
Miesiąc temu skończyły się targi książki w Warszawie, ostatni ponoć raz zorganizowane pod Pałacem Kultury. Jedni odetchną z ulgą, inni pewnie żałować będą dogodnie położonego, choć niezbyt dostosowanego do targowych potrzeb miejsca, gdzie książkowe kiermasze miały długą tradycję. A jak wyglądały jarmarki pod Pałacem pół wieku temu? Tego dowiadujemy się z reportażu „Jarmark książek” Krzysztofa Malinowskiego z roku 1970.
Zwykle unikam miejsc, gdzie się ludzie tłoczą – z jednym wyjątkiem: warszawskiego kiermaszu książkowego. W tym jednym wypadku pozwalam się nieść sile bezwładności tłumu. Tak było i w tym roku, poszedłem zobaczyć pierwszą z trzech niedziel kiermaszu, organizowanego po raz dwudziesty trzeci. A więc za dwa lata znowu jubileusz i więcej szumu niż zwykle – pomyślałem sobie, pakując się z determinacją w kiermaszowy rozgwar. Tłum miażdżył mnie i ja miażdżyłem tłum, chcąc gdziekolwiek dotrzeć, usiłując cokolwiek zobaczyć. A swoją drogą to zabawna, a raczej zastanawiająca sprawa: ten kłębiący się i cisnący tłum, składający się, gdy tak dobrze popatrzeć, w dużej mierze z ludzi kulturalnych. Gorąc, duszno, a to całe kulturalne bractwo się pcha, drepce i depcze – aż do pęcherzy na piętach. Widać – książka może być tak atrakcyjna jak najatrakcyjniejszy mebel czy ciuch, trzeba tylko umieć rzecz całą należycie zorganizować, zaaranżować sytuację, korzystając odpowiednio z psychologii tłumu oraz innych szczytnych a tajemnych gałęzi wiedzy lub też, mówiąc po prostu, ze zwyczajnego handlowego nosa. Książka jako towar ściągający tłumy, choć można ją kupić spokojnie w księgarni… To mnie głęboko zastanowiło.

Od Emilii Plater blisko do stoiska Instytutu Wydawniczego PAX, które stoi niemal wtulone w Pałac Kultury. Staję za plecami sprzedających pań i tu mam przedsmak tej dziwnej siły, jaką reprezentuje tłum na kiermaszu. Stoisko dosłownie pęka w szwach, lada trzeszczy. Nie lubię wpadać w panikę, ale co chwila mam wrażenie, że tłum za chwilę samą siłą bezwładu przełamie zaporę dość masywnych stołów księgarskich, uginających się pod książkami, i runie do środka, miażdżąc i książki, i urocze panie, których ruchy biją rekordy szybkości i zwinności. Podpisuje Melchior Wańkowicz, kolejka tasiemcowa, wielometrowa. Podobne widziałem, kiedy sprzedawano w Orbisie na Brackiej bilety na występ angielskich zespołów bigbitowych albo dewizy na wycieczki do Jugosławii. […]
Zaczyna padać deszcz. W stoisku Czytelnika podpisują swoje książki Wojciech Żukrowski i Jerzy Ofierski. Co będzie? Przerwą, nie przerwą? Może i chcą, ale nic z tego – czytelnicy nie pozwalają, stoją sobie jak gdyby nigdy nic w kolejce pod parasolami. To się nazywa płacić cenę popularności – myślę nie bez odrobiny złośliwej satysfakcji, patrząc, jak Żukrowskiemu strugi wody ściekają za kołnierz. Lecz dzielnie się trzymają nasi szwoleżerowie, choć pod koniec są zupełnie mokrzy. […]
Przeciskam się przez tłum, trochę patrzę na książki, do których ciężko mi się dopchać, mimo że – może niezbyt ładnie, ale muszę się przyznać – w pchaniu to ja jestem dzięki MZK i PKP wytrenowany na schwał, patrzę na pisarzy, na ludzi, wreszcie na sprzedających. To przecież nie byle co, armia ośmiuset ludzi zatrudnionych przy kiermaszu, sprzedających dziesięć godzin – od dziewiątej do dziewiętnastej, a pracujących dwanaście – od dziewiątej do dwudziestej pierwszej, za wynagrodzenie po dwieście dwadzieścia zeteł na łebka, co daje okrągłą sumkę stu siedemdziesięciu sześciu tysięcy, a więc koszt nie byle jaki. No, ale obroty też są, w sumie się ten biznes bardzo opłaca, choć przecież nie o to głównie chodzi. W zeszłym roku na przykład w tę jedną pierwszą niedzielę kiermaszu obroty osiągnęły 2,6 mln zł, czyli tyle, ile dobrze prosperująca księgarnia osiąga w ciągu całego roku. Sprzedaje się głównie książki, ale i płyty, i reprodukcje malarstwa.
Przyglądając się uważniej okiem kiermaszowego bywalca, dochodzę do wniosku, że w gruncie rzeczy kiermasz jest tak samo skomplikowany jak… teoria, a raczej filozofia literatury Ingardena. Składa się z kilku warstw, których struktura jest przepojona nawarstwiającymi się przemianami wielowiekowej tradycji. […]

Warstwa najstarsza kiermaszu to sprzedawcy lodów Bambino, waty cukrzanej, a także przekupnie handlujący różnymi świecidełkami błyszczącymi jak różowy cyferblat zegarka Agnieszki Osieckiej. Lecz i tu ginie tradycja w narodzie; urocze gliniane kogutki o niezrównanym odpustowym wdzięku zastąpiły nędzne erzace z plastyku.
Druga warstwa to amatorzy. Stoi grupka niedoskubanych młodzieńców. Niezdarnie usiłują fingować wzajemną wyprzedaż płyt. Amatorów tych zdartości jakoś nie widać. […]
Na murku rozłożyli swoje grafiki i akwarele studenci ASP. Pudełko z podrzuconymi na przynętę drobnymi i napis „Za oglądanie – fundusz wakacyjny, dziękuję”, przy innym „Na leki dla plastyków, których trafia »szlak«” lub „Kup, bo umrzesz, z żalu oczywiście”. […]
Trzecia warstwa to oblężone stoiska loterii książkowej. Każdy chce wygrać główną nagrodę – samochód, który podobno w ogóle nie został jeszcze wyprodukowany. Dla tych, którym po drodze do samochodu zdarzyło się wyciągnąć cztery puste losy, są książki – nagrody. […]
Warstwa czwarta to stoiska Domu Książki – poszczególnych księgarń. Mają szyldy dumnie brzmiące, lecz mylące – niepokrywające się z zawartością. Na jednym czytam: ,,Największe wzloty ducha ludzkiego”. Idę zaciekawiony i cóż widzę? Pracę B. Dziemidoka o komizmie. Czyżby była największym wzlotem ludzkiego ducha? Gdzie indziej widzę szyld „Literatura piękna”, a pod nim dziełka o hodowli pieczarek czy czegoś podobnego…

Wreszcie warstwa piąta, ta najważniejsza, najszczytniejsza – pawilony wydawców, tu właśnie pisarze podpisują książki. Wydawcy pracują trochę dla reklamy, bo obroty w ich pawilonach i tak przejmie na siebie któraś z księgarń. Rozmawiam w kilku pawilonach. Najlepiej idzie książka tania, największe triumfy święci chyba format kieszonkowy. Największym przebojem są chyba pamiętniki marszałka Żukowa. W stoisku Instytutu Wydawniczego PAX największym powodzeniem cieszą się książki Wańkowicza – cztery tytuły. […] W Wydawnictwach Komunikacji i Łączności największym powodzeniem cieszy się poradnik Słodowego Sam obsługuję samochód, a także Kodeks drogowy. W Państwowym Wydawnictwie Ekonomicznym nowy podręcznik Józefa Kunerta Technika handlu zagranicznego, klientami są zaoczni i dzienni słuchacze SGPiS, łącznie dwieście tytułów. W PWN-ie najchętniej kupują Mały słownik języka polskiego, a także Starożytnych bogów Jamesa: wydawnictwo to oferuje trzysta pięćdziesiąt pozycji. Wrocławskie Ossolineum popisało się trzystu pięćdziesięcioma tytułami, spośród których największym powodzeniem się cieszą Macieja Wita Rzepeckiego Skalpel ma dwa ostrza, Laskowickiego Szpada, bagnet, lancet, Parandowskiego Luźne kartki, no i seria Biblioteki Narodowej. W stoisku Zakładów Obrotu Wydawnictwami Art.-Graf. spośród dwustu różnych oprawnych pozycji najchętniej są kupowane Słoneczniki van Gogha. Dziewiętnastowieczne malarstwo polskie, a także Picasso i moderna. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza przygotowała trzysta tytułów, wśród nich największe powodzenie mają Kamikadze boski wiatr Arcta i Szwoleżerowie gwardii Gąsiorowskiego. […] PIW wystawił całą masę, trzysta, czterysta pozycji, najpopularniejsze z nich to Wańkowicza Od Stołpców po Kair, Białoszewskiego Pamiętnik z Powstania Warszawskiego oraz Opowiadania Irvinga Shawa, duologia o Klaudiuszu Gravesa, a także seria Współczesna proza światowa. Ministerstwo Obrony Narodowej pokazało sto pięćdziesiąt tytułów, a najchodliwsze to wymienione już wspomnienia marszałka Żukowa, Ziarna na okopie Załuskiego, dwie książki Reniaka oraz oczywiście Czterej pancerni i pies Przymanowskiego. W Iskrach na osiemdziesiąt pozycji rekordy powodzenia bije Tokijskie ABC Budrewicza, Dumasa Wicehrabia De Bragelonne, Meissnera Pilot gwiaździstego znaku, Strumpha Wojtkiewicza Agent nr 1 i Ambroziewicza Procesy.
Nasza Księgarnia oferuje sto dwadzieścia dwa tytuły, najbardziej chodliwe to Bahdaja Piraci z Wysp Śpiewających, Niziurskiego Księga urwisów, a także Pamiętniki żołnierzy baonu „Zośka”. W Czytelniku na trzysta tytułów największym powodzeniem cieszyły się wydania kieszonkowe – książek Poli Gojawiczyńskiej, Czeszki Opowiadania wybrane, Żukrowskiego Z kraju milczenia, a z pisarzy obcych – Moravii Matka i córka. […]

Pora na wyciągnięcie wniosków. Na kiermaszu sprzedaje się coraz więcej, obroty wzrastają. W roku 1964 – 3,6 mln zł, 1965 – 4,3 mln zł, 1966 – 4,7 mln zł, 1967– 4,8 mln zł, 1968 – 5,3 mln zł, 1969 – 6 mln zł. Jest to dowód zapotrzebowania na sprzedaż samoobsługową czy preselekcyjną, zapotrzebowania na bukinistów, na wyjście z książką na ulicę. Po prostu istnieje spora grupa ludzi, którzy udając się do księgarni, nie bardzo wiedzą, jaką książkę chcą kupić, i wstydzą się do tego przyznać. Kiermasz umożliwia rozejrzenie się, przejrzenie. Inna sprawa, że nazajutrz po kiermaszu obroty w księgarniach spadają prawie do zera.
Jednakże kiermasz może być skuteczną formą reklamy i sprzedaży książek pod warunkiem, że oferowany towar będzie odpowiedniej jakości. Tymczasem z tą właśnie najwięcej kłopotu. Literatura współczesna „leży”, atrakcyjnej, wartościowej, nowej polskiej beletrystyki brakuje, dopisuje jedynie pamiętnikarstwo, lecz ono samo nie wystarczy. Obecnie literatura nasza znajduje się jakby w stanie zbierania informacji o czasach, które nas tak niedawno ukształtowały, pełniejszej refleksji jeszcze nie ma. Tego stanu rzeczy, kto wie, czy nie widać choćby w spadku obrotów księgarskich w pierwszym kwartale bieżącego roku w porównaniu z rokiem ubiegłym oraz pierwszej niedzieli kiermaszu w ubiegłym roku – 2,6 mln zł, a w tym roku – 2,4 mln zł. Nie jest to najweselsza pointa szczególnie dla tych stu tysięcy ludzi, którzy nie żałując sił, krążą na warszawskim kiermaszu w ciągu jednej niedzieli. O prawdziwym obrazie rzeczywistości trzeba jednak pamiętać przy największej gali, przy najbardziej radosnym święcie.
A chcecie może wiedzieć, co na kiermaszu kupił Wasz reporter? Uległszy czarowi myślenia ekonomicznego, […] udałem się do stoiska z książkami przecenionymi. Tam po trzy złote kupiłem Poglądy księdza Hieronima Coignarda Anatola France’a, Fachowca Wacława Berenta, Dom pana profesora Willi Cather, Wycieczki balonem nr 2 St. Zielińskiego, za pięć złotych Płomienie Stanisława Brzozowskiego, za dwa złote Korupcję Andrzeja Kuśniewicza, a za przegrane cztery losy loterii książkowej, w której chodzi w gruncie rzeczy o wygranie samochodu, a nie książki, wziąłem sobie tom reportaży z Bliskiego i Dalekiego Wschodu – Wiesława Górnickiego Podróż po garść ryżu. Myślę, że dokonałem chyba tak zwanego optymalnego wyboru.
„Kierunki”, 24 maja 1970, za: Jako dowód i wyraz przyjaźni. Reportaże o Pałacu Kultury, Czarne 2015, s. 194–199.

No to co, zabrać się za czytanie „Fachowca”, skoro akurat mam go pod ręką? Wcale nie z przeceny 😉
Oczywiście, chętnie się dowiem co to 😁
O kurczę, moimi ręcami? 🤣
No przecież nikt z nas nie przeczyta wszystkiego, musimy się dzielić :P
Ależ rewelacyjnie czyta się ten reportaż, pewne rzeczy zdają się wieczne!
Głównie deszcz chyba :D No i kolejki dzielnie stojące do autorów, zawsze podziwiam wytrwałość :)
Nic się nie zmienia. Początek tekstu sprawił, że przeniosłem się myślą do hal krakowskich targów. Narzekanie na poziom literatury – odwieczne (ciekawe, co by autor rzekł o nim teraz). Tylko ten Żukow mnie troszkę zdumiał :)
Zawsze było pełno maniaków historii drugiej wojny, ten Żukow chyba nawet miał parę wydań :P A co do reszty, faktycznie, nic nowego.
Ano właśnie, mnie jak autora zastanawia, co sprawia, że ludzie się w takie miejsca wybierają, tłoczą, ściskają, mokną, potem dźwigają coś, co wydawałoby się jest – przynajmniej dziś dostępne jeśli nie w każdej księgarni to na stronach internetowych. Ale to pewnie chodzi o nowości, które zanim dotrą do sklepów czy biblioteki minie jakaś chwila. Ja nie cierpię tłoku i nawet dla kiermaszu czy targu książek nie robię wyjątku więc zapewne nigdy nie zrozumiem tego uczucia, jakim są te imprezy. Nigdy też nie czułam potrzeby posiadania książki z autografem pisarza, ale jak już bywam na promocjach z szacunku dla autora zdarza się iż odstoję w kolejce po podpis. Ale w tamtych opisywanych czasach to jednak wydaje mi się takie kiermasz mógł być okazją do upolowania czegoś pożądanego. Pamiętam te czasy, kiedy na książki się zapisywało w księgarniach, kiedy ich zdobycie było trudne (i nie mam na myśli drugiego obiegu) wówczas pewnie też bym uczestniczyła. Na szczęście miałam babcię w Ustce, a tam dwie wspaniale zaopatrzone księgarenki i spore walizki, aby te zdobycze móc przetransporować.
W tamtych czasach to na pewno była okazja do polowania, bo wydawcy specjalnie chowali część nakładów różnych bestsellerów na te kiermasze. No i wszystko było w jednym miejscu, bez biegania po księgarniach. A dziś faktycznie, w internecie taniej i bez robienia kilometrów w tłumie. Ja doceniam aspekt towarzyski targów, bo zwykle parę znajomych osób się zjeżdża i można je spotkać w mniej więcej razem. Natomiast już stanie po autografy mnie nie kręci i podziwiam wytrwałość młodych dziewcząt w kolejkach do ulubionych autorek.
Dla niektórych to stanie w kolejkach po autograf to chyba główny element targów.
Zdecydowanie. Widywałem osoby z walizkami pełnymi książek do podpisu. Dziwne, ale skoro lubią :D