Zakład żywienia zbiorowego (cz. 8): Amerykańska dostępność

W trzech tomach reportaży ze swoich amerykańskich wojaży Melchior Wańkowicz opisywał wszelkie przejawy, jakże egzotycznego dla czytelnika z PRL-u, życia w Stanach Zjednoczonych, w tym także gastronomicznego. Ze względu na ograniczone finanse pisarz i jego żona nie żywili się zbyt wyrafinowanie („Ileż bom ja w ciągu jazdy opchnął tych frankfurterów, tych hot dogów (gorących psów), tego narodowego przysmaku, którym się objada całą Ameryka, którym nawet przed wojną w Białym Domu pani Roosevelt nasz zjazd Penclubu udelektowała…”), lecz starali się chociaż o jakieś niewielkie urozmaicenie. A tu akurat możliwości było całkiem sporo.

Nowojorska opcja niskobudżetowa

Jak zjeść tanio? Są automaty, gdzie otrzymuje się jedzenie, oglądane w gablocie, za rzuceniem monety. Są kafeterie, gdzie przy wejściu otrzymuje się tekturkę z różnymi cyframi. Bierze się tacę, sztućce, wędruje się wzdłuż bufetów, wybiera się co chce i tylko bufetowy przecina szczypcami odpowiedni numer; po czym płaci się przy wyjściu. Ale prowadzę żonę do wynalezionego przeze mnie najtańszego jedzenia. Na Broadwayu, jedynej „żywej” ulicy w Manhattanie (dosłownie „szeroka droga”), przecinającej go zygzakiem w poprzek. […]
Otóż przepis taniego nasycenia się na Broadwayu:
W pewnym miejscu tłum gapi się w okno wystawowe, za którym kucharz w białej czapie ugniata pizzę – placek włoski. Pizza na stolnicy jest coraz cieńsza, wreszcie Włoch podrywa ją i rzuca szerokim wirującym płatem pod sufit. To jest właśnie clou. Kiedy wreszcie placek ma wielkość rozpiętego parasola, Włoch zalewa go sosem pomidorowym, posypuje gęsto dwoma gatunkami sera, po czym wsuwa do pieca i zabiera się do następnego placka, a my wchodzimy do sklepu, gdzie po chwili upieczona pizza wynurza się na ladę. Dostaje się potężny jej kawał za 15 centów, po czym idzie się do jadłodajni obok, która jest olbrzymią halą zatłoczoną przez robotników z pracy, Murzynów, Portorykańczyków i wszystkich bywalców Broadwayu. Tam się bierze za 10 centów clam chowder, to znaczy rosół z małżaków podobnych do ostrygi, i je się z pizzą. Na drugie danie można wziąć hamburgera, tzn. klops pieczony na ruszcie, pokryty grubą warstwą podsmażonej cebuli. To, razem z sosem pomidorowym i musztardą, kosztuje 17 centów. Razem więc posiłek dostateczny i za 42 centy.
Drogo czy tanio? Chyba tanio. […]
Wypiliśmy jeszcze po kufelku piwa. Po 10 centów. Piwko jakoś poszło do głowy. Kiedy wychodzimy, Broadway już się rozjarzył orgią neonów.

bar automat
Bar automatyczny na Manhattanie, 1936 rok (źródło).

Kalifornijska mechanizacja

El Camino Real, tzn. Droga Królewska, szła z południa, z Meksyku, na północ. Od czasów pierwszych konkwistadorów ciągnęły nią wozy zaprzężone w woły, tętniły kopyta hiszpańskich rumaków, potem zaczęły ciągnąć kryte wozy poszukiwaczy znad Atlantyku.
Wtedy to kowboj o białych wilczych zębach zatrzymał się przy ogródku starego Don Iznagi, w którym pracowała piękna Conception. Na nic się zdały protesty starego Hiszpana, młodzi się pobrali, a tam gdzie stała farma, założyli oberżę, do której teraz jedziemy.
[…] Oberża jest wciśnięta między wspaniale sklepy, w których znajdziesz to wszystko, co w najluksusowszych sklepach San Francisco.
Mimo to stara oberża stara się udawać jowialność i stwarzać złudzenie zatrzymanego czasu: bale drzewne, okapy, ogniska, sagany, a na ścianach al fresco sceny z życia pionierów i lampy naftowe.
Przy stoliku jednak, na którym stawiają nam piękne befsztyki upieczone na rusztach nad węglem z aromatycznego drzewa hikorowego – chromy, kryształy, kieliszki, napoje – najnowocześniejsze.
Restauracja jest przepełniona. U wejścia stoi recepcjonistka przyjmująca gości, która ma ewidencję pustych stolików.
Ceny są dostępne. To jest ten najwyższy komfort dostępny dla ogółu.
Ten dostępny komfort uzyskuje się, jak i we wszystkich innych dziedzinach życia, przez daleko posuniętą automatyzację.
Trudno oprzeć się zdumieniu, widząc, jak kucharz pragnąc przyrządzić chili (fasolę meksykańską w ostrym sosie) wyjmuje gotową paczkę z zamrażalni i wstawia – wraz z opakowaniem – do elektronicznego pieca. Po upływie pół minuty potrawa jest gotowa, bucha z niej para, ale papierowe opakowanie nie zostało nawet osmolone. Gotowanie odbywa się tutaj przy zastosowaniu ultrakrótkich fal (około 2450 megacykli). Promienie te przypominają fale, którymi posługujemy się w instalacjach radarowych: bombardują one żywność, ale nie wytwarzają w piecu ciepła ani nie niszczą naczynia – bez względu na to, czy jest z papieru, czy z porcelany. Cały ich ładunek koncentruje się na żywności, którą kucharz zamierza ugotować, usmażyć, upiec lub udusić. Woda w papierowym kubku wre w tym piecyku po upływie 10 sekund, kurczaka zaś można upiec w ciągu 9 minut, podczas gdy normalnie trzeba byłoby 80 minut. Przeciętnej wielkości ziemniak można upiec „elektronowo” i podać go w ciągu dwu minut; korzystając ze zwykłego pieca, trzeba na to zużyć trzy kwadranse.
Komórka fotoelektryczna otwiera kran z wodą, od razu jak tylko szklanka znajdzie się w polu widzenia.
Tuż obok robot – mechaniczny kuchcik – napełnia miniaturowe kubeczki z papieru majonezem, musztardą lub ostrym sosem pomidorowym do mięsa, wydzielając 60 porcji na minutę.
Opodal elektryczna maszyna myje sztućce, które następnie są automatycznie suszone i polerowane „do glansu” w specjalnym aparacie spełniającym w ciągu kilku minut wielogodzinną i uciążliwą pracę ręczną; maszyna nadaje im połysk, przetrząsając sztućce w masie stalowego śrutu. Surowe ziemniaki kucharz wrzuca do specjalnej maszyny, która obiera je, kraje, a następnie przenosi na elektryczną patelnię. W ciągu całego procesu nie dotyka ich ani na chwilę ręka ludzka.
Pomysłowy aparat zanurza jajka we wrzątku i wydobywa je według nastawionej skali.

Restauracja w Los Angeles (źródło).

Melchior Wańkowicz, Atlantyk–Pacyfik, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 50–51; Królik i oceany, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 319–320.

(Visited 260 times, 10 visits today)

25 komentarzy do “Zakład żywienia zbiorowego (cz. 8): Amerykańska dostępność”

  1. Mam podejrzenie graniczące z pewnością że te reportaże amerykańskie Wańkowicza były w latach 60-tych drukowane w Przekroju…

    Odpowiedz
  2. To ci opisy! Ta aura kontemplacji czegoś nowego, czegoś absolutnie nadzwyczajnego tak się udziela, że przy relacji o piecu elektronowym naprawdę się przez chwilę zastanowiłam, czy też pan Melchior na pewno opisuje to, co ja myślę;)
    A swoją drogą, czytam teraz Urbanka o Makuszyńskim i tam właśnie natknęłam się z przyjemnością na zakład żywienia zbiorowego, który niewątpliwie jest pierogarnią (słowo notowane gdzieś od początku bieżącego stulecia), a mieści się we Lwowie, rok plus minus tysiąc dziewięćsetny. Te porcje ruskich polane obficie masłem…;)

    Odpowiedz
    • Zachwycać to się pan Melchior umiał, chociaż i oko puszczał do czytelnika, że trochę ta Ameryka to taka dzicz, cyrk i kapitalistyczne piekiełko. Ale nawet jak wyrzekał, to czytelnik żałował, że go tam nie ma :P O ruskich proszę nie pisać, bo uwielbiam, a nie umiem robić.

      Odpowiedz
  3. Kulinaria u Wańkowicza to temat rzeka jest, począwszy od knajpy typu mordownia, do której zabierał swoje nieletnie dzieciątko na serdelki w „Zielu na kraterze”. Jeszcze było „Tędy i owędy” – ze słynnym tekstem jak to będąc we Włoszech zamiast winogron zamówił michę surowych jaj :-) I chyba z tej samej książki (choć mogę się mylić, a znowu nie mam pod ręką) – jak z jakimś zamożnym, acz skąpym krewnym był w Paryżu. Krewniak ów, zapraszając go na kolację, stwierdził, że chciałby pójść do jakiejś małej restauracyjki (licząc, że będzie tam tanio). Na co Wańkowicz, złośliwie, jak to on, zaproponował restaurację co prawda małą, ale niezwykle renomowaną i drogą, coś w stylu dzisiejszej „gwiazdkowej” – opis świetny. Tam było w ogóle więcej takich smaczków w stylu „Litwin w Paryżu”, np. o jakimś litewskim ziemianinie, który o mało nie zrujnował restauracji, w której podawano potrawy na zasadzie „jedz ile chcesz”. Postawili mu pod nosem całą szynkę. Zazwyczaj ludzie kroili sobie plasterek czy dwa i się kończyło, a ów pan, przyzwyczajony jeść po litewsku, spożył tyle, że przestało się opłacać :-) Jeśli chodzi o pizzę, niepokonany jest Herbert, który w „Barbarzyńcy w ogrodzie” tłumaczy co to jest :-) „Z grubsza biorąc, pizza jest plackiem, na który nałożono pokrajane pomidory, cebulę, fileciki anchois, czarne oliwki.”

    Odpowiedz
  4. Kapitalny opis. Faktycznie pizza mogła wydawać się kiedyś dziwnym daniem. Ciekawe, czy do Polski trafiła dopiero przez Amerykę.;) Podejrzewam, że tak.
    Może to nie było jedzenie godne podniebienia Wańkowiczów, ale dostępności dość smacznego i taniego jedzenia wielu rodaków zapewne by im w tamtych czasach zazdrościło.

    Odpowiedz
    • Nie mam pojęcia, skąd u nas się wzięła pizza. Pierwszą jadłem pod koniec lat 80., domowa, na potężnie grubym cieście, pieczona w prodiżu :) A Wańkowicz to tak narzeka na pokaz, żeby mu cenzura nie bruździła, w gruncie rzeczy raczej był zachwycony, szczególnie tą taniością.

      Odpowiedz
      • Mnie się wydaje, że zawojowała nas w czasie transformacji, wcześniej zajadaliśmy się raczej zapiekankami i hot dogami.:) I raczej częściej ludzie chodzili do Pizza Hut niż do restauracji włoskich, bo były wtedy drogie. Ale to tylko moje wspomnienia.
        Może i na pokaz, kto wie. Sama nawet dzisiaj zazdroszczę Amerykanom tej dostępności i taniości.

        Odpowiedz
  5. „Kiedy wreszcie placek ma wielkość rozpiętego parasola, Włoch zalewa go sosem pomidorowym, posypuje gęsto dwoma gatunkami sera (…)”. To jest pizza. Klasyk. Bez ananasa, anchois, szpinaku i bóg wie, czego jeszcze.
    A opis automatów przerażający.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: