Mokną smętnie na deszczu badyle (Terry Pratchett, „Para w ruch”; Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” i „Bunt maszyn”)

 
Za oknem mokną w deszczu smętne badyle niegdysiejszych pomidorowych krzaczków. Rozregulowany po zmianie czasu organizm domaga się kolejnej porcji snu, a gnuśny umysł melduje, że właśnie popada w jesienną deprechę i co mu zrobisz? Możemy sobie od rana pośpiewać:
albo jednak trochę powalczyć. No to powalczyłem, a rezultaty są takie:
Do Ankh-Morpork zupełnie niespodziewanie zajechał parowóz, dzieło genialnego wynalazcy Dicka Simmlera, sponsorowane przez wzbogaconego na miejskich nieczystościach Harry’ego Króla. Patrycjusz szybko pojmuje, jakie możliwości otwiera żelazna zabawka wożąca gawiedź, i w pogoń za uciekającym postępem technicznym rzuca Moista von Lipwiga, człowieka, który jak nikt inny nadaje się do realizowania misji, przynajmniej na pozór, z góry skazanych na porażkę. W końcu to jego sprytowi sukces zawdzięcza i miejska poczta, i lokalna mennica. Moist jest „katalizatorem świata”, osobnikiem, który sprawia, że rzeczy posuwają się do przodu. Tymczasem nowy wynalazek staje się solą w oku reakcyjnych krasnoludów i równocześnie jedynym ratunkiem dla świeżo wypracowanego pokoju między krasnoludami a trollami.

Zdjęcie kota zawsze gwarantuje sukces…
Moist von Lipwig to jeden z fajniejszych bohaterów, jacy wyszli spod pióra Terry’ego Pratchetta. Kuty na cztery nogi spryciarz, obdarzony niezwykłymi zdolnościami do kierowania (czy wręcz manipulowania) ludźmi pełnię swych możliwości zaprezentował od razu w „Piekle pocztowym”, swym debiutanckim występie w „Świecie Dysku”. W „Świecie finansjery” Pratchett pokazał, że nie ma na tę postać pomysłu, gdyż powtórzył wszystkie chwyty z poprzedniej części. To wrażenie pogłębia fakt, że wieloma cechami Moista obdarzył Dodgera, tytułowego spryciarza z Londynu – jakby w poszukiwaniu zadowalającego sposobu wykorzystania tak bujnej osobowości.
Niestety, nie tylko na Moista nie miał Pratchett pomysłu. Również cała fabuła wydaje się dość nijaka i jakby pośpiesznie klecona – szczególnie w miarę zbliżania się do końca. Świetny Harry Król i jego małżonka wyrastają na najbardziej wyraziste postacie; bardzo podobało mi się też odkrywanie przez bohaterów kolejnych zastosowań parowozu – taki szybki kurs historii transportu włącznie z wpływem kolejnictwa na przemiany społeczne i kulturowe (pani Georgina Bradshaw i jej zapiski podróżne!). Poza tym niewiele pozostaje w pamięci.

…więc nie należy sobie kocich portretów żałować.
Pisałem już chyba kiedyś, że Rafał Kosik, moim zdaniem, doskonale by się sprawdził w krótszych formach. Po zbiorze opowiadań „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” muszę przyznać, że może nie jest doskonale, ale na pewno przyzwoicie, niekiedy zaś nawet bardzo dobrze. Teraz niezainteresowani mogą przejść do następnego akapitu, bo będę się rozdrabniał. „Tajemnica kredokrada” – plus za szkolne klimaty i fajny pomysł, minus za takie sobie zakończenie. „Metoda Sześciopalczastego” – rasowy thriller, niesamowita wioska odcięta od świata i znowu rozczarowujący finał. „Bardzo Senna Ryba” – Kosik puścił wodze wyobraźni i mimo mojej niechęci do snów i śnienia w literaturze, muszę przyznać, że mnie wciągnęło (sen o biurowcu pełnym pań Helenek, wzorowanych na szkolnej sekretarce – no miodzio!). Ciut bym tylko skrócił całość. „Ściema Smoczysława” – mój faworyt. Nawet wycieczka do Muzeum Gazownictwa nie musi być nudna, wszystko bowiem zależy od przewodnika. „Wysłannicy” – rzecz dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, nawet ciekawej; trochę tylko przekombinowane, za to sporo za długie. „Romantyczny Interdyscyplinarny Projekt” – to, co zacofani w lekturze lubią najbardziej, czyli soczyste opowiadanie z życia gimnazjum im. Kuszmińskiego. Na dodatek jest to specjał walentynkowy. „Priorytet Zero” – zręczne nawiązanie do „Teoretycznie Możliwej Katastrofy”, pierwsze spotkanie z tajemniczym agentem Mamrotem. „Wędrujące samogłoski” – zaskakujące, znowu z alternatywnej rzeczywistości, nie wiem, czy nie najlepsze ze wszystkich.
Krótsze formy krótszymi formami, ale już w „Trzeciej Kuzynce” Kosik po okresie niejakiego rozmemłania fabularnego wrócił do niezłej dyspozycji, którą potwierdził „Buntem maszyn”. Tradycyjne wątki szkolno-domowe tym razem połączone zostały z historią zbuntowanego odkurzacza z Instytutu Badań Nadzwyczajnych. Bardzo duży plus za wątek Niki, kochanej ciotuni i restauracji Staropolskiej (opowieści z życia knajpy i typologia gości – świetne!), a sceny z Instytutu niczym z thrillera science-fiction. Na dokładkę garść zjadliwości na temat funkcjonowania współczesnych mediów. Bardzo dobry tom. Wciąż jeszcze mam kilka do nadrobienia, a to już wkrótce ukazuje się tom trzynasty.
 
Terry Pratchett, Para w ruch, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2014.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie, Powergraph 2013.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz bunt maszyn, Powergraph 2011.
 
(Visited 251 times, 1 visits today)

47 komentarzy do “Mokną smętnie na deszczu badyle (Terry Pratchett, „Para w ruch”; Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” i „Bunt maszyn”)

  • 8 listopada 2014 o 11:18
    Permalink

    A ja wciąż mam w planach “Świat dysku” i nie mam kompletnie czasu, mimo że kupiłam pierwszą część.

    Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 08:40
    Permalink

    Po pierwsze to chciałam powiedzieć, że się przyblokowałam na czwartej części Feliksa, Neta i Niki, następne będą fajniejsze? Bo trzy pierwsze podobały mi się bardzo, ale czwarta niezbyt i się bałam, że już kolejne też będą średnie…
    A po drugie, to co ty zrobiłeś temu kotu, że się tak grzecznie patrzy na pociąg i nawet łapą go nie trąca? Moje by nie wytrzymały nerwowo ;)

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 08:42
      Permalink

      Bo czwarta jest taka sobie. Potem jest Orbitalny spisek, który szczerze odradzam, więc możesz od razu przeskoczyć do “Trzeciej kuzynki”.
      Kot obwąchał od niechcenia i poszedł się wylegiwać, to już nie te lata, żeby cokolwiek łapą trącać :P

      Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 08:45
    Permalink

    A, chyba że tak. U mnie jeden kot jest na tyle młody, że drugiego potrafi rozruszać :) Bo przecież nie będzie się spokojnie przyglądała stara, jak młoda demoluje okolicę ;)

    Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 08:49
    Permalink

    A Trzecią kuzynkę może w takim razie kupię, tylko muszę przed dzieckiem schować, bo ona ma już trzy książki zaczęte, i wszystkie w sumie powinna skończyć (albo lektura, albo na konkurs), więc nie mogę jej kusić ;)

    Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 08:54
    Permalink

    No, w sumie dobry pomysł, tylko muszę zagrzebać gdzieś na dnie szafy ;) Jakoś na dniach też nowa książka Brandona Mulla, a to jej (prawie) ulubiony pisarz, niestety ;)

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 08:57
      Permalink

      U nas propozycje czytania Baśnioboru nie wywołują szału, wałkowany jest Potter po raz pewnie szósty i Pan Samochodzik :) Za to Charlie i fabryka czekolady wywołał spazmy zachwytu (lektura! pierwsza sensowna, poprzednio był Pinokio i Historia żółtej ciżemki).

      Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 09:07
    Permalink

    Ciesz się :) Baśniobór wprawdzie nie jest zły, ale jakoś wszystkie te książki na jedno kopyto są napisane trochę. Chociaż moja córka zarzeka się, że “Pozaświatowcy” są inni i lepsi, ale jakoś nie mogę się przekonać do książki o takim tytule, więc wierzę jej na słowo ;)

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 09:16
      Permalink

      Ja maniacko próbuję ją wykierować na jakieś inne książki poza Potterem i Kosikiem, więc podsuwam, co się da, w nadziei że chwyci.

      Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 09:56
    Permalink

    Jestem kompletnie nieobiektywna. Co nie oznacza, że bezkrytyczna ;P nieobiektywna w sympatii, bo nawet jak się trafi słabsza cześć to i tak czytam i jednego i drugiego ;-)
    Kosika nie znam tylko opowiadań, bo do tego jakoś mnie nigdy nie ciągnęło, ale kiedyś rozdawano za darmo jedno z opowiadań (Twój faworyt, czyli “Ściema Smoczysława”) i przyznaję, że jest całkiem udane ;-) Także pewnie w końcu nabędę drogą kupna całość :)
    A “Para..” czeka. Moista lubię, ale faktycznie. Pratchett się powtarza. Niestety nie sprawdziłam jak wygląda kolejność tłumaczenia u nas powieści (tzn. czy jesteśmy na bieżąco) i trudno mi powiedzieć, czy to kwestia już choroby, czy po prostu słabszego momentu.

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 10:47
      Permalink

      Ja przeczytałem, bo mnie dziecko namówiło, że niby fajne. Dopiero potem się przyznała, że część ją znudziła :P Tak się wkręca ojca.
      W Pratchecie jesteśmy na bieżaco, ale mam nadzieję, że “Para” to wypadek przy pracy.

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 13:19
      Permalink

      Czasami trzeba i ojca wkręcić, jak sam wkręca w tyle książek ;P
      Też wolę wierzyć, że to tylko wypadek przy pracy. Choć wiem, że ostatecznie nie uda się uniknąć wpływu choroby, nie tylko zresztą na pisanie. Ale jeśli już musi się to zdarzyć, to oby się zdarzyło jak najpóźniej.

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 13:23
      Permalink

      Ja się boję sięgnąć po drugi tom cyklu pisanego z Baxterem, tam to dopiero może się dziać :( Też mam nadzieję, że Para to tylko wypadek, bo poprzednie tomy były świetne.

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 13:53
      Permalink

      Te z Baxterem jakoś mnie nie pociągają.. Podobnie jak z Gaimanem, choć przecież lubię bardzo i Gaimana. Ale wolę po prostu samego Pratchetta, bądź samego Gaimana. Baxtera nie kojarzę zaś w ogóle (o ignorancjo)

      Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 18:42
    Permalink

    Pratchetta uwielbiam, choć jeszcze nie miałam okazji sięgnąć po ten tom. Troszkę martwi mnie, że jest słabszy, ale nawet mistrzom zdarzają się drobne potknięcia. :)

    Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 18:47
    Permalink

    Taaak. Kiedyś myślałam sobie, że takie pozostawione na krzaczkach pomidorki (tudzież jabłka, bądź inne owoce i warzywa) bardzo źle świadczą o właścicielach ogrodu. Teraz, jako posiadaczka marnego spłachetka ziemi, po którym walają się tony liści, których nikt nie ma czasu zgrabić, zmieniłam zdanie.
    Rzuciłam okiem na to, co wyżej napisałeś Padmie. Naprawdę Twoja córka przerobiła już w tym roku szkolnym trzy lektury? U nas jak na razie tylko wyjątkowe wyjątki z Miziołków (“przeczytajcie dzieci te fragmenty, które są w podręczniku, chyba że się za bardzo zmęczycie, to wtedy nie czytajcie”), a pierwszą książkę w całości (“Akademię Pana Kleksa”) mają przeczytać na koniec listopada. Zgroza i makabra.

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:28
      Permalink

      Tia, u nas się chociaż udało ściąć część drzew przed zimą, kto by się tam pomidorkami przejmował, i tak już przemarzły.
      Tak, trzy lektury (znaczy trzecia listopadowa będzie). Pani od polskiego, co jej się chwali, wzięła dobre tempo, co miesiąc lektura książkowa. W życiu jeszcze moje dziecko nad niczym się tak nie męczyło jak nad Żółtą ciżemką:P

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:40
      Permalink

      Chociaż coś się Wam udało (ale żeby od razu drzewa ścinać?!); my robimy za czarne owce okolicy, gdyż wokół wypielęgnowane przez emerytów ogródki.
      Ciżemki chyba sama nie czytałam, ale jakoś nie pragnę. Może to i dobrze, że mój nie ma takiej pani od polskiego? Wtedy pewnie na zawsze poprzestałby na lekturze “Encyklopedii Star Wars”…

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:49
      Permalink

      Ciut dużo mamy tych drzew, bo nam żal ich było na etapie budowy, a teraz ciągle coś zacienia, wpada w rynny itepe. U nas w sąsiedztwie jeden ogródek emerycki, można jeść z chodnika, a w drugim grasuje wynajęty ogrodnik. Sama rozumiesz, że chociaż wycinkę chcemy załatwić, żeby nas palcami nie wytykali.
      Porządna pani raz dwa przywróciłaby Starszemu pion moralny, u nas są regularne kartkówki z treści :(

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:57
      Permalink

      Nasza pani patrzy w Starszego jak w obrazek od czasu, gdy okazało się, że przeczytał całych Miziołków. Jak dla mnie może już nic nie czytać do końca podstawówki, i tak będzie jechał na opinii…

      Odpowiedz
  • 9 listopada 2014 o 20:14
    Permalink

    Do Kosika jakoś nie mogę wrócić, a i w PTerrym utknąłem. O zgrozo, zacząłem teraz kolejny cykl, żeby móc pogadać ze Starszym. Powiem tylko tyle, że dobrze, że nie śpię dziś sam na ranczo, bo byłoby słabo. A Bartek twierdzi, że bierze te całe kroniki Wardstone na klatę :)

    Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:36
      Permalink

      To są młode nosorożce, bele czym się nie wzruszają. Moja nie płakała po Dumbledorze, nie płakała po Syriuszu, nie płakała po Snapie :D

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:43
      Permalink

      No weź przestań, tu niektórzy są dopiero na początku szóstego tomu! Po Snapie?:P

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 20:56
      Permalink

      Nie denerwuj mnie, mam dziś jedyny wolny wieczór w perspektywie następnych tygodni, naprawdę nie zdążę tego przeczytać:(

      Odpowiedz
    • 9 listopada 2014 o 21:40
      Permalink

      No żesz doprawdy, jaka ja głupia, że męczyłam się z tymi pięcioma strasznie grubymi tomami!:P

      Odpowiedz
    • 10 listopada 2014 o 07:03
      Permalink

      @ZwL Wiesz, to nie chodzi o śmierć bohaterów (póki co), tylko o to, że to jednak strrrraszne dosyć. Mnie tam troszkę ciarki chodzą po plecach podczas lektury :)

      Odpowiedz
    • 10 listopada 2014 o 07:32
      Permalink

      Moje twierdzenie o młodych nosorożcach pozostaje bez zmian. To nam, panom w średnim wieku, ciary chodzą, dzieciaki wzruszają ramionami i jadą dalej :)

      Odpowiedz
    • 10 listopada 2014 o 07:41
      Permalink

      Bo nie muszą spać same w pustym domu, sąsiadującym vis a vis ze ścianą lasu. Całe szczęście nie mam piwnicy :P Ale z tym nosorożcowaniem nie zawsze się sprawdza. Ostatnio czytając “Najwierniejszych przyjaciół” popłakaliśmy się obaj ze Starszym :)

      Odpowiedz
  • 18 listopada 2014 o 19:56
    Permalink

    Tylko dwa zdjęcia z kotami? I jak Ty chcesz robić blogo-karierę? :D

    Pratchetta to nawet ja, wyposażona w szeroki łuk do omijania fantastyki, miałam okazję dziabnąć parę razy. I nawet fajnie było. Bagaż miał nóżki, Śmierć przemawiał wielkimi literami i takie tam. Może kiedyś jeszcze wrócę w tamte rejony, ale póki co… ;)

    Odpowiedz
  • Odbicie: Wcale nie takie sobie bajeczki (Terry Pratchett, „Smoki na zamku Ukruszon”) – Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: