się jednak dość rzadko, co było możliwe wobec dużych zasobów wszelkiej bielizny. Naprzód liczono i spisywano brudne rzeczy, potem sortowano je podług gatunków tkanin, bo każda wymagała innego postępowania. „Bieliznę czeladnią i ścierki należy prać osobno” — pouczała Rządna gospodyni. Najwięcej pracy pochłaniało pranie białej lnianej bielizny i powleczenia. Układano ją w dużych drewnianych beczkach z otworem u dołu nazywanych warznicą lub zolnikiem. Na wierzchu kładziono lnianą płachtę, na którą nasypywano popiół drzewny i wszystko razem zalewano wrzątkiem. Czasem zamiast popiołu używano wody, w której rozgotowano mydło. Bielizna moczyła się tak przez kilka godzin, zaś brudna woda skapywała przez otwór w beczce do podstawionego naczynia. Operację tę powtarzano dwa–trzy razy, następnie bieliznę kilkakrotnie płukano, farbkowano, krochmalono wywarem z tartych surowych kartofli lub rozgotowanego ryżu, wyżymano i rozwieszano do wyschnięcia na sznurkach.

tara i balia
(źródło)

„Nowy wypróbowany sposób prania bielizny oszczędzający czasu”, propagowany w latach sześćdziesiątych XIX w. przez panią Ćwierciakiewiczową, zawierał kolejne zabiegi, które wymagały aż trzech dni. Inny podręcznik tej gospodyni nad gospodyniami wyliczał aż 44 przepisy na pranie bielizny, różnego gatunku tkanin, koronek, szali kaszmirowych, mankietów, kapeluszy, rękawiczek, strusich piór itd., itp. Podawał również 20 przepisów na wywabianie różnych plam.

Należało bowiem odróżniać plamy z atramentu, soku z owoców, ba, nawet plamy stearynowe od tych z wosku. Gdy bogata wiedza pani domu zupełnie już w tym względzie zawodziła, trzeba było splamione odzienie wieźć do miasta, by oddać je w fachowe ręce „plamiarza”, czyli człowieka, który zajmował się wywabianiem plam. Słynni byli np. „plamiarze” warszawscy.

Upraną i wysuszoną odzież i bieliznę zależnie od rodzaju maglowano lub wkładano w specjalną „prasę z dwóch desek śrubami ściśniętych”. Bardziej delikatne sztuki odzieży prasowano żelazkami z duszą. Do rozgrzewania dusz w pralniach stawiano kominki „z kapą” osłaniającą osoby prasujące od nadmiernego żaru. Wielogodzinne prasowanie ciężkim, rozpalonym żelazkiem było pracą bardzo żmudną, szczególnie zaś pracochłonne było „rurko­wanie” czepków, do czego służyły małe żelazka podobne do tych, jakich damy używały do karbowania włosów.

Elżbieta Kowecka, W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX w., Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, s. 107–108.

15 thoughts on “Pranie literackie, cz. 2: „Dobrze jest nad wodą wystawić szopę, w której praczki piorą…””

  1. Bazyl pisze:
    23 października 2017 o 08:24

    Ano właśnie. My jesteśmy już generacją śmieci. Nie dbamy o rzeczy, bo możemy kupić od ręki nowe. Kto z nas widział na wiosce czy w mieście szmaciarza czy druciarza. Teraz droga wiedzie przez kosz na śmieci. Jakie tam „liczono i spisywano (…) rzeczy” :(

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      23 października 2017 o 08:35

      Ale segregujemy plastik i papier :) Może ostatecznie nie zasypią nas te masowo produkowane śmieci.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        23 października 2017 o 09:08

        Nie jestem optymistą w tym względzie :( I nie zazdroszczę archeologom za lat, dajmy na to, trzysta. Technologia idzie naprzód, ale jeśli chodzi o zasyfianie planety jesteśmy wciąż bezkonkurencyjni :( No i biorąc pod uwagę działania tych, co to ich paluszki swędzą, to akurat konwencjonalne śmieci nie powinny być naszym największym zmartwieniem :P
        Wracając jednak do tematu. Krochmalicie? :D

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          23 października 2017 o 09:19

          Nie bądź taki pesymista, może się coś poprawi. Ani nie krochmalimy, ani nie maglujemy. Przelatujemy po łebkach żelazkiem :) Chociaż nie powiem, lubiłem krochmaloną pościel :D

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            23 października 2017 o 09:29

            A ja niekoniecznie. A teraz, podobnie jak kiedyś krochmal, drażnią mnie niektóre zapachy cudownych płynów do płukania. No i nasza rozmowa przypomniała mi, że krzesła z jadalni muszą w najbliższym czasie trafić do odpowiednika ówczesnego plamiarza. Będą wyzwaniem :)

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              23 października 2017 o 09:38

              U nas alergicy, płyn do płukania odpada na szczęście. A plamiarz by się przydał, nie tylko do krzeseł :D Może wypróbuj jakąś cudowną piankę do tapicerki.

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                23 października 2017 o 10:09

                Niemiecka chemia? Z moimi talentami pozbawiłbym krzeseł tapicerki, wolę dać zarobić profesjonaliście :) A tak w ogóle, to przypomniałem sobie, że chyba „Księga Diny” zaczyna się opisem jakiegoś strasznego wypadku związanego z ługowaniem. To nie przy praniu jakoś było?

                Odpowiedz
  2. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
    23 października 2017 o 10:11

    Zawsze można uszyć pokrowce na krzesła, zaczynamy o tym przemyśliwać :D A Księgi Diny nie znam, ale aż zajrzę, bo gdzieś mi się chyba ebook przewraca.

    Odpowiedz
  3. małgosia (guciamal) pisze:
    23 października 2017 o 16:30

    Pamiętam jeszcze taką wyżymaczkę dołączoną do pralni Franii. I rozwieszanie firan na specjalnych ramach, na których się je naciągało, aby nie trzeba było prasować. A dziś wieszam lekko wilgotne bez prasowania. Podobnie, jak Bazyl nie lubiłam maglowanej pościeli- sztywna była i nieprzyjemna w dotyku, choć ładnie pachniała świeżością. Też nie używam płynów do płukania, bo drażnią mnie niektóre zapachy.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      23 października 2017 o 17:53

      Wyżymaczka to żadna egzotyka, ale ta rama mnie ciekawi, u nas czegoś takiego nie było, wieszało się wilgotne :)

      Odpowiedz
      1. Beata pisze:
        23 października 2017 o 20:28

        Pamietam takie ramey do”sztramowania” czyli upinania serwet, firan i narzut robionych szydełkiem. Dziecięciem będąc chodziłam z moją Babcią do pani, która profesjonalnie „sztramowała „.Przed Świętami Wielkannocnymi i Bożego Narodzenia były nawet zapisy do niej. W domu upinalo się , z braku profesjonalnego sprzętu , na grubej warstwie kocy. W czasch mojego dzieciństwa trzeba byłazapisywać się żeby korzystać z pralni i suszarni ( blok). Mama zawsze brała urlop i umawiała się z sąsiadką, prały jedna po drugiej, bo pożyczały sobie pralki ( Frania i Światowid). Pranie nawet na dwie pralki zajmowało cały dzień. W piwnicy były dwie duże wanienki, w których bielizna była namaczana w wieczór poprzedzający pranie. Mieliśmy jeszczebardzo gruby sznur do wieszania prania (rozciągany był na specjalnych konstrukcjach przed blokiem) i tyczki do podnoszenia tego sznura. Obciążony praniem zwisał i trzeba było go podnieść/podeprzeć, żeby sie pranie nie pobrudziło. A z wyschnietym i poskładany praniem ( duże wiklinowe kosze) , chodziłyśmy do magla. Można było zanieść do magla elektrycznego ale częściej chodziłyśmy recznego. Chyba jeszcze gdzieś w domu mamy maglowniki czyli specjalny, trochę śliski mateiał, w który było zawijane pranie nawinięte na wałki do magla .
        Opis prania jest jeszcze w „Dziewczynie z perlą” Tracy Chevalier

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          23 października 2017 o 21:28

          Dziękuję za to wspomnienie. Zdecydowanie takiego urządzenia nikt nie używał ani u mnie w domu, ani w sąsiedztwie. Za to pamiętam wyprawy do ręcznego magla w mrocznej piwnicy; wpisywało się liczbę wymaglowanych wałków do zeszytu i wrzucało drobne do skarbonki w ścianie. Noszenie później bielizny do magla elektrycznego to już nie było to, zero uroku :D
          A do Dziewczyny z perłą spróbuję dotrzeć, dzięki.

          Odpowiedz
  4. małgosia (guciamal) pisze:
    23 października 2017 o 16:33

    Nie znałam tego obrazu, bardzo mi się spodobał. Sprawdziłam, a to mój ulubieniec. :)

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      23 października 2017 o 17:52

      Obraz opisywałem przy pierwszej części. Bardzo urokliwy :)

      Odpowiedz
  5. Pingback: Pranie literackie, cz. 12: "Wszystko będzie się dziś prało, wszystko!" – Zacofany w lekturze

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT