Wyścigi w literaturze (cz. II): „Lesio” Joanny Chmielewskiej

 

[…] Lesio nagle wrósł w ziemię. Do przystanku na placu Unii podjeżdżał autobus z napisem WYŚCIGI. Pchała się do niego grupka ludzi, ale wewnątrz było jeszcze nieco miejsca.
– Konia!!!… – krzyknęło Lesiowi w duszy zuchwale i buntowniczo.
Pchnięty kategorycznym żądaniem nagle rozbestwionej duszy rzucił się do autobusu. Pchnięty równie kategorycznym życzeniem kontrolera rzucił się do kasy. Następnie znów podporządkował się duszy.
Dusza, zniecierpliwiona i pełna gwałtownie rosnących wymagań, zmusiła go do wykupienia najdroższego biletu wstępu za 30 złotych, przegnała obok pustego w tej chwili paddocku i wpędziła do budynku trybuny. Program wyścigów pominęła milczeniem, z czego można wnioskować, że jej na nim nie zależało. Na bilecie wstępu też by jej zapewne nie zależało, gdyby nie to, że bez niego nie wpuszczano do środka.
Przekroczywszy drzwi Lesio znalazł się w samym środku półprzytomnej, zemocjonowanej tłuszczy, usiłującej w możliwie krótkim czasie stracić możliwie dużo pieniędzy. […]
Nie wdając się w nie znane mu i skomplikowane szczegóły podstaw gry na wyścigach, bez chwili namysłu udał się do tej samej kasy co poprzednio. W głowie huczał mu potężny młyn, głuszący wszelkie skojarzenia. Nie obudził się w nim nawet cień przypuszczenia, że zasadniczym elementem tej całej zabawy są przecież konie. Nie wiedział w ogóle, gdzie te konie się znajdują, nie zauważył ich dotychczas, nie istniały dla niego. […]
Wręczył kasjerce następne pięćset złotych, mówiąc stanowczo to, co mu wpadło w ucho przy bufecie:
– Dwa trzy. Pięć razy.
Przed Wielką Warszawską, 1967 rok.

Dumny i głęboko poruszony nie zatrzymywał się już nigdzie, lecz jął obchodzić wkoło całe pierwsze piętro. Miał niejasne wrażenie, że teraz powinno się dziać coś, w wyniku czego on znów będzie wygrany, nie wiedział tylko dokładnie, co by to mogło być. […] Dzwonek, oznaczający zakończenie przyjmowania wpłat, napełnił go głębokim niepokojem. Wydawało mu się, że lada chwila przeoczy coś szalenie ważnego. Coraz bardziej przejęty odruchowo podążył tam, gdzie wszyscy, to znaczy na stronę torów.

W napięciu i z wytężoną uwagą jął wpatrywać się w dal, toteż start piątki arabów spod samej niemal trybuny nie dotarł do jego świadomości. Dopiero kiedy araby przebiegły połowę trasy i znalazły się po drugiej stronie pola, tam, gdzie spoczywał jego wzrok, pojął wreszcie, że coś leci. Uczyniwszy wysiłek umysłowy przypomniał sobie nagle, że to są konie. Prawda, konie!… Przecież on gra na wyścigach! Postawił na jakieś konie, to konie właśnie lecą, zaraz tu będą i w związku z tym on zaraz wygra!
Powoli zaczęła nawet docierać do niego treść dźwięków, rozlegających się dokoła. Osobnik oparty tuż obok o balustradę patrzył przez lornetkę i udzielał informacji pozostałym, patrzącym gołym okiem. Wszyscy byli wyraźnie zdenerwowani i zdenerwowanie to zaczęło się udzielać Lesiowi, dotychczas, dzięki pewności wygranej, wręcz rażącemu na tle otoczenia.
– Piątka ciągle prowadzi! – wrzeszczał facet z lornetką. – Piątka prowadzi, za nią trójka, potem dwójka!… Trójka dochodzi, nie, zostaje!… […]
– Panie, mów pan! Co na tym wirażu?!
– Trójka wychodzi, piątka druga!…
– I tak będzie trzy, pięć, zobaczy pan!…
– Mam dwójkę w triplach! — wrzasnął ktoś rozdzierająco.
Ten rozpaczliwy, acz niezrozumiały okrzyk wstrząsnął Lesiem do głębi. Padł na plecy stojącego przed nim faceta i nie wytrzymał nerwowo.
– Mów pan! – krzyknął, szarpiąc za rękaw właściciela lornetki.
Właściciel lornetki czynił starania, żeby wydrzeć mu rękaw, wraz z szarpaną częścią odzieży miotała mu się bowiem ręka z przyrządem optycznym, który usiłował przyłożyć do oczu. Konie były już na prostej, Lesio nerwowo szarpał, poniechał więc lornetki i wrzeszczał dalej, oceniając sytuację bez udoskonaleń technicznych. 
– Walet idzie, Walet! Piątka druga!
– Chała druga! Dwójka ją bierze! Już jest trzy dwa!…
– Dwójka wychodzi!
– Nie daj się!!!…
– Walet dawaj. Walet dawaj!!!…
– Jest! Dwa trzy!!!…
– Cholera ciężka, trzy dwa grałem dziesięć razy!…
Nieprzytomny i niemal wytrzeźwiały z przejęcia Lesio bez protestu pozwolił się wepchnąć z powrotem do środka. Dwa trzy!… Dwa trzy to było to, co miał napisane na pięciu wykupionych biletach! Wygrał! Znów wygrał! Sam los był po jego stronie! […]
O wysokości wygranej sumy dowiedział się dopiero po jej otrzymaniu, bo wszelkie ogłaszane przez głośnik i na tablicy informacje umykały jego uwadze. Porządek dwa trzy oceniony na 220 złotych, dał mu w ręce pięć i pół tysiąca i sprawił, że po odliczeniu sprzeniewierzonych funduszów był już na plusie. […]

Joanna Chmielewska, Lesio, Czytelnik 1989, s. 105–110.

(Visited 253 times, 5 visits today)

46 komentarzy do “Wyścigi w literaturze (cz. II): „Lesio” Joanny Chmielewskiej

  • 16 maja 2013 o 07:58
    Permalink

    niestety nie podzielam zamiłowania do wyścigów pani Joanny, nie rozumiem też fenomenu Lesia, chociaż całą Chmielewską uwielbiam, tylko ten Lesio mnie nie zachwyca

    Odpowiedz
  • 16 maja 2013 o 08:32
    Permalink

    Pisałam o tym u siebie jakiś czas temu, więc tu elaboratów już smarować nie będę, pokrótce ujmując – przerysowany za bardzo, o jeden most za daleko, w ogóle mnie facet nie śmieszył, raczej martwił, że chory psychicznie. Jedynie ostatnia część, bo to w sumie tryptyk w jednym, mi pasowała i tam się uśmiałam, tam odnalazłam taką Chmielewską jak lubię

    Odpowiedz
    • 16 maja 2013 o 08:40
      Permalink

      Popatrzę u Ciebie. U Chmielewskiej wszyscy bohaterowie zawsze byli przerysowani, moim zdaniem, więc Lesio się nie wyróżniał, ja go przyjąłem z dobrodziejstwem inwentarza, ekscentryk artysta mieści mi się w światopoglądzie:) Trzecia część Lesia faktycznie najrówniejsza, też ją najbardziej lubię.

      Odpowiedz
  • 16 maja 2013 o 08:50
    Permalink

    Powtórek chyba nadejdzie czas. Szkoda, że o wyścigi nie ociera się scena ucieczki garbatych przed pociągiem. Choć, jakby przymknąć oko, też wyścig :P

    Odpowiedz
  • 16 maja 2013 o 13:17
    Permalink

    Pojawiające się gdzieniegdzie sumy brzmią bardzo współcześnie. :) Czy teraz też trzeba zapłacić 30 zł, żeby wejść na wyścigi?
    Dzięki za przypomnienie „Lesia”, ten epizod zupełnie zapomniałam.

    Odpowiedz
  • 16 maja 2013 o 20:12
    Permalink

    Fajnie sobie „Lesia” przypomnieć :)Co do wyścigów Pani Joannny przypomniała mi się „Florencja córka Diabła” :)

    Odpowiedz
    • 16 maja 2013 o 21:18
      Permalink

      W ksiażce „Przeklęta bariera” też są konie,więc z przymrużeniem oka pod wyścigi też pasuje i w „Krętce bladej” też wyścigi ;) Zastanawiam się czy gdzieś ich nie ma ? Poza pozycją „Ksiażka poniekąd kucharska” ma się rozumieć ;)

      Odpowiedz
  • 16 maja 2013 o 20:57
    Permalink

    Widząc tytuł Wyścigi i Lesio – byłam przekonana, że chodzi o scenę pędzących przed pociągiem garbatych (podobnie, jak bazyl) i podobnie, jak Lirael zupełnie nie kojarzyłam sceny wyścigów w Lesiu, a taka smakowita, nawet bez zakąski.

    Odpowiedz
    • 17 maja 2013 o 09:17
      Permalink

      Zawsze byłam ciekawa, czy to opiewane wielokrotnie przez Chmielewską szczęście początkującego naprawdę istnieje. Ale mogę to jeszcze sprawdzić. Ani na wyścigach, ani w kasynie jeszcze nie byłam :)

      Odpowiedz
    • 17 maja 2013 o 09:51
      Permalink

      Podczas pierwszej wizyty wygraliśmy w pierwszej gonitwie:P Przyciągnięci na wyścigi znajomi zwykle też coś wygrywali, niekoniecznie od razu, więc coś w tym jest.

      Odpowiedz
    • 17 maja 2013 o 12:46
      Permalink

      Też mnie to zawsze zastanawiało, jednak nie znam żadnego hazardzisty, więc nie miałam kogo zapytać. Może kiedyś spróbuję:)

      Natomiast Panią Joanne uwielbiam. Po przeczytaniu tego fragmentu, nabrałam ochoty, by wrócić do jej starszych książek.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: