Lek na całe zło? (Jürgen Thorwald, „Triumf chirurgów”)

Triumf chirurgówGdy narkoza i antyseptyka opanowały szpitale i gabinety lekarskie, chirurdzy coraz śmielej zaczęli eksplorować niedostępne im dotąd narządy i układy. Próbowano coraz to nowych operacji, wierząc w to, że skalpel stanie się uniwersalnym remedium na wiele schorzeń wcześniej nieuleczalnych, a medycy stworzą ponadnarodowe „imperium chirurgów”, oddane bezinteresownej walce o zdrowie pacjentów.

Idealizm a rzeczywistość

Te szczytne plany i idealistyczne marzenia rzeczywistość szybko i brutalnie rozbijała w proch. Ani chirurgia nie stała się lekiem na całe zło, ani lekarze nie wyzbyli się osobistych ambicji czy uprzedzeń i często bezwzględnie rywalizowali o palmę pierwszeństwa i uznanie. Drugi tom fabularyzowanej historii chirurgii Jürgena Thorwalda dostarcza na to wielu przykładów. Szczęśliwie dostarcza też mnóstwa informacji o rozwoju tej dziedziny medycyny i pokonywaniu kolejnych barier, usuwaniu coraz to nowych „«białych plam» z mapy organizmu człowieka”.

Dziadunio gawędziarz

Podobnie jak w „Stuleciu chirurgów”, narratorem jest Henry Steven Hartmann, rzekomy dziadek Thorwalda po kądzieli, którego szczegółowe zapiski wnuk jakoby odnalazł i przeredagował, by służyły potomnym. Dziadunio, który w poprzedniej części obserwował wprowadzanie narkozy eterowej i środków odkażających, teraz również jest czynnym uczestnikiem życia naukowego, zainteresowanym nowymi sposobami leczenia. Jeździ po świecie, spotyka tuzów medycyny, uczestniczy w kongresach albo zbiera informacje od świadków, by być na bieżąco. Czytelnicy wraz z nim krążą po mniej lub bardziej sławnych klinikach i szpitalach, wchodzą do sal operacyjnych i pokojów pacjentów, wysłuchują referatów i zakulisowych plotek.

Usuwanie „białych plam”

Książka podzielona jest na trzy części, omawiające kolejno postępy w chirurgii stref od wieków pomijanych przez lekarzy, w tym mózgu i jamy brzusznej, w walce z bólem oraz rewolucyjne osiągnięcia w leczeniu chorób płuc, operowaniu otwartej klatki piersiowej i próby przeszczepów rogówki. Poznajemy profesora Kochera, który odważył się operować wole, całkowicie usuwając tarczycę, uznawaną za zbędną w organizmie. Ku swemu przerażeniu po kilku latach skonstatował, że leczeni w ten sposób pacjenci cofnęli się w rozwoju; na tym tle rozgrywa się dramat pięknej córki milionera, która ma przez chwilę do wyboru, czy pozostać oszpeconą przez wole, czy odzyskać pełnię urody, ale stracić władze umysłowe. Lekarską próżność i przekonanie o własnej nieomylności widzimy w przypadku leczenia krtani niemieckiego następcy tronu; niewłaściwie wybrany, niekompetentny i arogancki specjalista, obdarzony zbyt dużym zaufaniem, doprowadził do tragedii. Historia pionierskich przeszczepów rogówki wpleciona jest w historię miłosną w stylu Pięknej i Bestii (plus tatuś tyran), a partie omawiające badania nad znieczuleniem miejscowym przypominają opowieści o narkotykowych doświadczeniach hipisów: poznajemy badaczy beztrosko zażywających kokainę, by sprawdzić jej właściwości znieczulające (i wzmacniające energię oraz usuwające depresję), oraz Zygmunta Freuda, który za wszelką cenę próbował dokonać wielkiego odkrycia, by móc wreszcie poślubić ukochaną. Tak z grubsza wygląda zarys zawartości książki.

Thriller i melodramat

Z grubsza, bo „Triumf chirurgów” zawiera dużo więcej informacji historycznych i medycznych, podanych przystępnie i w atrakcyjnej, beletryzowanej formie. Opowieść Hartmanna–Thorwalda jest zawsze interesująca, skonstruowana z dużym wyczuciem dramatyzmu – niekiedy wręcz przypomina thriller, jak przy opisach operacji guza mózgu czy otwierania klatki piersiowej, zdarzają się też partie melodramatyczne. Bohaterowie książki są bezinteresownymi, oddanymi nauce i dobru pacjentów lekarzami, bywają błyskotliwymi, ale nieznośnymi dla otoczenia geniuszami albo zadufanymi w sobie bufonami – a świat medycyny, mimo szczytnych ideałów, bywa tak samo jak inne sfery życia pełen napięć, rywalizacji i intryg. Szczęśliwie w ostatecznym rozrachunku dokonany postęp służy chorym, chociaż trochę smutno robi na myśl o tym, że niemal sto lat po opracowaniu znieczulenie zewnątrzoponowe wciąż nie jest oczywistością w polskich szpitalach.

Jürgen Thorwald, Triumf chirurgów, tłum. Albin Bandurski, Janina Sczaniecka, Wydawnictwo Literackie 1988.

(Visited 242 times, 242 visits today)

23 thoughts on “Lek na całe zło? (Jürgen Thorwald, „Triumf chirurgów”)

  1. Wiem, że Thorwald pisze zajmująco („Stulecie detektywów”), ale ja od kilku lat przez „Stulecia chirurgów” skończyć nie mogę; do „Tryumfu…” nawet nie doszłam. Zostawione na razie w połowie, bo te wszystkie pionierskie próby operacji i cięcia bez znieczulenia mnie osłabiają. Do „Ginekologów” nawet nie podchodzę (nie lubię horrorów :P)

  2. Po pierwsze: wciąż mam jeszcze w pamięci usuwanie kamieni przez przewód moczowy (?) ze „Stulecia …”. Po drugie: w moim domu rozgościło się choróbsko i na razie mam zbyt dużo życiowej praktyki w starciu z medycyną, by zgłębiać historię i teorię. Słowem, mimo że doceniam narratorski kunszt autora (czy tam jego dziadka), to jednak kolejny Thorwald nieprędko doczeka się lektury :P I żeby nie było, rzucając przykładami, zachęciłeś. Bardzo :D

    • Oni chyba tam nacinali pęcherz na chybił trafił, o ile pamiętam, masakralne to było.
      Historia z krwawymi detalami nie każdemu w każdych okolicznościach pasuje, rozumiem i nie musisz się tłumaczyć. Ale może chociaż o detektywach poczytaj?

      • Na razie mam w planach malutkie, hłe, hłe, tête-à-tête z całym cyklem o VV Nessera, więc sam rozumiesz, że może mi zejść do wiosny :) A wiosną wszystko się może zdarzyć. No i są jeszcze ukradki. Teraz ukradkiem czytam Ożogowską :D

  3. Zwęziło, musisz nad tym popracować :P Nie jestem skromny, po prostu piszę jak jest. Prostym człek i niewyszukane mam rozrywki :D A że czasem zboczę w stronę, he, he, zboczy kulturalnego Parnasu i nieśmiało zaczerpnę z krynic kultury wysokiej, to raczej przypadek nie reguła. Już odłożyłem Detektywów na półkę WBP :D Ale też wczoraj wystartowałem z Nesserem i jestem przerażony, bo niedawno miałem przed oczyma, a czytam jakbym pierwszy raz na oczy widział. Takie widać to moje czytanie :(

    • Taka uroda tego cholernego szablonu :) Na specjalnie robiony mnie nie stać, więc muszę się godzić z wadami darmówek.
      Panie, i krynica, i Parnas, i zboczenie na zbocza – kto tu się wypiera kultury wysokiej? :) Też tak miewam, że patrzę w tekst, jakbym go nigdy nie widział, to się zdarza :P

      • Minimalizmu się zachciało, a komentatorzy cierpią :P Ja się nie wypieram, ja tylko piszę, że czasem zabawa formą czy też próba olśnienia nią czytelnika, kończy się u mnie jak u Manuela. Ke? A skleroza czytelnicza z jednej strony przeraża, z drugiej jest fajna. Przeraża, bo gdzie mi do cytowania całych ustępów, jak zwykli czynić wnikliwi czytelnicy wieków poprzednich. Fajna, bo ciągle możemy mieć w czytaniu ulubione tytuły, ba, kryminały nawet. No, chyba że komuś wisi kto zabił, bo znam i takich :D

        • Jakoś poza Tobą nikt dotąd nie doszedł do kresu kolumny :D
          Skleroza jest dobra, potrafiłem czytać po trzy razy tę samą Agatę i nie wiedzieć, kto zabił :D Ale z powodu sklerozy też nie umiem cytować, nawet nie pamiętam czasem kluczowych wydarzeń.

  4. Ha, to jedna z książek, które mam na liście do przeczytania od dawien dawna. Ponad 10 lat temu koleżanka z ówczesnej pracy się zachwycała (zajmująca się zresztą tłumaczeniami medycznymi) i od tamtego czasu czeka ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *