Westchnienie nad zmarnowaną szansą (Aline Ohanesian, „Dziedzictwo Orhana”)

Od tygodnia zastanawiam się, jakie schorzenie płuc musiałbym mieć, żeby zgodnie z okładkową zapowiedzią „Dziedzictwo Orchana” zaparło mi dech w piersiach. Z reakcji oddechowych udało mi się przez te siedem dni wygenerować co najwyżej kilka westchnień nad zmarnowaną szansą. I kilka ziewnięć przy szczególnie ogranych chwytach. Drodzy Wydawcy, skończcie z mnożeniem superlatywów na okładkach. Czytelnik nabierze się raz, dwa razy, może nawet pięć, ale potem będzie ze wstrętem odrzucał te wszystkie wstrząsające arcydzieła i światowe bestsellery. Bo nawet jeśli przy tej selekcji straci coś wartościowego, to czas zaoszczędzony na czytaniu rzeczy nijakich, poprawnych czy ledwie przeciętnych wynagrodzi mu tę stratę z nawiązką.

Jest rok 1990. Po nagłej śmierci dziadka Orchan dziedziczy cały majątek – z jednym wyjątkiem. Rodzinny dom w anatolijskiej wiosce przypadł nieznajomej mieszkance domu spokojnej starości w Los Angeles. Orchan leci do Ameryki, by wymóc na starej kobiecie zrzeczenie się spadku i jednocześnie dowiedzieć się czegoś o więzach łączących ją ze zmarłym. Absolutny banał i z góry wiemy, że za chwilę bohater natknie się na rodzinną tajemnicę, która, jak głosi okładka, „zatrzęsie posadami stabilnej codzienności Orchana”. Jednak nie od razu ją pozna, gdyż pensjonariuszka domu starców nie ma ochoty z nim rozmawiać, za to w jej głowie uruchamia się ciąg wspomnień, które będziemy poznawać na zmianę z obserwowaniem podchodów młodego Turka.

Kobieta okazuje się Ormianką, a z Kemalem, dziadkiem Orchana, znała się od dziecka. Zażyłość z towarzyszem zabaw niepostrzeżenie przekształciła się w miłość, którą oboje pod wpływem otoczenia próbują zdławić. Ona, bo jest córką zamożnego fabrykanta i chrześcijanką i nie może kochać muzułmanina „bez nazwiska”, jak pogardliwie podkreślają jej najbliżsi, na dodatek ubogiego. On, bo jako muzułmanin nie może się wiązać z niewierną, na dodatek córką pracodawcy. Kolejny banalny motyw i pewnie każdy z nas byłby w stanie wskazać co najmniej kilka wariantów rozwoju tej fabuły. Ponieważ jednak rzecz dzieje się w roku 1915, na scenę wkracza Historia. Kemal trafia do wojska, a Lucine wraz z rodziną zostaje wygnana z rodzinnej wsi – Ormianie uznani zostają bowiem za niebezpiecznych wrogów wewnętrznych, których należy wysiedlić, by nie stwarzali zagrożenia. Dziewczyna, jej starsza siostra, dwaj młodsi bracia i matka, załamana po wcześniejszej utracie brata i ojca, ciągną z tysiącami innych w nieznanym kierunku, coraz bardziej głodni, zmęczeni, schorowani, coraz częściej szykanowani, obrabowywani, nękani. Sceny doskonale znane (szczególnie polskiemu czytelnikowi, który ma za sobą dowolną książkę poświęconą losom Polaków podczas drugiej wojny światowej) – wszystkie deportacje w dziejach wyglądały podobnie.

Siłą „Dziedzictwa Orchana” mogła się stać nie fabuła, ale osadzenie jej w egzotycznym świecie tureckiej Anatolii, gdzie w 1915 roku nie dotarły jeszcze modernizacyjne nowinki, a i w 1990 roku stare trzymało się mocno. I Ohanesian wielokrotnie sprawia wrażenie, że już już poczujemy to nieznane, posmakujemy go, powąchamy, przyjrzymy mu się dogłębniej, i wycofuje się, rzuca pobieżną uwagę, jakiś okruch, gdy wszystko aż się prosi o opis: szczegółowy, barwny, plastyczny. A przecież z tych okruchów można wywnioskować, że autorka, by potrafiła. Co ją powstrzymało? Czyżby obawa, że to się nie sprzeda? Drugim atutem powieści mogło stać się przedstawienie mało znanych wydarzeń z historii Turcji: jej zaangażowania w pierwszą wojnę światową, a przede wszystkim stosunków między Turkami a Ormianami i tragedii deportacji chrześcijan – którą Ormianie nazywają ludobójstwem, a której Turcy wolą nie pamiętać. Nawet Orchan, niesłusznie w młodości prześladowany przez rząd w Ankarze, bardzo długo nie dopuszcza do siebie myśli, że jego naród faktycznie mógł dopuścić się zbrodni na innym narodzie. Mnóstwo tu poruszającego materiału, który mógł złożyć się na opowieść bolesną, okrutną, dramatyczną, która pomogłaby nie tylko obu stronom w uporządkowaniu spraw z przeszłości, ale też uświadomiłaby światu, co stało się w Turcji sto lat temu. Tymczasem znowu Ohanesian cofa się przed emocjami, cofa się przed rozdrapaniem ropiejącej rany. Zwiedziona – czym? Polityczną poprawnością? Niechęcią do wskazania winnych? Do opowiedzenia się po którejś ze stron? Ponownie przekonaniem, że to się nie sprzeda? – ślizga się jedynie po powierzchni wydarzeń. Niby pokazuje, jak doszło do deportacji, jak ona przebiegała, czego doświadczali chrześcijanie, ale wszystko to jest starannie wyzute z emocji, z gwałtowności, z brudu, z cierpienia. Aż dziw, że w tym sterylnym tekście ostała się jedyna scena, która mnie poruszyła: zakładu żołdaków o to, jakiej płci będzie dziecko rodzone przez Ormiankę na poboczu zakurzonej drogi. I znowu Ohanesian udowodniła, że ma pazur, tylko nie zamierza go pokazywać. W dążeniu, żeby za wszelką cenę zachować obiektywizm, pisarka w częściach retrospektywnych oddała też głos Kemalowi (burząc tym symetrię Orchan – Lucine), by pokazać, że i Turków dotykały okrucieństwa wojny, że nie wszyscy w tym czasie gnali Ormian na pustynię, że większość walczyła na froncie i patrzyła, jak giną ich koledzy. Nic tu nowego, a przeżycia Kemala są równie wyjałowione z emocji, jak partie poświęcone Lucine. W ogóle zresztą wszyscy bohaterowie tej opowieści, może poza ciotką Orchana, Fatmą, są do bólu nijacy; trudno się nimi naprawdę przejmować.

Powieść kończy się wyrażeniem przekonania, że po stu latach obie strony powinny tragedię z przeszłości przepracować: Ormianie, pamiętając o niej, powinni jednak skupić się też na teraźniejszości i przyszłości, a Turcy uznać swe winy i tę niechlubną przeszłość sobie częściej uświadamiać. Bardzo to słuszne, chociaż mogłoby być wyrażone mniej łopatologicznie.

„Dziedzictwo Orchana”, moim zdaniem, to powieść zmarnowanych szans, banalny melodramat, który mógł stać się czymś więcej, gdyby tylko autorka śmielej wykraczała poza ramy gatunku, gdyby nie kontrolowała tak ściśle swoich emocji i dała im dojść do głosu, gdyby doprawiła swoją powieść orientalnymi korzeniami, nadała jej wyrazistości i smaku. Aline Ohanesian na przyszłość życzę więcej odwagi i mniej uległości wobec oczekiwań rynku. Chociaż, jeśli wierzyć okładce, to właśnie przyniosło pisarce sukces, więc nie powinienem liczyć na zbyt wiele.

Aline Ohanesian, Dziedzictwo Orchana, tłum. Anna Minczewska-Przeczek, Wydawnictwo Kobiece 2016.

(Visited 445 times, 2 visits today)

26 komentarzy do “Westchnienie nad zmarnowaną szansą (Aline Ohanesian, „Dziedzictwo Orhana”)

  • 20 października 2016 o 20:16
    Permalink

    Gdzie indziej czytam, że „Dziedzictwo Orchana” to „zdecydowanie jedna z tych książek, po które warto sięgnąć”, „Mądra i świetnie napisana książka – kobiety uwielbiają takie opowieści, (…), dostarczy też rozkoszy miłośnikom fascynujących dramatów rodzinnych”, „To przepiękna, smutna i wzruszająca powieść”, „To pozycja, która zaskakuje i pozostaje na długo w sercu i myślach”, „od pierwszych stron podbiła (…) serce”, „powieść ponadczasowa, przejmująca i naprawdę dobrze napisania” i podejrzewam, że pewnie na kolejnych 10 blogaskach znalazłbym zbliżone w tonie „miodzio-recki”, a Ty piszesz, że to „powieść zmarnowanych szans, banalny melodramat”, oj nieładnie, nieładnie :-).

    Odpowiedz
    • visage
      20 października 2016 o 21:40
      Permalink

      Ale czy dobrze wyczuwam, że robisz mi wyrzut, że idę pod prąd? Poprawię się następnym razem, obiecuję, że nie wyjdę przed szereg, będę chwalił zgodnie ze wskazówkami na okładce :)

      Odpowiedz
      • 20 października 2016 o 22:03
        Permalink

        Zaraz tam nie wychodzić przed szereg – po prostu tyle blogerek nie może się mylić ;-)

        Odpowiedz
          • 20 października 2016 o 22:14
            Permalink

            Właśnie, i w dodatku okazałeś się kompletnie niewrażliwy :-) A trzeba było utrzymać się w tonie redakcyjnej notki :-)

            Odpowiedz
            • visage
              20 października 2016 o 22:19
              Permalink

              Jakby w notce było napisane: „To zgrabnie napisana powieść z historią w tle, umiarkowanie ekscytująca”, to bym poszedł na ten układ. Ale skoro miało zapierać dech, a nie zaparło, to sorry, robienia w bambuko nie lubię.

              Odpowiedz
  • 20 października 2016 o 20:27
    Permalink

    Świetna recenzja. Wszędzie słyszę o tej książce i nie wiem czy ja czytać czy nie xd nie przepadam za taką tematyką, ale ta pozycja wydaje się bardzo intrygująca :D co ja mam zrobić? :O
    Pozdrawiam i zapraszam na swój kanał :D

    Odpowiedz
    • visage
      20 października 2016 o 21:42
      Permalink

      Właściwie to powinienem napisać, że powinnaś sprawdzić sama, co to dzieło jest warte. Ale nie napiszę, bo moim zdaniem szkoda czytać nijakie powieści.

      Odpowiedz
  • 20 października 2016 o 21:42
    Permalink

    Ha, to ja napisałam jak widzę wyżej w komentarzu ” „To przepiękna, smutna i wzruszająca powieść”, bo ta książka we mnie faktyczne wzbudziła emocje. Ale może to jest kwestia płci? Pewnie mężczyzna inaczej odbiera niż kobieta.. stąd Twoje wątpliwości co do tej powieści, lub też tego co autorka a mogła a bała się przekazać. Nie wiem… nie chcę się tu absolutnie wymądrzać, bo taki ze mnie recenzent jak z koziej dupy trabka. Pisze co czuje, przyznaje ze nie zawsze analizuje dogłebnie jakoś tematykę.. Też nie czytałam innych recenzji i właściwie mało czytam inne blogi, żeby oceniać czy ktoś strzela miodzio recki (jak nazwał to Marlow), czy nie. W każdym razie mnie sie „Dziedzictwo Orchana” bardzo podobało, ale wiadomo że to żadna ambitna lektura, ot czytadło. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • visage
      20 października 2016 o 21:56
      Permalink

      Nie lubię sprowadzać kwestii literackich do twierdzeń, że kobieta odbiera inaczej niż mężczyzna, bo dobra literatura powinna oddziaływać na czytelnika bez względu na płeć. Wiadomo, że ja się mogę mniej ekscytować romansem głównych bohaterów, ale za to chciałbym, żeby mnie ruszyło tło historyczne. Nie ruszyło, czego żałuję, bo był potencjał. I nawet ta historia miłosna miała potencjał na więcej.
      Wydawca skrzywdził Ohanesian peanami na okładce, ale Ty chyba krzywdzisz ją, pisząc, że to czytadło. Mimo wszystko „Dziedzictwo” to chyba jednak nieco więcej.

      Odpowiedz
      • 21 października 2016 o 12:15
        Permalink

        No może i masz rację co do tej wspomnianej przeze mnie płci. A ‚czytadło’ pisząc nie miałam na myśli nic złego. Irytuje mnie określenie „czytadło” i choć z definicji wynika, że czytadłem jest nazywana mało ambitna lektura. Ja jednak wolę tego określenia używać bardziej w kontekście „dobrze i szybko czytającej się książki” (przecież bardzo mi się podobała), ale tym samym, nie bardzo ambitnej , tu akurat pod względem historycznym. Zresztą sam piszesz że tło historyczne Cię nie ruszyło :)
        Może z czasem Pani Onehesian się bardziej ‚wyrobi’ pod tym względem.
        Ot, tyle. Fajnie że można trochę o książkach podyskutować czasem. Pozdrawiam :)

        Odpowiedz
        • visage
          22 października 2016 o 14:13
          Permalink

          Okropnie nie lubię terminu „czytadło”, bo to się zrobił taki wytrych, który wypiera nazwy gatunków. Wszystko, co nie jest Proustem, jest nagle czytadłem :D
          Tło historyczne mnie ciekawiło, nie ruszył mnie opis tych historycznych wypadków, z takie deportacji można wykrzesać masę emocji, niekoniecznie zresztą mnożąc okropności.
          Pani Ohanesian, jeśli poczuje, że jej metoda pisania zapewnia sprzedaż, to raczej się nie odważy na zmiany. Niestety.
          Pozdrawiam.

          Odpowiedz
  • 25 października 2016 o 16:30
    Permalink

    Właśnie przymierzam się do lektury tej książki, ale skrajne recenzje hamują mój zapał. Aż się nie chce wierzyć, że tak świetny temat i egzotyczny kontekst można tak zmarnować…

    Odpowiedz
  • 26 października 2016 o 13:15
    Permalink

    Przeczytałbym dobry dokument o tamtych czasach. Nie lubię „uwieszania” romansu w historycznych ramach, bo to w większości przypadków wychodzi tak, że nie ważne czy czasy Nerona czy za pół godziny Somma, najważniejsze żeby Oni przeżyli Szał Uniesień, napotkali Życiowe Przeszkody, a potem Żyli … A o Historii tylko pierdu, pierdu, żeby się grubość zgodziła :P

    Odpowiedz
      • 26 października 2016 o 15:29
        Permalink

        To nawet nie chodzi o to, że na romans, bo zaraz będzie, że kto nigdy romansu niech pierwszy rzuci kamień, czy coś. Na horror, obyczaj, kryminał, łotewer … Dobre tło, nawet jeśli to będzie z rozsądkiem opisane samo miejsce akcji to jest rzecz, która przyciąga. Dlatego np. muszę sprawdzić, jak to jest z Flawią, bo takim tłem o którym tu piszę było dla mnie Buckshaw z całym dobrodziejstwem inwentarza. A w ostatnim tomie, który tak niecnie przeczytałeś w oryginale i wychwaliłeś w paru słowach (może to i dobrze, bo za spoiler mógłbym ugryźć), akcja dzieje się chyba zupełnie gdzie indziej.

        Odpowiedz
        • visage
          27 października 2016 o 08:36
          Permalink

          O, pardą, wyjazdową Flawię schlastałem gruntownie właśnie za kiepskie tło między innymi. Za to najnowsza Flawia to powrót do Buckshaw i już jest dużo lepiej. A teraz wsiąkłem w „Drogę do domu” Gyasi i muszę przyznać, że tło jest całkiem całkiem :D

          Odpowiedz
          • 27 października 2016 o 11:00
            Permalink

            To ile ja Flawii jestem do tyłu?? Albo inaczej. Ile zabrała mi skleroza? Kiedyś trzeba będzie siąść do całości :D

            Odpowiedz
            • visage
              27 października 2016 o 11:04
              Permalink

              W Polsce nie ukazały się jeszcze dwie: „As Chimney Sweepers Come to Dust” i to jest ta słaba, w której Flawię wywieźli w nieokreślonym kierunku, i tegoroczna „Thrice the Brinded Cat Hath Mew’d”, w której Flawia wróciła do domu. Bardzo zresztą solidna część :)

              Odpowiedz
                  • 27 października 2016 o 12:51
                    Permalink

                    Za mało zasięgowy jestem. Mój głos, to głos wołającego na puszczy i pustyni razem wziętych. A arghhh było do tego, że na 99% byłem pewien, że Flawia dopiero miała wyjechać.
                    PS. Zrób sobie w komentarzach maskowanie spoilerów. Nie wiem jak, ale sobie zrób :P

                    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: