Po przeciwnych stronach stawu (Yaa Gyasi, „Droga do domu”)

„Rozłączone siostry są jak kobieta i jej odbicie, są skazane na pozostawanie po przeciwnych stronach stawu”, mówi afrykańskie porzekadło. I sprawdziło się ono w przypadku przyrodnich sióstr Effii i Esi. Nigdy się nie poznały, chociaż przez chwilę były blisko siebie: w brytyjskiej twierdzy Cape Coast na afrykańskim Złotym Wybrzeżu. Effia jednak trafiła tam jako kochanka gubernatora, a Esi jako towar, niewolnica, za którą chętnie zapłacą handlarze. Czytaj dalej

Stary człowiek i może (John Scalzi, „Wojna starego człowieka”)

W moim ulubionym cyklu o szpitalu kosmicznym Jamesa White’a ludzie i inne rasy z całego wszechświata współpracują ze sobą, by nieść pomoc chorym i potrzebującym bez względu na ich pochodzenie. Okazywanie humanitaryzmu jest sposobem na przełamanie oporów istot nawet początkowo wrogich. Wizja ta, aczkolwiek może się wydawać naiwna, jest jednak na swój sposób krzepiąca. Natomiast John Scalzi w swym debiucie zdecydowanie odrzuca złudzenia, że pokojowe współżycie ras w kosmosie jest możliwe. Dla niego wszechświat jest przede wszystkim miejscem zawziętej walki o przestrzeń życiową, w której należy odrzucić wszelkie sentymenty. Czytaj dalej

Przedawkowanie prowincji (Krzysztof Varga, „Czardasz z mangalicą”)

Na Węgrzech wszystko, co nie jest Budapesztem, jest prowincją. Krzysztof Varga podczas swych licznych podróży po kraju jeździ między miastami o nazwach nie do wymówienia, takich jak Niyergihaza, Kiskunfélegyháza czy Hodmezővásárhely i patrzy, smakuje, szuka ich cech wspólnych albo wskazuje odrębności. Krąży bez konkretnego planu i bez konkretnego planu ukazuje też czytelnikowi kraj swojego ojca. Czytaj dalej

Wehikuł czasu (Robert McCammon, „Magiczne lata”)

Ta książka jest wszystkim, co potrzebne, by wrócić w czas dzieciństwa: wehikułem czasu, magdalenką maczaną w herbacie – czy raczej babcinym smalcem na wielkiej pajdzie chleba. I nieważne, czy to dzieciństwo przypadło trzydzieści czy dziesięć lat temu, dzięki „Magicznym latom” do niego wrócicie – dajcie się tylko prowadzić głównemu bohaterowi, zrzućcie z siebie ciężar wieku, balast doświadczeń i przypomnijcie sobie jakiś epizod z roku, w którym mieliście dwanaście lat. Czytaj dalej

Westchnienie nad zmarnowaną szansą (Aline Ohanesian, „Dziedzictwo Orhana”)

Od tygodnia zastanawiam się, jakie schorzenie płuc musiałbym mieć, żeby zgodnie z okładkową zapowiedzią „Dziedzictwo Orchana” zaparło mi dech w piersiach. Z reakcji oddechowych udało mi się przez te siedem dni wygenerować co najwyżej kilka westchnień nad zmarnowaną szansą. I kilka ziewnięć przy szczególnie ogranych chwytach. Drodzy Wydawcy, skończcie z mnożeniem superlatywów na okładkach. Czytelnik nabierze się raz, dwa razy, może nawet pięć, ale potem będzie ze wstrętem odrzucał te wszystkie wstrząsające arcydzieła i światowe bestsellery. Bo nawet jeśli przy tej selekcji straci coś wartościowego, to czas zaoszczędzony na czytaniu rzeczy nijakich, poprawnych czy ledwie przeciętnych wynagrodzi mu tę stratę z nawiązką. Czytaj dalej

Palec w zupie (Natalia Sherba, „Czasodzieje. Klucz czasu”)

Gdyby porównać „Czasodziejów” do jakiejś potrawy, byłby to barszcz ukraiński. Ugotowany przez utalentowanego i doświadczonego kucharza zadowoli najwybredniejsze podniebienia, przygotowany przez amatora będzie po prostu czerwonawą zupą z warzywami i fasolą. Barszcz przygotowany przez Natalię Sherbę mieściłby się gdzieś pośrodku: od czasu do czasu chrupnąłby w zębach niedogotowany ziemniak, kolor zostawiałby nieco do życzenia, ale potrawa byłaby zjadliwa i w miarę sycąca. Byłaby, gdyby w drodze między kuchnią a stołem kelner nie włożył do talerza brudnego palca. Albo i dwóch. Czytaj dalej

„Cisza, jaką niesie śmierć” (Caitlin Doughty, „Dym wciska się do oczu”)

Caitlin Doughty twierdzi, że przedsiębiorcy pogrzebowi dla maksymalizacji swojego zysku celowo niszczą odwieczne sposoby godzenia się z odejściem najbliższych i przeżywania pierwszych chwil żałoby. Ma być sprawnie, szybko, taśmowo, nie ma więc mowy o żadnych tradycyjnych obrzędach, czuwaniu przy trumnie, wychodzeniu poza narzucane przez speców od wydajności standardy. Równocześnie zmierza się, co nie jest trudne w społeczeństwie, które dąży do zachowania wiecznej młodości, do usuwania nam sprzed oczu prawdziwego obrazu śmierci, sprzedając w zamian jej postać pokolorowaną, złagodzoną: stąd balsamowanie zwłok i wszelkie sposoby ich „upiększania”, dające niekiedy groteskowe efekty. Stąd też minimalizowanie udziału najbliższych w przygotowaniach do pogrzebu – wszystkim zajmą się fachowcy, wy tylko złóżcie zamówienie. Czytaj dalej

%d bloggers like this: