„Tyle możliwości, tyle ścieżek” (Agnieszka Hałas, „Olga i osty”)

Olga i osty„Opowieści są jak rzeki, meandrują, a czasem rozwidlają się”. Czasem zaś się łączą i płyną jakiś odcinek razem, by znienacka opaść burzliwą kaskadą z wysokiego klifu. „Rzeka wygląda inaczej z perspektywy tego, kto stoi na brzegu, inaczej dla kogoś, kto płynie łodzią, a jeszcze inaczej, gdy śledzimy jej bieg na mapie”. Natomiast czytelnik, który sięgnie po opowieść Agnieszki Hałas, żeby sobie niezobowiązująco pobrodzić w łagodnej wodzie do kolan, niech się nastawi na to, że zostanie porwany znienacka przez podstępny nurt, by potem walczyć o utrzymanie głowy na powierzchni, gdy rwący prąd pociągnie go w nieznanym kierunku, a wiry odbiorą mu orientację.

Złe przedmieście (Jisroel Rabon, „Bałuty”)

Bałuty. Powieść o przedmieściu

„Bałuty” Jisroela Rabona lokują się dokładnie między „Ziemią obiecaną” Reymonta a „Biednymi ludźmi z miasta Łodzi” Sema-Sandberga. Reymont pokazywał narodziny przemysłowej Łodzi, a Sem-Sandberg – zagładę tamtejszych Żydów, którzy przez dziesięciolecia stanowili nieodłączny element tego miasta wielu kultur. Piszący w języku jidysz Rabon, zapomniany dziś zupełnie, skupia się na Bałutach, dzielnicy łódzkiej biedoty, w przeddzień wybuchu pierwszej wojny światowej, utrwalając wygląd i klimat tego miejsca oraz charakterystyczne dla niego typy ludzkie.

Marchewka w błocie (Bartosz Janiszewski, „Grzesiuk. Król życia”)

Grzesiuk. Król życiaSiódma klasa podstawówki. Może ósma. W każdym razie dawno temu. Przejęta koleżanka opowiada o czytanej książce: „Więźniowie byli tacy głodni, że chodzili wyciągać z błota za kuchnią kawałki marchewki. Tylko musieli uważać, żeby nie trafić palcem w gówno”. Rzecz nosiła tytuł „Pięć lat kacetu”, a po takiej rekomendacji przeczytałem ją od razu. Od tej chwili ta i inne książki Stanisława Grzesiuka na wiele lat stały się jednymi z moich ulubionych i długo mi towarzyszyły.

Szorstka jak lina cumownicza (Ian McGuire, „Na wodach Północy”)

Na wodach PółnocyProza Iana McGuire’a jest szorstka jak lina cumownicza i brutalnie bezpośrednia jak marynarskie rozmowy. Zapomnijcie o romantyce morza i żądzy przygód, które gnały ludzi na szerokie wody. Marynarze na pokładzie „Ochotnika” pożądają głównie pieniędzy, a co najmniej jeden z nich pragnie też zaspokajać swój zew krwi, ślepy i bezwzględny.

Pranie literackie (cz. 2): „Dobrze jest nad wodą wystawić szopę, w której praczki piorą…”

Od czasów zajmujących się praniem królewien Homera minęło całkiem sporo czasu i panie domu z wyższych sfer straciły zainteresowanie brudną bielizną. Te najzamożniejsze miały od tego ochmistrzynie i służące, które w pałacach i dworach przejęły niewdzięczną czynność, wymagającą sporej wiedzy teoretycznej i umiejętności praktycznych. W końcu wtedy jeszcze nie wystarczało nasypać proszku do pralki…  

„Niby mucha w pajęczynę” (Pandelis Prevelakis, „Kronika pewnego miasta”)

Kronika pewnego miasta

 

Literatura potrafi wzbudzać tęsknoty i tęsknoty zaspokajać. Pandelis Prevelakis swą książką złożył hołd rodzinnemu miastu, dając wyraz własnej nostalgii i próbując ją odegnać wspominaniem ulic, placów, sklepików, portu, a przede wszystkim ludzi – krewnych, sąsiadów, charakterystycznych typów spotykanych na co dzień. Równocześnie „Kroniką pewnego miasta” zapewne w wielu czytelnikach wzbudził tęsknotę za ciepłym słońcem odbijającym się od białych domów, za urokliwym labiryntem zaułków pełnych kramów i widokiem błękitnego morza.

Księgozbiory polskie, cz. 12: Książki w getcie warszawskim

O czytaniu w getcie warszawskim świetnie pisał Marcin Szczygielski w „Arce czasu”: jego młody bohater pochłania kolejne tomy, by zająć sobie czymś czas, by uciec od przerażającej rzeczywistości na zewnątrz. I była to postawa częsta. Spragnieni literatury czytelnicy musieli pokonywać spore trudności, ponieważ 9 lutego 1940 roku nakazano zamknięcie żydowskich wypożyczalni, a w czerwcu tegoż roku zakazano Żydom prowadzenia księgarni. Ograniczenia te zniesiono w 1941 roku. Biblioteki w dzielnicy zamkniętej cieszyły się wielką popularnością (oficjalnie działało ich 35), chociaż przechodzące przez wiele rąk tomy postrzegano jako potencjalne rozsadniki tyfusu – mogły się w nich trafić wszy. Intensywnie też książkami handlowano, bardzo często na ulicach; przedstawicielom inteligencji wyprzedaż domowego księgozbioru, choć bolesna, pomagała w uzupełnieniu skąpego budżetu. Nic dziwnego, że jeden z najwnikliwszych obserwatorów życia za murami getta, Emanuel Ringelblum, również poświęcił tej ważnej kwestii nieco miejsca w swej kronice wydarzeń.