Irytacje i fascynacje (Anna Marchewka, „Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg”)

DSC_0098„Ślady nieobecności” były jedną z pierwszych książek, z powodu których od ponad trzech miesięcy utrzymuję się w stanie podwyższonej czytelniczej irytacji. Irytacji wywołanej tym, że trafiam na publikacje potencjalnie fascynujące albo przynajmniej ciekawe, oparte na niezłym pomyśle, lecz zniweczone przez samych autorów niezrozumiałymi decyzjami czy rozwiązaniami i tym samym pozostawiające głęboki niedosyt.

Bohaterkę Anna Marchewka wybrała znakomicie: niesłusznie zapomnianą pisarkę o ciekawej, bardzo mało znanej biografii. Wykształconą dzięki uporowi rodziców, którzy nie ulegli społecznym konwenansom i naciskom, że biednym nauka nie przysługuje. Dotkniętą wojenną traumą, o skomplikowanym życiu osobistym, wreszcie schorowaną pod koniec życia. Niezwykle wrażliwą na kwestie społeczne, o czym świadczy szeroko zresztą w książce omówiony reportaż „Myjcie owoce”, o białoruskich chłopach oskarżonych o antypaństwowe wystąpienia.

Marchewka próbuje odnaleźć Irenę Szelburg, starannie ukrytą pod maską pisarki i autorki baśni znanej jako Ewa Szelburg-Zarembina, prawdziwą kobietę „zaszytą” w oficjalnej postaci. Czyta więc utwory, jeździ po miejscach związanych z Szelburg, szuka dokumentów i listów, świadków. Zdaniem Marchewki, Szelburg „starannie projektowała obrazy niepowodzeń”, była stłamszona, ze skłonnościami samobójczymi, starannie myliła tropy tak, by nikt nie dotarł do jej prawdziwej istoty, a cząstki siebie wkładała w kolejne bohaterki swych utworów.

Mogła z tego wyjść fantastyczna biografia, niechby nawet – jak w przypadku „Śladów” – poświęcająca sporo miejsca samej Marchewce i jej poszukiwaniom. Niestety dostaliśmy coś nieokreślonego; zbiór szkiców o różnych aspektach biografii Szelburg (do 1958 roku, pominięty został ostatni, niemal trzydziestoletni okres życia), pełen irytujących powtórzeń i pisany dość pretensjonalnym językiem, do którego z niewiadomych przyczyn dorzucono bez słowa komentarza wypisy źródłowe. Co bowiem czytelnikowi po spisie zajęć uniwersyteckich, na które uczęszczała Szelburg? Co mu po jednozdaniowych wyimkach z listów, w których wzmiankowana jest pisarka? Co mu po kilku notkach z dzienników Iwaszkiewicza? Czemu miało służyć opisywanie okoliczności, w jakich autorka robiła zdjęcia, skoro w książce nie ma ani jednej ilustracji (i to mimo tego, że Marchewka często się do nich odnosi)? Odnosiłem wrażenie, że autorka często zatrzymywała się w pół kroku – pokazywała zebrany przez siebie materiał, po czym nie wyciągała z niego żadnych wniosków, nie dopowiadała nic do niego.

Ewa Szelburg-Zarembina w obiektywie B.J. Dorysa, ok. 1937 r. (źródło)
Ewa Szelburg-Zarembina w obiektywie B.J. Dorysa, ok. 1937 r. (źródło)

Mam wrażenie, że sama Marchewka była świadoma tych słabości, które ujęła w typowym dla siebie stylu: „W czasie zbierania kawałków historii życia tej kobiety, która przyczepiła się do mnie (lub ja do niej), natykałam się wciąż na przeszkody. Pokonywanie ich przychodziło z trudem, wciąż narastało poczucie gromadzenia pomyłek i strat nie do nadrobienia. […] Nie scalę umykających drobin życiorysu Szelburg”. Ja odniosłem jednak wrażenie, że krakowska literaturoznawczyni niespecjalnie starała się te drobiny scalić, że nie udźwignęła tematu, nie ogarnęła zebranego przez siebie materiału. Książka wygląda bowiem tak, jakby autorka w połowie się nią znudziła i tylko dorzuciła dla spokoju sumienia garść dodatkowych faktów, rozgrzeszając się „nieuchwytnością” postaci, za którą goniła.

Czy „Ślady nieobecności” mają jakieś zalety? Bez wątpienia przywracają nam pisarkę, która od dawna funkcjonuje w potocznej świadomości niemal wyłącznie jako baśniopisarka (swoją drogą, o tej części twórczości Szelburg nie dowiemy się niemal nic, chyba że jakiś wiersz pasuje do tez Marchewki), a ta część życiorysu Szelburg, którą udało się zrekonstruować, jest niezwykle interesująca; warto zwrócić uwagę na rozdział „Ciemność między nami” – gdybyż cała książka taka była!). Mam jednak obawy, że – paradoksalnie – praca na dłuższy czas zablokuje dalsze badania nad życiem i dziełami Ewy Szelburg-Zarembiny: młodzi adepci literaturoznawstwa będą na swoje propozycje podjęcia takiego tematu słyszeć od promotorów: „Ale przecież niedawno ukazała się książka Marchewki!”.

Wielką zaletą książki są też zamieszczone w drugiej jej części fragmenty wybranych utworów Szelburg-Zarembiny. Nie opatrzono ich żadnym wprowadzeniem, ale widzimy tu teksty, do których Marchewka odnosiła się w swoich szkicach. Nie wiem, na ile są reprezentatywne dla całej twórczości Zarembiny, ale na pewno są w większości dobre i interesujące, a niektóre wręcz znakomite. Na czoło wysuwa się opowiadanie „Feliks Gdul”, a niewiele ustępują mu fragmenty „Chusty św. Weroniki” – oba utwory oparte są na wojennych przeżyciach pisarki i przejmująco pokazują bezduszne tryby wojskowej machiny, obnażają brutalność konfliktu poprzez pokazanie wojskowego szpitala. Za aktualne można też uznać wierszowane dramaty, „Sygnały” i „Ecce homo”, dowodzące wyczulenia na sytuację robotników. Złośliwie mógłbym napisać, że tę miniantologię można przeczytać zamiast poprzedzających ją wywodów Marchewki, ale faktycznie idealna byłaby lektura dwukrotna: raz przed zapoznaniem się ze „Śladami”, by wyrobić sobie własny pogląd, i drugi raz już po zapoznaniu się w tropami wskazywanymi przez Marchewkę, by je zweryfikować i poddać ocenie.

PS. Książka od strony edytorskiej prezentuje się dość dziwnie: świetna obwoluta i czcionka, każdą z dwóch części książki wydrukowano na papierze o innym odcieniu, a równocześnie nie zadbano o korektę, co szczególnie rzuca się w oczy w antologii.

O książce pisali: Czytanki.Anki; Jarosław Czechowicz; Anna Dutka. Powieści Ewy Szelburg-Zarembiny omawiał Marlow.
Anna Marchewka, Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg, DodoEditor 2014.

(Visited 819 times, 6 visits today)

34 komentarzy do “Irytacje i fascynacje (Anna Marchewka, „Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg”)

  • 22 marca 2015 o 16:44
    Permalink

    Ej, najpierw się ucieszyłam, że jest. Potem zmartwiłam, że jest, ale jakby nie do końca. No i teraz nie wiem, czytać, nie czytać?

    Odpowiedz
    • visage
      22 marca 2015 o 16:47
      Permalink

      Czytać. Internet jest pełen peanów, to może tylko ja jestem takim pedantycznym pozytywistycznym historykiem, co to musi mieć materiał od początku do końca i w przegródkach. Ale warto zacząć od antologii :)

      Odpowiedz
  • 22 marca 2015 o 16:53
    Permalink

    Uwielbiam zaczynać od końca. Po namyśle, biorę. Znaczy, czytam. Zawsze myślałam o pani Szelburg Zarembinie jak o Babuni Miluni, a ze zdjęcia wyjrzała do mnie Pani z Czerwoną Parasolką…Ciekawe, hmm.

    Odpowiedz
  • 22 marca 2015 o 16:59
    Permalink

    No i masz ci los, bo też piszesz takie teksty, żeby dotykały tylu sfer mojego życia! No przecież, że się wypowiem, w takiej sytuacji zmilczeć mi już nie wypada.
    Ja – polonistka. W sumie mało zainteresowana biografiami autorów (Rejs: nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem), przynajmniej prywatnie, bo polonisty nie da się wytrzebić z mózgu; ale w końcu świadoma konieczności poznawania dla możliwości dokonywania analiz. Tak, powiem to, bo rzadko mam okazję: analiza literacka to działka dla zaawansowanych. Jeśli jeszcze raz usłyszę pytanie „co autor miał na myśli?”, to zabiję pytającego. Nawet gdyby miał to być żart. Znaczy – pytanie, bo zabójstwo poważną sprawą jest.
    Ja – redaktorka. Niechlujna korekta to jest grzech śmiertelny. Gińcie, wydawcy, którzy tak nie sądzicie. Gińcie i smażcie się w ogniu piekielnym bez terminu przydatności. Mordercy języka. Nie mam dla was litości ni krztyny. Psujecie next generation. Za to tylko piekło. (A już o książkach opisywanego typu nie wspominam, bo mam od razu wzmożoną pracę ślinianek).
    Ja – zajmująca się nauką. BÓL. Z moich obserwacji wynika wniosek o całkowitej zapaści nauki w Polsce. Bo co to za naukowiec, który nie potrafi pisać dysertacji i nie wie, że o tezy właśnie chodzi i ich udowadnianie (bądź wprost przeciwnie)?! Co to za naukowiec, który bierze się za pracę badawczą, by ją z nudów porzucić, a nie jest to równorzędne z porzuceniem myśli o publikacji? Że niby może być bezwartościowe (lub płytkie), byle stało w dorobku? Otrząsnęło mnie.
    Rozpacz, powiadam Ci. Taka książka to jest rozpacz wielopoziomowa. A szkoda.

    I poszła sobie poczytać „O Klaruni koronczarce i o zimowych wróżkach”.

    Odpowiedz
    • visage
      22 marca 2015 o 17:11
      Permalink

      Jako humanista, redaktor i człowiek kiedyś zajmujący się nauką, a obecnie wciąż z nią związany, odczuwam te same bóle, więc pozwolę sobie jedynie przytakiwać. Gwoli sprawiedliwości i obiektywizmu dodam tylko, że nie wiem, czy pani Marchewka pracą się znudziła i zakończyła ją w połowie – to moje wrażenia po lekturze i własna interpretacja informacji ze wstępu. Bo być może sama autorka miała na myśli coś zupełnie innego, czego mój głęboko zakodowany pozytywistyczny paradygmat (też se błysnę, a co!) nie wychwytuje :)

      Odpowiedz
      • 22 marca 2015 o 17:15
        Permalink

        Jeśli czytelnik odnosi jakieś nieodparte wrażenie, to autorowi wypada się choćby minimalnie zastanowić. No, chyba że pisze takie mózgotrzepy. Do kotleta. I jest tego świadom.

        Odpowiedz
        • visage
          22 marca 2015 o 17:28
          Permalink

          Owszem, podsuwanie czytelnikowi tego rodzaju myśli nie jest szczególnie dalekowzrocznym działaniem. Zawsze znajdzie się jakiś malkontent, który zamiast uznać, że jest za głupi, by zrozumieć książkę, zacznie się czepiać. Na stare lata nie zamierzam udawać, że coś mi się podobało, choćbym miał skończyć z opinią czepialskiego zgreda :P

          Odpowiedz
  • 22 marca 2015 o 17:41
    Permalink

    Pani z Czerwoną Parasolką, podobnie jak Babunia Milunia, pochodzą z mojej naj naj naj najulubieńczej książki wczesnego dzieciństwa, czyli „Królestwa Bajki” Ewy Szelburg Zarembiny.

    Odpowiedz
  • 22 marca 2015 o 18:58
    Permalink

    Książka Marchewki jednak na coś się przydała. Nie czytałam, ale po notce o niej (czytanki.anki) postanowiłam zamiast z biografią, zapoznać się z twórczością jej bohaterki, którą wcześniej kojarzyłam tylko z utworami dla dzieci. Chwilowo o życiu Ewy Szelburg-Zarembiny nie wiem nic, ale jestem właśnie po lekturze jej dwóch książek („Wędrówka Joanny” i „Ludzie z wosku”), a jutro biegnę do biblioteki po kolejne tomy.

    Odpowiedz
    • visage
      22 marca 2015 o 19:03
      Permalink

      Ja mam Szelburg na liście do szybkiego przeczytania po tekstach Marlowa (poszukaj koniecznie) i po „Myjcie owoce”. Fragmenty u Marchewki zadziałały jako dodatkowa zachęta.

      Odpowiedz
  • 22 marca 2015 o 20:04
    Permalink

    Wiecie co, a może to wcale nie jest tak, że autorka porzuciła pracę z nudów, może po prostu materiału było tyle, że napisała pracę, obroniła, a resztę sobie zostawiła na zaś (tak gdybam, bo książki nie znam, ale też narobiła mi smaku na samą Szelburg, zwłaszcza na „Myjcie owoce”).

    Odpowiedz
    • visage
      22 marca 2015 o 20:09
      Permalink

      Autorka raczej stale narzeka na brak materiału, ciągle sugeruje, że wielu rzeczy nigdy się nie dowiemy itp. Bez względu jednak na to, czemu praca wygląda tak, jak wygląda, przydałoby się jakieś konkretne wyjaśnienie – w każdym razie mnie uczono, że należy czytelnikowi powiedzieć, czemu przyjęło się pewne rozwiązania, właśnie po to, żeby się nie domyślał na własną rękę :P

      Odpowiedz
  • visage
    22 marca 2015 o 22:15
    Permalink

    Ostatnio przeczytałam całkiem sporo (w każdym razie jak na siebie) biografii lub czegoś w rodzaju biografii i mam wrażenie, że kluczem do sukcesu jest serce autora, połączone z jego umiłowaniem elementarnych wartości. Jeśli autor biografii traktuje swojego bohatera jak człowieka, a nie papierową historyczną postać, a do tego zna i rozumie takie pojęcia jak uczciwość, rzetelność i szacunek, to jest szansa, że z jego książki wyjdzie coś porywającego. Nie wiem czego zabrakło pani Marchewce; nie zamierzam jednak sprawdzać, jako że ostatnio i tak zbyt często się irytuję.
    Sprawdziłam natomiast Szelburg-Zarembinę (znaną mi wyłącznie z twórczości dla dzieci; mam wrażenie że za naszych dziecięcych czasów była ona jedną z topowych autorek) i jestem wstrząśnięta. W mojej bibliotece występują bowiem wyłącznie jej dzieła dla dorosłych, z których nie znam ani jednego. Błąd?

    Odpowiedz
    • visage
      22 marca 2015 o 22:33
      Permalink

      Mam wrażenie, że autorka goniła za chimerą, a nie za żywą osobą. Trochę jakby szukała bohaterki stworzonej przez siebie i wciskała swoje znaleziska w ten skonstruowany szablon.
      Co do twórczości dla dorosłych, to mam wrażenie, że warto poczytać. Marlow pisał i chwalił. Ja na razie mam opowiadania i nie zawaham się ich użyć.

      Odpowiedz
      • visage
        22 marca 2015 o 22:48
        Permalink

        Nie jestem sobie w stanie w takim razie wyobrazić tej biografii. Najwyraźniej jestem za mało chimeryczna:P
        Obawiam się, że z zapoznawaniem się z twórczością pani Szelburg muszę się pospieszyć, bo moja biblioteka wpadła ostatnio w szał porządków, a jakoś nie przypuszczam, aby „Dzieła wszystkie” tej autorki cieszyły się w ostatnim dziesięcioleciu olbrzymią popularnością wśród czytelników. Może, jeśli uznam to za misję ratunkową, lepiej się zmobilizuję do szybszej lektury? Chyba że poprzestanę na tekście z antologii 100/XX…

        Odpowiedz
        • visage
          22 marca 2015 o 22:51
          Permalink

          Ta książka nie jest typową biografią, tylko też raczej chimerą.
          Dzieła wszystkie ESZ koniecznie wyratuj, przynajmniej pierwsze dwa tomy, bo zapowiadają się, sądząc po fragmentach. A tekst ze 100/XX koniecznie poznaj, może dzięki niemu szybciej polecisz do biblioteki.

          Odpowiedz
  • 23 marca 2015 o 08:45
    Permalink

    Po biografię Anny Marchewki nie sięgnę, choć jestem ciekawa wiadomości o życiu Szelburg-Zarembiny. Poczekam na kolejną, może jednak za jakiś czas się ukaże? A „Wędrówkę Joanny” i „Ludzi z wosku” bardzo, bardzo polecam. Sięgnęłam po te książki właśnie po przeczytaniu recenzji u Marlowa i nie rozczarowałam się. Z rozpędu sięgnęłam i po trzeci tom cyklu, ale okazał się o wiele gorszy, przepełniony nieznośnym słowotokiem. Osoba, która ceni zwięzłość wypowiedzi, raczej nie powinna po „Miasteczko…” sięgać :)

    Odpowiedz
    • visage
      23 marca 2015 o 08:47
      Permalink

      Wstępnie chciałbym właśnie przeczytać dwa pierwsze tomy, Marlow ma sporą siłę oddziaływania :) Wydaje mi się, po fragmentach, że warta przeczytania jest Chusta św. Weroniki i opowiadania.

      Odpowiedz
  • 23 marca 2015 o 09:25
    Permalink

    Autorka znana mi jedynie jako nazwisko z okładki „Przez różową szybkę”. Być może czytana mi przez Babcię, ale nie pamiętam :(

    Odpowiedz
      • 23 marca 2015 o 10:01
        Permalink

        Może z jakiegoś zbioru, nieświadomie. Choć jak się nad tym zastanowić, to chyba jednak nie.

        Odpowiedz
          • 23 marca 2015 o 15:00
            Permalink

            Z baśniami to już nie podchodzę. Mieliśmy z biblio Sorię Morię, indiańskie i chyba afrykańskie z Medii Rodziny i sam przeczytałem, bo kijem nie szło zagonić :P

            Odpowiedz
  • 23 marca 2015 o 18:48
    Permalink

    Świetny tekst, bardzo mi się podoba (bynajmniej nie ze względu na podobne wrażenia;)). Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem zdumiona, że w ogóle została wydana. A później na dodatek pochwalona w mediach przez kilku kolegów polonistów.;( Jeśli tak ma wyglądać nowatorskie podejście do biografii wśród polskich badaczy literatury, to pasuję.
    Ze złości zaczęłam czytać „Wędrówkę Joanny” i zapowiada się b. dobrze.

    Odpowiedz
    • visage
      23 marca 2015 o 19:14
      Permalink

      Mam dług wobec Ciebie, bo Twój tekst czytałem z prawdziwą ulgą, że to jednak nie ze mną jest coś nie tak i że ktoś inny miał podobne odczucia :) Do chwalenia przez kolegów powinniśmy już przywyknąć, nic tego nie zmieni. Ze zdumieniem czytałem, jak wiele osób próbowało rzeczy, które mnie rażą, obrócić w zalety. Dziś chciałem wziąć Wędrówkę z biblioteki, ale odkryłem, że ktoś ją wypożyczył. Zapewne po raz pierwszy od półwiecza. Taki mój pech :P

      Odpowiedz
      • 24 marca 2015 o 19:19
        Permalink

        Cała przyjemność po mojej stronie.;) Chyba czytaliśmy te same recenzje, bo miałam podobne odczucia. Zachwycać się tym, że autorka podróżowała autobusem i robiła zdjęcia to gruba przesada.;(
        Czy zgadzasz się z tezą Marchewki, że ESz-Z dążyła do samounicestwienia?

        Odpowiedz
        • visage
          24 marca 2015 o 20:46
          Permalink

          Nie zgadzam się, w każdym razie Matrchewka nie wskazała na to żadnych dowodów, o ile pamiętam. Na samobójcze skłonności też nie. Same kreacje literackich bohaterek to za mało.

          Odpowiedz
          • 25 marca 2015 o 18:49
            Permalink

            Teraz to ja odetchnęłam z ulgą, bo już zaczynałam podejrzewać, że umknęły mi jakieś arcyważne fakty z życia pisarki.;(

            Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: