Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Zakład żywienia zbiorowego (cz. 13): Jadłodajnie okupacyjne

Posted on 12 sierpnia 202212 sierpnia 2022 by Piotr (zacofany.w.lekturze)


Konieczność dożywiania najuboższych nie skończyła się wraz z Wielkim Kryzysem lat trzydziestych XX w. Niedługo potem wybuchła wojna i znów konieczne stało się uruchomienie kuchni wydających bezpłatne lub możliwie tanie posiłki, przede wszystkim zupy. O sytuacji w okupowanej Warszawie pisał Tomasz Szarota, ale podobne jadłodajnie działały w całej Polsce.

Kuchnia dla dzieci prowadzona przez siostry loretanki w Krakowie, 1941 r. (źródło)

Kuchnie Stołecznego Komitetu Samopomocy Społecznej pojawiły się w Warszawie w początku trzeciej dekady listopada 1939 r. Początkowo kuchni takich było dwanaście i wydawały one dziennie zaledwie 10 tys. posiłków. Posiłkiem tym był półlitrowy talerz gorącej zupy z kromką chleba; większość osób otrzymywała go bezpłatnie. Już w końcu grudnia 1939 r. działało trzydzieści siedem kuchni wydających 20 tys. posiłków, potem zaś liczba punktów żywienia oraz liczba korzystających szybko się zwiększała. Okresem szczytowego powodzenia kuchni SKSS był maj 1941, kiedy to wydawano dziennie przeszło 133 tys. obiadów, a więc korzystał z nich mniej więcej co dziesiąty warszawiak. Później nastąpił stopniowy spadek liczby wydawanych posiłków, wywołany ograniczeniem dostaw żywnościowych, zmieniającą się kalorycznością, pogorszeniem się smaku potraw, zwiększeniem opłat, rozwojem sieci stołówek w zakładach pracy oraz niewątpliwie także od 1943 r. pewnym polepszeniem się ogólnej sytuacji materialnej ludności. Jeśli od wiosny 1940 r. do wiosny 1941 r. kuchnie SKSS wydawały miesięcznie ok. 3,8–4 mln posiłków, to w początkach 1944 r. wydawały ich niewiele ponad 100 tys., regres jest więc wyraźny. […]
Podobną działalność jak SKSS rozwijała w getcie warszawskim związana z RGO Żydowska Samopomoc Społeczna. Począwszy od 1941 r. coraz większą rolę odgrywał na tym odcinku Wydział Opieki Społecznej Judenratu. Z danych mówiących o liczbie posiłków wydawanych w roku 1941 wynika, że pomoc żywnościowa tego rodzaju odgrywała w getcie rolę jeszcze większą niż w dzielnicy „aryjskiej”. […]
W okresie największego rozwoju akcji pomocy żywnościowej, latem 1941 r., korzystało z niej w getcie przeszło 100 tys. osób, czyli co czwarty mieszkaniec dzielnicy żydowskiej. Od maja do września 1941 r., a więc w okresie przygotowań i w pierwszym okresie wojny ze Związkiem Radzieckim, komisarz dzielnicy żydowskiej Auerswald sprzyjał rozwojowi pomocy żywnościowej w getcie. Powołana nawet została na jego żądanie specjalna komisja dyspozycyjna „akcji dożywiania”, na której czele stanął adwokat Gustaw Wielikowski. We wrześniu 1941 r. osiągnięto w getcie maksymalną liczbę wydawanych posiłków – 128 tys. [dziennie]. Następnie zaznaczył się regres, a władze niemieckie, po krótkotrwałym okresie pozornej troski o los ludności żydowskiej, która okazała się typowym chwytem propagandowym, całkowicie straciły zainteresowanie tą sprawą, wycofując się z obietnic przydziału środków żywnościowych, nakazując natomiast zwiększenie oszczędności.
W okresie wielkiej popularności SKSS istniało w dzielnicy „aryjskiej” aż pięć kategorii kuchni opieki społecznej. Były to kuchnie powszechne, samowystarczalne, autonomiczne, kuchnie dla wysiedlonych i dla dzieci, zróżnicowane według ceny i jakości posiłków. Już w 1940 r. zlikwidowano kuchnie dla wysiedlonych, od czerwca 1942 r. przestały istnieć także kuchnie dla dzieci. Koszt zupy, ustalony najpierw w kuchniach samowystarczalnych na 40 gr, od 1 sierpnia 1941 r. został podniesiony do 60 gr. Koszt drugiego dania wynosił 1,20 zł. W kuchniach powszechnych pobierano najpierw od części stołowników 20 gr za talerz zupy (przeszło połowa jadała bezpłatnie), potem zaś opłatę tę podniesiono do 40 gr.
Postaramy się teraz odpowiedzieć na pytanie, kto korzystał z pomocy SKSS. Umożliwia taką odpowiedź ankieta przeprowadzona w marcu 1941 r., kiedy to metodą próbki losowej wytypowano co dziesiątą osobę spośród ogółu zarejestrowanych w kartotekach komitetu. Ankietą objęto wówczas ok. 80 tys. osób, a więc około 9% ludności polskiej, zamieszkałej w Warszawie. Na 25 260 rodzin (80 020 osób) uzyskano dane o pochodzeniu społecznym 22 560 rodzin (71 310 osób).
W procentach przedstawiało się to następująco:
Bez źródła utrzymania 3,1
Pozbawionych żywiciela 16,7
Bezrobotnych 70,5
Emerytów i rencistów 2,6
O małych dochodach 7,1
Ogółem 100,0 […]

Posiłek w jadłodajni, październik 1939 r. (źródło)

Uzupełnić te dane można w oparciu o wyniki badań budżetów domowych, przeprowadzonych w sierpniu i wrześniu 1940 r. z inicjatywy Ludwika Landaua. Badaniami objęto wówczas 38 rodzin robotniczych wydających miesięcznie od 252 do 549 zł, z czego na żywność odpowiednio w granicach 193–333 zł. Stwierdzono, że 15 z tych rodzin korzystało z pomocy żywnościowej SKSS, w tym 9 rodzin jadało obiady w kuchniach powszechnych. Ustalono, że średnia miesięczna wartość posiłków SKSS wynosiła 36 zł, co stanowiło od 10 do 31% wydatków na żywność poszczególnych rodzin. Dane te dowodzą niezbicie, że dla zubożałej ludności Warszawy posiłki spożywane w kuchniach SKSS były bardzo ważnym uzupełnieniem ich wyżywienia.
Oderwijmy się teraz od suchych cyfr i przenieśmy się na chwilę do lokali samych kuchni, przypomnijmy, co na gorąco zanotowali odwiedzający te ośrodki zbiorowego żywienia dziennikarze ówczesnej prasy legalnej. Oto fragmenty reportaży zamieszczanych w „Nowym Kurierze Warszawskim”. Pierwszy z nich nosił tytuł: „Zrównani przy jednym stole. Obrazek z życia potrzebujących pomocy” i dotyczył kuchni samowystarczalnej, mieszczącej się przy ul. Filtrowej 83. Kuchnia ta wydawała zupy w cenie 60 gr i drugie dania w cenie 1,20 zł – dziennie ok. 800–900 obiadów, w tym ok. 200 drugich dań. Część osób spożywała posiłki na miejscu, inni zabierali je do domu w menażkach. W dniu odwiedzin kuchni przez dziennikarza drugie danie stanowiła porcja… twarożku. Większość stołowników brała tylko zupę, wysłannik szmatławca dodaje jednak: „Nawet 1,20 zł jest dziś dla wielu poważnym wydatkiem”. Jego zdaniem wśród korzystających „najwięcej jest inteligencji”. A tak brzmi zakończenie reportażu:
„Do kuchni ciągną co dzień setki ludzi z różnych środowisk, bogaci niegdyś i biedni – wszyscy zrównani przy tym samym stole i posiłku, mający jedno największe pragnienie – żyć”.
Drugi reportaż nosił tytuł: „Obiad najuboższych Warszawy. W kuchni Opieki Społecznej”. Tym razem dziennikarz odwiedził jedną z kuchni powszechnych. Skład społeczny stołowników okazuje się podobny: „Przy wspólnym stole spotykają się ludzie wszystkich warstw i zawodów”. Menu przedstawia się następująco:
„Dania są dwa. Pierwsze – zupa, drugie jarzynki, bigos, kasza, kluski. Ewentualnie jakaś sałatka lub placki kartoflane. Na to jednak mogą sobie pozwolić tylko niektórzy”.
Charakterystyczne są obserwacje poczynione na sali jadalnej:
„Oprócz zupy, którą wydaje się za minimalną w proporcji do kosztu własnego odpłatą, inne dania można otrzymać za cenę niższą znacznie wprawdzie od cen w restauracjach, lecz dostępną tylko dla tych, którzy pracując nie mają czasu na przygotowanie posiłku w domu. Każdy z gości tej dziwnej jadłodajni przynosi ze sobą chleb kartkowy lub kupiony na dole u sprzedawcy ulicznego, sól, pomidory działkowe i tu spożywa po zupie jako deser lub przed nią jako przekąskę”.
Na marginesie należy dodać, że oficjalnie uliczna sprzedaż chleba była zakazana i za proceder ten groziły poważne kary. Jak widać, z przepisu tego nic sobie nie robiono i nawet ów wysłannik prasy gadzinowej traktował to jako rzecz naturalną. Zacytujmy jeszcze jeden tekst, tym razem fragment felietonu pt. „Nawyczki”. Bohaterem felietonu jest warszawiak spożywający obiad w kuchni opieki społecznej, a przywykły do posiłku trzydaniowego. Oto jak zachowuje swoje przyzwyczajenia podczas okupacji:
„Najpierw – powiada – wyławiam łyżką płynną część zupy, potem zjadam kartofelki, niekiedy z kawałkiem mięsa, jeśli zupa nie jest postna, a na deser na ostatniej łyżce z namaszczeniem podnoszę do ust pływającą skwarkę. Ciekawe, czy wojna potrwa jeszcze dostatecznie długo, żebym oduczył się tej nawyczki?”.
Gorzka ironia tej wypowiedzi nie wymaga chyba komentarza.

Stołówka dla robotników z Huty „Krosno”, 1944 r. (źródło)

Czym stały się dla bezrobotnych i najbiedniejszych kuchnie pomocy społecznej, tym dla urzędników i robotników były organizowane w miejscu pracy stołówki. W obu wypadkach stanowiły one ratunek przed śmiercią głodową, zapewniając zaś jakie takie warunki egzystencji pozwalały warszawiakom po prostu przetrwać okupację. Każdy większy zakład przemysłowy, każda poważniejsza instytucja czy urząd organizowały dla swych pracowników stołówkę, gdzie wydawano załodze ciepłą strawę. Różne to było wyżywienie, wiele tu zależało od pomysłowości, sprytu, obrotności zajmujących się tymi sprawami ludzi. W pewnych stołówkach dawano dość sute obiady, w innych posiłek ograniczał się do talerza wodnistej zupy.

Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Czytelnik 1988, s. 247–252.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

8 thoughts on “Zakład żywienia zbiorowego (cz. 13): Jadłodajnie okupacyjne”

  1. Katarzyna pisze:
    17 sierpnia 2022 o 23:13

    Swoją drogą dziękuję za polecenie tego Szaroty, rzeczywiście miałeś rację, to coś dokładnie „w moim guście”. Zapomniałam podziękować wcześniej, bo zamówiona w necie książka baaardzo długo do mnie docierała i dostałam ją dopiero niedawno :-) O ile wpadnie ci w oko coś jeszcze, co nie jest zbiorem powierzchownych, masowo powielanych anegdot to ja chętnie…

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      18 sierpnia 2022 o 07:49

      Niech się dobrze czyta :) Właśnie z powodu powierzchownych anegdot raczej unikam nowszych książek, a Szarota to akurat klasyk. Jak mi coś wpadnie w ręce albo się przypomni, to się oczywiście podzielę.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  2. Katarzyna pisze:
    18 sierpnia 2022 o 20:49

    A tak a propos rzeczywistości okupacyjnej i getta, to w życiu nie zapomnę wstrząsającego fragmentu niemieckiej kroniki filmowej, który pokazano w jakimś filmie dokumentalnym, wiele lat temu go oglądałam i zapamiętałam na zawsze. Otóż w tej kronice pokazano kilkoro dzieci żydowskich, które wymknęły się z getta, żeby zdobyć jakieś jedzenie i kiedy wracały zostały niestety przyłapane. No i stoi sobie taki umundurowany niemiecki (tu wpisać wszystkie wulgaryzmy z języka polskiego) z karabinem i każe tym dzieciakom wyrzucić zdobytą żywność. Obdarty chłopiec, z potworną, beznadziejną rozpaczą w oczach i na twarzy, wytrząsa zza pazuchy jakieś zdobyte z narażeniem życia buraczyny, które spadają na ziemię, a ten stojący nad nim (wulgaryzmy j.w.) SIĘ ŚMIEJE do kamery… To był ten moment, kiedy przekonałam się, że jednak nie jestem ortodoksyjną pacyfistką, gdyż zbudziła się we mnie chęć walnięcia czymkolwiek w sam środek tej roześmianej mordy, najlepiej siekierą. Do tej pory mnie trzęsie jak sobie to przypomnę :-(

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      18 sierpnia 2022 o 21:43

      Rany, tak. Widziałem to. W wielu wspomnieniach jest opisywany dalszy ciąg takich akcji.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Katarzyna pisze:
        18 sierpnia 2022 o 22:21

        Dalszego ciągu nie było, przynajmniej dla dzieci :-(

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          19 sierpnia 2022 o 07:38

          No właśnie.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
  3. Bazyl pisze:
    19 sierpnia 2022 o 08:41

    Po wielkim kryzysie i wojnie wolnym krokiem zmierzamy ku „kuroniówkom”, bo pewnie najmłodszemu pokoleniu wyraz ten kojarzy się wyłącznie z zasiłkiem dla bezrobotnych, a nie z grochówką i warto by przypomnieć od czego się to tak naprawdę zaczęło :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      19 sierpnia 2022 o 12:07

      Pojęcia nie mam, czy kuroniówki znalazły jakiekolwiek odbicie w literaturze, jakby ktoś coś wiedział, to niech da znać :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
1 tydzień ago
View on Instagram |
1/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Adam Tuz
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Adam Tuz
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d