Lektura niekonieczna (Stephen King, „Billy Summers”)

Billy Summers

 

Najnowsza powieść Stephena Kinga nie oszałamia tempem ani gwałtownymi zwrotami akcji. Fabułę też trudno uznać za szczególnie zaskakującą, a tło jest ledwie naszkicowane. „Billy’ego Summersa” czyta się z niejakim z zainteresowaniem niemal wyłącznie dzięki tytułowemu bohaterowi, należy jednak, jak mawia król Julian, czytać „prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.

Zabójca na przedmieściach

Billy Summers, płatny zabójca, dostaje kolejne zlecenie. Ma, co prawda, w związku z nim jakieś szmery w podświadomości i złe przeczucia, ale honorarium pozwoliłoby mu udać się na emeryturę. Zgadza się więc zrealizować plan, który wygląda co najmniej kontrowersyjnie. Otóż w oczekiwaniu na pojawienie się celu Billy ma wtopić się w lokalną społeczność, udając pisarza ściganego przez termin zakończenia książki. Zamieszkuje więc w domku na przedmieściach, pracuje w biurze w centrum miasta. Powoli wciąga się w pisanie autobiograficznej powieści i nawiązuje więcej niż życzliwe stosunki z sąsiadami i pracownikami sąsiednich firm. Dobra nasza, pomyślałem, najpierw kilkaset stron obrazków obyczajowych (to lubię u Kinga), a potem realizacja zlecenia, ucieczka, zapewne z przeszkodami, i ostatecznie dożywotnie wakacje na tropikalnej wyspie.

Gorączkowe kombinacje

No więc nie. King nie zamierza opisywać prowincjonalnej Ameryki za prezydentury Trumpa, u progu pandemii (o której nadejściu irytująco wspomina od czasu do czasu. Po co? Pojęcia nie mam). Wielka szkoda, poczytałbym z zainteresowaniem. Dostajemy jedynie garść sztampowych obrazków w stylu „sympatyczni sąsiedzi opiekują się nowym przybyszem, który szybko się ze wszystkimi zaprzyjaźnia”. Strzał za grube miliony dolarów pada w okolicach dwusetnej strony i autor zaczyna gorączkowo kombinować, jak wypełnić resztę zakontraktowanej objętości. Początkowo nawet nieźle mu idzie, ale konieczność podkręcenia tempa co jakiś czas sprawia, że kolejne zwroty akcji stają się coraz bardziej wymuszone, aż do lekko ckliwego (ale przynajmniej odrobinę zaskakującego) finału.

Bohater z prefabrykatów

W obliczu wątłej fabuły, rozdmuchanej niepotrzebnie objętości, niechlujnego stylu i pobieżnie naszkicowanego tła i takoż nakreślonych postaci powieść po części ratuje tytułowy bohater. King zestawił Billy’ego Summersa z ogranych elementów: wrzuca mu w biografię traumatyczne dzieciństwo, wczesne zetknięcie się z przemocą i śmiercią, pobyt w rodzinie zastępczej, wreszcie służbę wojskową i poznanie okropności wojny, ale jakoś zdołał tchnąć w niego życie. Mamy do czynienia z człowiekiem doświadczonym przez los, a nie bezwzględną maszyną do zabijania, w dodatku utalentowanym literacko (szkic powieści Billy’ego to kolejny jaśniejszy punkt książki) oraz oczytanym. Mimo iż King niezbyt tę postać dopracował i tak czujemy do faceta sympatię i kibicujemy mu, chociaż jak na tak doświadczonego profesjonalistę zdarza mu się sporo wpadek. Jeden Billy to jednak za mało, by uznać tę powieść za coś więcej niż nieudaną historię dla najbardziej zagorzałych fanów autora.

Stephen King, Billy Summers, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2021.

(Visited 270 times, 15 visits today)

27 komentarzy do wpisu „Lektura niekonieczna (Stephen King, „Billy Summers”)”

    • Będzie następne „a nie znam się to się wypowiem” :-) Akurat King to nie moja bajka (w ogóle zresztą horrory to ja niekoniecznie :-)), czytałam parę najpopularniejszych klasyków, natomiast zgadzam się z Piotrem, że te wstawki obyczajowe i obrazki z prowincji naprawdę dużo dawały. W takim pozornie sielskim lub chociaż ogólnie normalnym krajobraziku, z ciekawymi szczegółami, dojrzewa ZŁO, które na wierzch wyłazi. Dla mnie właśnie to tło obyczajowe dawało „wartość dodaną”. A biorąc pod uwagę tempo narastające twórczości Kinga to pewnie @Bazyl ma rację. Ja mam tu jeszcze jedno skojarzenie, ale napiszę potem :-)

      Odpowiedz
      • Mnie King przestał straszyć ćwierć wieku temu i teraz czekam na opisy prowincji, bo to King umie znakomicie. O ile mu się chce i ma pomysł. A tu mu się nie chciało i pomysł miał na nowelkę. Cieszyłem się na opisy Ameryki Trumpa i guzik.

        Odpowiedz
        • Ano właśnie, zapewne po prostu Autor się zatrzymał na poziomie tych opisów z czasów początków twórczości (lub też duszek nie sprostał, jak Bazyl to sugerował) i oderwał od rzeczywistości. Szkoda, ale pewnie każdy autor się starzeje niestety. A to o czym chciałam napisać, to (eksjuz miii pliiz za przywołanie przy okazji Kinga) Joanna Chmielewska. O ile pierwsze książki były zabawne dzięki zakorzenieniu w realiach czasów i funkcjonowania pewnego środowiska, które autorka znała, o tyle z każdą kolejną było coraz gorzej, a już zwłaszcza jak się zaczęła w latach 90-tych masowa produkcja. Moja śp. mama miała do Chmielewskiej słabość i lojalnie nabywała, co wychodziło, a ja mam głupi odruch czytania co w rękę wpadnie (oraz niestety, jak wcześniej napisałam możliwości, ze względu na umiejętność szybkiego czytania), więc przy okazji wizyt u mamy czytywałam, ale w pewnym momencie wymiękłam. Mama wymiękła zaraz potem i zaprzestała kupowania :-)

          Odpowiedz
          • Pojęcia nie mam, jak wygląda rozrzut czasowy tych Kingów, które mi się podobały, ale taka Dolores Claiborne to ma z 15 lat, potem chyba chwalono Dallas i Pod kopułą. A co do Chmielewskiej to pełna zgoda, też lojalnie kupowałem i czytałem niemal do końca, dwie ostatnie stoją do tej pory nietknięte. (A plotki chodziły, że i Chmielewska pod koniec życia sama nie pisała, widać taka kolej losu).

            Odpowiedz
                • Co do interpretacji Kwiatkowskiej, to czytała ona kiedyś „Lesia” w odcinkach w audycji „Lato z radiem”. Osobiście to pamiętam, popłakałam się ze śmiechu przy opisie przygód Lesia z gaśnicą. Natomiast moja koleżanka akurat w sezonie, kiedy nadawano tę powieść była na wczasach nad morzem w jakiejś popularnej miejscowości wypoczynkowej. Ludzie wówczas brali na plażę przenośne radia i sobie tego „Lata z radiem” słuchali. Koleżanka twierdziła, że w życiu nie słyszała takiego zbiorowego wybuchu śmiechu, jak wówczas kiedy nadawano odcinek o „napadzie na pociąg”, podobno cała plaża wyła ze śmiechu o usmarkania :-) Gdzieś czytałam, że niestety nagranie „Lesia” w wykonaniu Kwiatkowskiej się nie uchowało, szkoda…

                  Odpowiedz
              • Akurat „Gwałtu” już nie czytałam, wymiękłam wcześniej i moja mama też. Ale znam byłych wielbicieli JCh, którzy mają podobną opinię jak Bazyl i na podstawie tego, co usłyszałam raczej ich rozumiem.
                Tak czy siak, walorem twórczości JCh były wstawki obyczajowe i zakorzenienie w otaczającej rzeczywistości oraz pewnym środowisku, które autorka do pewnego momentu znała, a potem najwyraźniej przestała. Moim zdaniem nawet jeśli ktoś to za nią pisał, to robił to drastycznie źle. Zwłaszcza postacie młodych ludzi w książkach wydanych w latach 90-tych, kiedy jeszcze coś tam czytałam i byłam w wieku lat dwudziestu paru jak bohaterki powieści, to była masakra, oderwanie od rzeczywistości kompletne.

                Odpowiedz
                • Te tłamszone dwudziestolatki to podejrzewam, że jednak sama pisała, bo chyba jednak młodsi ghost-writerzy by nie poszli w aż taki archaik :( A te postacie wypisz wymaluj pasują do ideałów przedstawianych w jej poradnikach męsko-damskich, swoją drogą, tam to dopiero są pokłady różności.

                  Odpowiedz
                  • Niektórzy autorzy po prostu nie umieli w pójście z duchem czasu. To samo „słyszałem”, gdzieś tam jednym uchem, pisane o późnej Musierowicz.

                    Odpowiedz
                    • @Bazyl o Musierowicz mnie nie pytaj, bo ja od początku byłam z tych, których wykluczyła z grona czytelników z definicji :-) :-) To jest właśnie ten przykład, o którym cały czas mówię, że literatura to kwestia gustu :-) A ogólnie to co do JCh , to pominąwszy dwudziestoparolatki durne jak pół kilo gwoździ i kompletny brak kontekstu obyczajowego lat 90-tych, to Szanowni Panowie, a sylwetki męskie Wam się podobają w tych książkach? Z ciekawości tak pytam :-) Bo osobiście w długim życiu swym na parę ciekawych egzemplarzy się natknęłam, ale na takie papierowe, jednowymiarowe coś to nie?

                    • No, Pawełek jej wyszedł. I Chaber. I Lesio. Poza tym większość tych gachów miała być gachami dobrymi w łóżku i niszczącymi życie bohaterce, więc z definicji toksycznymi. Zresztą autorka z upodobaniem wkręcała się sama w toksyczne romanse i potem to odreagowywała literacko, nic dziwnego, że nie cieniowała tych facetów.

  1. Lubię autora, ale ta książka jeszcze przede mną :) Od siebie polecam „Jokera” należącego do serii Teoria gier. Niezwykle intrygujący thriller.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: