Minoga z małem łebkiem

 

Myliłby się, kto by przypuszczał, że na szyldzie wymienionego w tytule niniejszej opowieści zakładu gastronomicznego przy ulicy Zapiecek widniała dorodna minoga na przybranym zieloną pietruszeczką półmisku. Nic podobnego. Szyld wyglądał banalnie. Na czerwono pomalowanej blasze umieszczony był napis, tchnący powagą urzędowego niemal dokumentu:
RESTAURACJA III kategorii z wyszynkiem
napojów alkoholowych
wł. KONSTANTYN ANIOŁEK
Koncesja Genowefy Rypalskiej
i Wawrzyńca Śmieciuszki
Surowość głównego, umieszczonego nad wejściem znaku łagodziły dwa szyldy boczne, których treść opie­wała:
„Śniadania,obiady, kolacje”
oraz
                        „Żymne i goronce zakonski”.
Wszystkie trzy godła były dziełem powszechnie cenionego na Starówce mistrza sztuki malarskiej, pana Dawida Kapelana (Bonifraterska 18).
 
Kadr z filmu „Cafe Pod Minogą”, reż. Bronisław Brok, 1959 rok.
 
Część graficzną reklamy firmy uzupełniały dwie kartki wycięte z brystolu, na których sam pan Aniołek wprawną ręką wypisał: „Pieczeń rzemska” i „Zrazy po nalesońsku z gżypkamy”.
Resztę propagandy załatwiały umieszczone na wystawie oryginały, jako to: lśniący pozłocistą skórką dyszek cielęcy, biała kiełbasa garnirowana przysmażoną cebulką lub nacięty w misterną, drobniutką kostkę rumiany boczek pieczony, wszystko to podane na efektownym tle słojów z biało-czerwoną ćwikłą i zielonożółtymi „małosolnymi” ogórkami. Oczywiście eksponaty zmieniały się odpowiednio do pory roku.
Nie było jednak nigdy w witrynie minóg. Na próżno też szukałby ich ktoś na bufecie. Interpelowany o nie przez gości gospodarz odpowiadał zazwyczaj: – Minoga robak, nie rybka i w porządnym interesie trzeciej kategorii nie ma prawa figurować.
Stali bywalcy lokalu wiedzieli jednak, że nie zawsze tak bywało, że minogi w musztardzie zajmowały kiedyś honorowe miejsce wśród innych zakąsek. Znali też przyczynę znalezienia się ich na indeksie.
Oto przed kilku laty znany na Starówce alkoholik i awanturnik, niejaki Millerek, pogniewawszy się na lokal za odmowę kredytu, zwrócił się do małżonki wła­ściciela z następującą apostrofą: „Ach, ty minogo z małem łebkiem, za wieczne ondulacje szarpana, ja cię tu zaraz nauczę szaconku dla gościa!” Po czym usiłował przewrócić bufet, co mu się zresztą całkowicie udało.
Obrażeni współbiesiadnicy podnieśli się od stolików, usunęli awanturnika na ulicę, ale orzekli, że:
„Właściwie pani Aniołek nie ma się o co obrażać, bo faktycznie na minogie podobna. Długa, mizerna na urodzie, z małą mordką, tylko z tą różnicą, że nogi posiada, ale za bufetem nie widać”.
Wywołało to nową awanturę zakończoną wezwaniem Pogotowia, ale odtąd lokal, dawniej nazywany „Pod Aniołkiem”, zdobył nową, błyskawicznie zaakceptowaną przez Krzywe Koło, Nowomiejską, Freta i obydwa Dunaje, nie licząc, rzecz prosta, Zapiecka, firmę: „Pod Minogą”.
Pani Serafina Aniołkowa mimo „mizernej urody” obdarzona była przez naturę niezwykle metalicznym, donośnym głosem, którym umiała należycie władać, oraz temperamentem, nad którym nie życzyła sobie zbytnio panować.
Te cechy sprawiały, że pan Konstanty był właścicielem przedsiębiorstwa tylko de nomine, na szyldzie. Twarde rządy w domu i w interesie sprawowała jego małżonka. Powyższy układ stosunków politycznych w restauracji spowodował wykluczenie minóg raz na zawsze z menu zakładu. Oczywiście dopomogło to raczej do utrwalenia wśród klientów nowej nazwy firmy. Pan Aniołek protestował przeciwko tej nomenklaturze dość słabo i tylko kiedy żona słyszała, a i wówczas pozwalał sobie na lekkie przymrużenie oka.
Wiech, Cafe „Pod Minogą”, Czytelnik 1957, s. 5–7.
(Visited 116 times, 1 visits today)

33 komentarzy do “Minoga z małem łebkiem

  • 16 listopada 2012 o 11:18
    Permalink

    Konstantyn Aniołek nie zaimponuje mi swoim lokalem III kategorii – pod koniec latach 70-tych, jako chłopak trafiłem do lokalu … V kategorii. Jeden jedyny raz w życiu i pewnie dla tego ta klasyfikacja tak mi utkwiła w pamięci :-).

    Odpowiedz
  • 16 listopada 2012 o 12:14
    Permalink

    Kurczę, było sobie „Cafe …” w TVP ostatnio (czyli w ciągu ostatniego pół roku) i przegapiłem. Ale mam nagrane :) Wiechowi wiele rzeczy, jeśli chodzi o warstwę językową, zarzucano, ale jak to się czyta!
    PS. Przypomniałeś mi pewien bar, w którym przepiłem pierwszą wypłatę i szept zaufanej bufetowej odradzającej wątróbkę na rzecz świeżutkiego schabowego. Ach, wspomnień czar :)

    Odpowiedz
  • 16 listopada 2012 o 14:29
    Permalink

    Ja nie wiem, czy to pogoda za oknem, czy ssanie w żołądku, ale wizja garnirowanej białej kiełbasy i rumianego boczku jest zbyt silnym przeżyciem jak na mnie w tej chwili. Tylko ta minoga z trwałą ondulacją… To dobrze, że zniknęła z menu:P
    „Zrazy po nelsońsku” kojarzą mi się jednak wyłącznie z komiksem Szarloty Pawel, choć fakt, tam chyba nie były z „grzypkamy”.

    Odpowiedz
  • 16 listopada 2012 o 14:35
    Permalink

    Kurcze, w obliczu Waszych dokonań zastanawiam się, której kategorii był Bar Piwny „Wiarus” w Orzyszu, który odwiedzałem jako mocno nieletni z ojcem i wujkami, bo był to jedyny piwny wodopój w okolicy:)) Bo restauracja w hotelu w Gorlicach w 1992 roku zdecydowanie była trzeciej kategorii:P

    Odpowiedz
    • 17 listopada 2012 o 06:50
      Permalink

      Po ładnych spelunkach się człowiek szlajał, nie ma co :) A tak w ogóle, to branża gastronomiczna jest wdzięcznym tematem powieściowym. Weźmy chociaż „Zaklęte rewiry” :)

      Odpowiedz
  • 16 listopada 2012 o 14:37
    Permalink

    Momarta: ale zrazy w Kubusiu Piekielnym zjadliwe nie były, a u pana Aniołka zapewne palce lizać (i zasmażka na smalcu:P).

    Odpowiedz
    • 16 listopada 2012 o 21:17
      Permalink

      Kubuś Piekielny? Jakoś mi ten Piekielny wyparował z głowy, choć pamiętam większość obrazków (jak widać, mniej skupiałam się na podpisach). Twarde były, zdaje się. Ale fakt, u pana Aniołka, przede wszystkim są „po nalesońsku”, co zwiastuje pewną miękkość. A skąd wziąłeś wzmiankę o smalcu, bo nie widzę (ale ja dziś widzę źle, pewnie przez tę mgłę).

      Odpowiedz
    • 16 listopada 2012 o 21:23
      Permalink

      No przecież były to te szczęśliwe przedwojenne czasy, gdy dobra kuchnia obfitowała w smalec i masło, a w kalorie i cholesterol nikt nie wierzył:D

      Odpowiedz
  • 17 listopada 2012 o 00:21
    Permalink

    „Mizerna uroda” pani Serafiny Aniołkowej wyklucza podobieństwo do nadobnej Serafiny JIKa, ale to imię zawsze mnie niepokoi. :)

    Odpowiedz
  • 18 listopada 2012 o 17:00
    Permalink

    Już Wiechem zaraziłeś skutecznie, nie ma co ukrywać. Jak czytałam Hłaskę, zachwycającego się Wiechem to już w ogóle podwójne zachwyty ;)

    Odpowiedz
  • 19 listopada 2012 o 13:36
    Permalink

    Czytałam „Cafe pod Minogą” wieki temu.Fajnie,sobie przypomnieć,dzięki :)
    Przy okazji polecam też”Maniuś Kitajec i jego ferajna”

    Odpowiedz
    • 28 listopada 2012 o 17:27
      Permalink

      A, już widzę, że widziałeś :) Tak się tekstem zafiksowałam, że nie doczytałam podpisu pod zdjęciem :)

      Odpowiedz
    • 28 listopada 2012 o 17:33
      Permalink

      To na pewno! :) Ale tak się zrobiłam monotematyczna, że już wszystko mnie interesuje, łącznie z tymi starymi filmami. Co trzeba uznać za ewenement bo ja ekranizacji nie lubię, w ogólności, moich ulubionych książek ;) A że Wiecha już mam na liście ulubione to już oczywiste ;) Przetrzebiam strony internetowe szukając więcej i więcej ;)

      Odpowiedz
    • 28 listopada 2012 o 17:35
      Permalink

      Doskonale Cię rozumiem, przechodziłem to samo paręnaście lat temu:) Potem mi trochę przeszło i przegapiłem chyba pierwsze pełne wydanie wszystkich jego tomików. Miłego czytania:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: