Lektury z fasolowego zagonka, cz. 1

Jak się tak człowiek na serio zabierze za uprawę warzyw, to po robocie i owszem, ma ochotę poczytać coś lekkiego, ale żeby o tych lekturach napisać, to już niekoniecznie. Od pisania wzrok się psuje i plecy garbacieją, więc lepiej dać sobie spokój, internet nie zrobi się przez to uboższy. Nie powiem, przyjemna perspektywa, kusząca i demoralizująca. Nic tylko jej ulec, tym bardziej że z każdym dniem coraz trudniej wrócić do regularnego pisania. Na przełamanie więc tego rozleniwienia i w ramach rozgrzewki przed – mam nadzieję – powrotem już bez dłuższych przerw, notatka zbiorczo-wspomnieniowa.

 

Początek sierpnia niespodziewanie upłynął pod znakiem powtórki z Pratchetta. Bo jak tu nie przeczytać po raz kolejny „Straży nocnej”, skoro Królowa Matka tak gorąco ją rekomenduje jako swój ulubiony tom „Świata Dysku”? „Straż nocna” za każdym razem robi mocne wrażenie. A potem to już poleciało: i „Prawda”, i „Potworny regiment”, aż zaparło się na „Guards! Guards!” Takiego Pratchetta cenię najbardziej: celnie analizującego rzeczywistość i pokazującego jej absurdy, odsłaniającego mechanizmy społeczne, którym ulegamy. To, że z wygodnictwa i zwykłej bezmyślności robić będziemy to, co wszyscy (bo w końcu „iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników”), póki ktoś nie będzie miał odwagi przeciwstawić się stadnemu pędowi .

 

Niedawno rozgorączkowany czytałem piąty tom przygód Flawii de Luce i oszołomiony zakończeniem czym prędzej sięgnąłem po następną część, „Dead in their vaulted arches”. Nawet pół zdania o treści może zdradzić zbyt wiele, więc ograniczę się tylko do stwierdzenia, że odpalona bomba rzucona przez Bradleya w „Speaking” wybucha czytelnikowi prosto w twarz, zasypując go wykrzyknikami, pytajnikami oraz pyłem i gruzem ze wszystkich hipotez, jakie sobie zdążył przez pięć poprzednich tomów skonstruować. Tom siódmy zapowiadany jest na wiosnę przyszłego roku.

 

Kryminały retro mają się dobrze. Co prawda powieści Marka Krajewskiego mnie nie zachwyciły – powiem więcej: wynudziły mnie okrutnie – to jednak dałem szansę innemu przedstawicielowi gatunku. Marcin Wroński stworzył postać podkomisarza Zygi Maciejewskiego, któremu kazał penetrować zaułki międzywojennego Lublina. Zagadka kryminalna, osnuta wokół śmierci redaktora lokalnej gazety i cenzora, który kontrolował jej treść, jest co najwyżej przeciętna, na dodatek wyjaśnia się gdzieś w trzech czwartych książki. Lublin z lat trzydziestych też wypada blado – zaułki są ciemne i błotniste, w sam raz, żeby dostać w mordę albo kosą pod żebro, przedmieścia zaś ubogie (a także ciemne i błotniste). Padają nazwy ulic i dzielnic, ale równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać na przykład w Kielcach. Tych Kielcach, o których pisał Witkacy

Gdzie zwykła dorożkarska buda zastąpi wszelkie narkotyki świata,
I gdzie jedyne piękno jest: na zgniłych domkach jakaś, proszę pani, wieczorna, ta tak zwana,
ach, poświata,
I wszystko to na tle zupełnej nędzy

Ale! Główny bohater udał się Wrońskiemu nadzwyczajnie. Oczywiście jest ochlapusem i moczymordą, na dodatek mieszka w „zgniłym domku”. Ale jest też wdowcem, mistrzem bokserskim, a nade wszystko świetnym gliną z alergią na rozmaitych wazeliniarzy i nader trzeźwym spojrzeniem na układy i układziki rządzące i policją, i całym krajem (tło historyczne odmalowane jest zresztą dużo bardziej przekonująco niż koloryt lokalny). Do tego Zyga lubi „Proces” Kafki, potrafi rzucić sarkastyczną uwagę i ciętą ripostę. Widzę potencjał i zamierzam kontynuować znajomość.
Reszta potem.
(Visited 189 times, 1 visits today)

23 komentarzy do “Lektury z fasolowego zagonka, cz. 1

  • 17 sierpnia 2014 o 14:09
    Permalink

    O, ja też wróciłam do Pratchetta (przepadłam, już tak trzeci dzień mnie trzyma) ale ja zatęskniłam za babcią Weatherwax et consortes… :D i jestem już przy Carpe Jugulum. Zastanawiające – czytam to kolejny raz, a za każdym razem inne fragmenty mnie zaskakują.
    Pozdrawiam :D

    Odpowiedz
    • 17 sierpnia 2014 o 16:54
      Permalink

      A mnie naszło na historie z Ankh-Morpork, wiedźmy muszą poczekać :) I z powtórkami zwykle tak bywa, że odkrywamy całkiem nowe rzeczy. Na szczęście.

      Odpowiedz
  • 17 sierpnia 2014 o 16:00
    Permalink

    „Od pisania wzrok się psuje i plecy garbacieją”
    O nie nie, pochylanie się nad grządkami w niewygodnej pozycji szkodzi plecom o wiele bardziej niż siedzenie na wygodnym krzesełku :)

    Odpowiedz
  • 18 sierpnia 2014 o 06:30
    Permalink

    Czyli jest ktoś kto nie zachwyca się Krajewskim ? JA odpuściłam , nie dałam rady i zastanawiałam się czy tylko ja tak mam. Wszędzie natykam się na zachwyty. Za to Wrońskiego a i owszem , czytam z chęcią co tylko w łapki me wpadnie i tez głównie ze względu na głównego bohatera i nawet nie razi mnie jedzenie na gazecie ( niestety nie pamiętam w którym to tomie).Najmocniejszą stroną tych powieści jest Zyga i cały ten półświatek. A że mogłoby się dziać gdziekolwiek niby tak ale jak dla mnie i tak jest ok. Pratchett na razie znany jest mi tylko z nazwiska :-) jakoś mi nie po drodze

    Odpowiedz
  • 18 sierpnia 2014 o 08:28
    Permalink

    Zalajkowałem na fejsiu profil „Pratchett na każdy dzień” (or stg) i z każdym cytatem narasta we mnie potrzeba dorwania się do półki Kitka :) Ale na razie podczytuję sobie Daviesa i myślę, że następna będzie jednak powtórka z Wawrzyńca :D
    PS. Mówisz, że jak zaprowadzę ogródek, to mi wróci chęć do pisania? :P

    Odpowiedz
    • 18 sierpnia 2014 o 08:48
      Permalink

      Zdecydowanie. Pielenie na świeżym powietrzu dotlenia komórki mózgowe i dobrze robi na wenę. Pod warunkiem że ręce od pielenia nie bolą i ma się siłę stukać w klawisze :)

      Odpowiedz
    • 20 sierpnia 2014 o 09:08
      Permalink

      W życiu! Pamiętam pielenie buraków z lat dziecięcych i nie chcę do tego wracać. Facet z moim wzrostem, to żeby się do ziemi nachylić musi się zwinąć w precel. To już wolę coś kopać albo co. Byle w miarę na prosto :D Do lekkich lektur mi jeszcze daleko, bo jestem tak zmęczony, że po dwóch, trzech stronach „Powstania” zasypiam. A to jednak gruba książka :)

      Odpowiedz
    • 20 sierpnia 2014 o 09:21
      Permalink

      Buraki pieliłem raz w życiu i obiecałem sobie, że nigdy więcej :) Ale zagonek fasolki oczyścić, to szybsza robota. Rzecz jasna, można pielenie zamienić na kopanie. Rzuć „Powstanie”, weź coś bardziej rozrywkowego.

      Odpowiedz
    • 20 sierpnia 2014 o 09:28
      Permalink

      Kiedy mi się dość podoba. Pomijając fakt, że autor się rozpędza od króla Ćwieczka poczynając i po ponad 300 stronach o Powstaniu widziałem może ze trzy linijki, to jest to fajne repetytorium. A mi jest repete silwuple z historii bardzo potrzebne i takie wprowadzenie dla niezorientowanych mieszkańców wysp jest w tej roli nader :)

      Odpowiedz
    • 20 sierpnia 2014 o 10:43
      Permalink

      Albo i Zielonych Świąt :) Chyba, że na zasadzie „sprawdzę parę stron”, coś mi wcześniej wpadnie w ręce. „Stulecie”? :)

      Odpowiedz
  • 21 sierpnia 2014 o 23:38
    Permalink

    „Potworny regiment” to rzeczywiście jedna z lepszych książek tego autora. Pozostałych wymienionych tutaj nie znam (jeszcze), ale równie mocno pokochałam „Wyprawę czarownic”. :)
    PS Jakie fajne zdjęcia, wszystkie zgodne z zapowiedzią w tytule! ;)

    Odpowiedz
    • 22 sierpnia 2014 o 05:54
      Permalink

      Pozostałe dwie jeszcze lepsze od Regimentu:) Cykl o wiedźmach uwielbiam, nie ma to jak Niania Ogg:)
      Co do zdjęć, to dzięki za docenienie, specjalnie się starałem.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: