„Najbardziej przerażająca kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem”, czyli panna Marple prowadzi śledztwo

Margaret Rutherford jako panna Marple w "Murder at the Gallop"

Margaret Rutherford jako panna Marple w „Murder at the Gallop”

Kończy się wrześniowe spotkanie z kryminałami. Nie mogę jednak skończyć bez kilku słów o pannie Marple: według jednych „zupełnie nieszkodliwej staruszce”, według innych – zwykle zdemaskowanych przestępców – „diabelskiej starej wiedźmie”.

W „Nemezis”, ostatniej sprawie panny Marple, poważny adwokat, wykonawca testamentu, w którym wyznaczono starszej pani zadanie wyświetlenia nieokreślonej zbrodni, pyta: „…Zechce mi pani wybaczyć tę niezdrową ciekawość, ale czy w jakikolwiek sposób… jak by to powiedzieć… czy była pani związana z wymiarem sprawiedliwości?” Zupełnie jakby ktoś spytał Jacques’a Cousteau, czy miał do czynienia z życiem podwodnym, albo Yehudiego Menuhina, czy zna się na skrzypcach. W końcu panna Marple miała za sobą sporo spraw o morderstwo, zakończonych wykryciem zbrodniarza, nie wspominając o kradzieżach, szantażach, defraudacjach i innych niegodziwościach. A jednak możemy wybaczyć panu Broadribbowi to pytanie. W końcu nie spodziewał się, że jego gość będzie staruszką z prowincji, ubraną w tweedowy kostium i aksamitny toczek. Skąd taka osoba mogłaby wiedzieć cokolwiek o śledztwie w sprawie morderstwa?

„To było bardzo proste”, powtarzała niemal do znudzenia. Miała dar wyczuwania zła. W czasie podróży zagranicznych nie wierzyła bez sprawdzenia w nic ważnego czy ciekawego, co jej opowiadano. […]

Swoją wiedzę o ludzkiej naturze czerpała z owego cennego mikrokosmosu – St Mary Mead.

Angela Lansbury jako panna Marple w "The Mirror Crack'd"

Angela Lansbury jako panna Marple w „The Mirror Crack’d”

Taka postawa nigdy nie wyniosłaby jej z poziomu zwykłej miejscowej plotkarki, która zawsze wierzy w najgorsze, na szczyty kariery detektywistycznej, gdyby nie dwa dodatkowe czynniki: wielka inteligencja oraz zagadki kryminalne, które Agatha Christie dała jej do rozwiązania.

Ludzie, zwłaszcza przestępcy i policjanci, często nie doceniali geniuszu panny Marple. Kiedy „prostoduszna staruszka” zaskakiwała ich swymi sukcesami, skłonni byli przypisywać je raczej kobiecej intuicji czy czemuś w rodzaju łutu szczęścia, opartego na domysłach i przeczuciach. Mylili się, i to gruntownie. Panna Marple miała znakomity umysł. Gdyby urodziła się w innych czasach i sferze, mogłaby ze swą logiką i dociekliwością zostać wybitną uczoną. Najpierw gromadziła fakty, potem stawiała hipotezę. „Jeśli twoja teoria pasuje do każdego faktu, to znaczy, że jest prawdziwa”. Wiele uciechy sprawiała nam swą skłonnością do przedstawiania spraw jako okropnie zagmatwanych – była to jej bardzo chytra broń.

Uwielbiała rozwiązywać zagadki kryminalne i traktowała to jako swoje powołanie. Raymond zauważył kiedyś: „Niektórzy popełniają morderstwo, niektórzy zostają wplątani w morderstwo, a innym sprawy morderstwa narzucają się same. Ciotka Jane należy do tej trzeciej kategorii”. […]

Joan Hickson jako panna Marple w "A Caribean Mystery".

Joan Hickson jako panna Marple w „A Carribean Mystery”.

Rzeczywiście doprowadziła pod sąd kilku bardzo przebiegłych zbrodniarzy – pochodzących zwykle ze średnich klas – którzy zabijali brutalnie i pomysłowo, często więcej niż raz, przeważnie z chciwości. Do swoich ofiar strzelali, dusili je, przebijali nożem i truli, a zwłoki porzucali lub ukrywali w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach – na przykład w gabinecie pastora, w greckim sarkofagu albo w zadbanym ogrodzie. I gdyby nie panna Marple, uszłoby im to na sucho, a do więzienia trafiliby niewinni ludzie. Jak ona to robiła? Na czym polegała jej metoda?

Przede wszystkim doskonale się kamuflowała. Jak bezwstydnie udawała nieszkodliwą! Bez notesu, bez samochodu, bez żadnych pomocników czy oficjalnej godności robiła wrażenie wyłącznie uroczej starszej pani, czasem nawet nieco zwariowanej i „szczebioczącej jak dziecko”. Znakomita maska! […]

Ugruntowawszy swą… pozycję łagodnej staruszki, mogła całą energię skierować na rozmowy i obserwacje: „Trzy prawe, dwa lewe, jedno zgubić, dwa przerobić razem… – A pani drugi mąż?”

Umiała słuchać:
„Będzie plotkowała o podróżach, ślubach i oczywiście pogrzebach. Nie może jednak okazać szczególnego zainteresowania tym tematem. W żadnym wypadku. Wiedziała, że w takiej sytuacji powinna natychmiast zareagować odpowiednim westchnieniem: «Mój Boże, jakież to smutne!» Trzeba będzie przeanalizować wzajemne relacje, historie rodzinne i ważne wydarzenia, a jeśli coś wyda się jej istotne, wypytać o to… […]”.

Julia McKenzie jako panna Marple w "Why Didn't They Ask Evans?"

Julia McKenzie jako panna Marple w „Why Didn’t They Ask Evans?”

I patrzeć:
„Chociaż jej twarz pozostawała obojętna, bystre oczy obserwowały zza okularów troje ludzi równocześnie. Wyćwiczyła tę sztukę wiele lat temu, kiedy będąc na tropie jakiejś interesującej wiadomości, śledziła twarze swych sąsiadów z St Mary Mead czy to w kościele, czy na zebraniach matek, czy też podczas pełnienia jakiejkolwiek funkcji publicznej”. […]

Podobnie jak inni detektywi, odrabiała też pracę domową, czyli główkowała. Czasem w tym celu szła na spacer: „Po prostu stawiam jedną nogę przed drugą i zastanawiam się nad różnymi sprawami”. Czasem przyłapywała się na mówieniu do siebie. Czasem gubiła oczka. Czasem robiła pośpieszne notatki: „Lampa. Fiołki. Gdzie słoiczek z aspiryną?” Zdarzało się, że wstawała w środku nocy, żeby coś zapisać: „Muszę spróbować przeprowadzić śledztwo, którego się podjęłam, jak najbardziej konsekwentnie”, zanotowała w „Nemezis”.

Logika – oto klucz do sukcesów panny Marple, chociaż nie jest to pierwsze słowo, które ktoś by mógł skojarzyć z obrazem gadatliwej starej panny. W książkach jej poświęconych nie ma mowy o żadnych szarych komórkach, ale gdy sprawa doczeka się rozwiązania, a zbrodniarz sprawiedliwości, widać jak na dłoni, że starsza pani najpierw pracowicie i za pomocą wszelkich środków gromadziła fakty, potem konfrontowała je ze swą ogromną wiedzą na temat skłonnej do błędów ludzkiej natury, wreszcie z nieubłaganą logiką wysnuwała wnioski. Posługując się tą metodą potrafiła zdemaskować najbardziej skomplikowane występki mieszkańców St Mary Mead: podszywanie pod kogoś innego, fałszerstwa, podwójne blefy, wymyślone „zbiegi okoliczności”, utajone testamenty, niejasne motywy, cyrkowe sztuczki, sprzeczne fakty, niepodważalne alibi i tak dalej. […]

Kiedy już wydedukowała, kim jest morderca, często zastawiała nań pułapkę, żeby zdobyć ostateczny dowód. Robiła to po mistrzowsku, niczym natchniony reżyser, „zachowując się jeszcze czujniej niż zwykle, przypominała foksteriera warującego przy szczurzej norze”.

Te pułapki – same w sobie ekscytujące, czasem dość brutalne – prowokowały zwykle histeryczne wyznania zdumionych morderców, którzy nie mieli pojęcia, że panna Marple obserwuje ich cały czas jak pod mikroskopem. […] Takie okazje panna Marple zwykła nazywać „swoim planikiem”.

Geraldine McEwans jako panna Marple w "4.50 from Paddington"

Geraldine McEwans jako panna Marple w „4.50 from Paddington”

Te „planiki” realizowała przeważnie na oczach zdumionej policji. Oczywiście musiała zapewnić sobie obecność kogoś, kto aresztowałby przestępcę. Praworządna panna Marple nigdy nie wchodziła w kompetencje powołanych do tego osób. Pracowała na ogół wspólnie z prowadzącym śledztwo oficerem – czy mu się to podobało, czy nie – a ich stosunki układały się według pewnego schematu: na początku oficer wyraźnie gardził śmieszną staruszką, która z niejasnych powodów pętała mu się pod nogami, potem zaczynało w nim kiełkować podejrzenie, że owa dama jest znacznie bystrzejsza i bardziej niebezpieczna, niżby się zdawało, aż wreszcie następowała pełna kapitulacja i uznanie dla genialnego umysłu. Była to gorzka pigułka, ale jej nieprzyjemny smak łagodziło ciotczyne gruchanie i słowa zachęty. Panna Marple lubiła mieć oficerów policji po swojej stronie, bo kto wie, kiedy będzie ich znów potrzebowała? […]

I wreszcie następuje ów cudowny moment, kiedy prawda wychodzi na jaw, a panna Marple tłumaczy, kto, jak i dlaczego popełnił zbrodnię. „To naprawdę bardzo proste” – mawiała z ożywieniem. „Bo wtedy w curry nie było żadnego arszeniku”. […] A potem odsłaniała zdumionej publiczności wszystkie po kolei motywy, analogie i fakty, które nigdy przedtem nie występowały w takiej kombinacji, dokonywała podsumowania i podawała rozwiązanie.

Najbardziej imponujący finał miał miejsce w „Nemezis”. Rozegrał się on w obecności szczególnie dystyngowanych osobistości: urzędnika z prokuratury, zastępcy komisarza ze Scotland Yardu, naczelnika więzienia w Manstone oraz ministra spraw wewnętrznych. Po wysłuchaniu wszystkiego zapytano ministra, co sądzi o starszej pani. „Najbardziej przerażająca kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem” – brzmiała odpowiedź. […]

Anne Hart, Panna Jane Marple – życie i czasy. Biografia według Agathy Christie, tłum. Anna Bańkowska, Prószyński i S-ka 1999, s. 109–114.

(Visited 866 times, 29 visits today)

25 thoughts on “„Najbardziej przerażająca kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem”, czyli panna Marple prowadzi śledztwo

  1. Nie wiem, jak to się stało, ale nie widziałam żadnego z filmów z panną Marple. Joan Hickson wydaje się najbliższa mojemu wyobrażeniu, choć może zmieniłabym zdanie, gdybym zobaczyła ją na ekranie.

  2. Oczywiście musiałeś wrzucić zdjęcia z seriali?
    Już się nie chciałem odzywać, ale popatrzyłem sobie znowu i mnie krew zalała, czy jak to się mówi :-P
    Otóż żywię głęboką potrzebę wypchania tfurcuw wyżej zademonstrowanych ruchomych obrazków i umieszczenia ich w Muzeum Sztuki excusez le mot Spieprzonej! Szczególnie dotyczy to trzech serii z Geraldine McEwans. Uważam bowiem, że Geraldine świetnie nadawała się do roli prawdziwej Jane Marple, tej w różowym szaliku i z umysłem ostrym jak brzytwa. Tylko, że te dwanaście filmików kompletnie nie zasługuje na miano Marple. Pomijając drobny fakt, że cztery z nich są zadziwiającą kompilacją innych powieści Agathy i przygód Jane Marple, to fabułę potraktowano wyjątkowo swobodnie! Spojrzałem sobie znowu na „Nemezis”, już po moim wpisie, i mnie szlag trafił! To nie ma nic wspólnego z powieścią, to jest zupełnie inna historia! Podobnie jak w pozostałej jedenastce. Dlaczego? Za co?
    Oczywiście poza tym realizacja jest świetna, ale to nie jest panna Marple Agathy Christie! A mogła moim zdaniem być, mogła…

    • Sugerujesz, że poszedłem po linii najmniejszego oporu z tymi fotosami? :D Poniewczasie wpadłem na myśl, że w sumie mogłem dać dowolne starsze panie robiące na drutach.
      Co do serialu, to nie jestem fundamentalistą, ale te swobodne przeróbki też mnie wkurzały.

      • Niedawno dyskutowaliśmy o ewentualnej obsadzie filmów o Jane. No to mnie taka refleksja naszła…
        Fundamentalizm wykazuję tylko przy ocenie ekranizacji twórczości jednego autora i jestem wtedy okropny, ale to nie ta bajka ;-)
        Wracając do Jane. Serial z Joan Hickson jest na tyle blisko książek na ile to możliwe. Wydaje mi się, że klimat angielskiej prowincji lat pięćdziesiątych oddany jest całkiem nieźle. Ale sama Joan Hickson mi zgrzyta. Jakoś mi nie pasuje do wizerunku starszej pani w różowym szalu. Nawet jak jest pokazana z robótką w rękach to dziwnie to wygląda, nie pasuje do strojów, zachowania… Filmów z serialu z Geraldine nie potrafię umiejscowić w czasie (późne lata pięćdziesiąte,wczesne sześciesiąte?) ze względu na przeładowanie kolorem i modą. Chociaż odniesienia do wojny się zdarzają, bo muszą być! Poza tym nie widać upływu czasu pomiędzy sprawami. Wiem to seriale, ale w książkach zdarzają się smakowite nawiązania do poprzednich spraw, to nadaje jednak swoistego klimatu ciągłości.
        Żeby nie wyjść na skończonego malkontenta – seriale są zrealizowane świetnie, ogląda się z przyjemnością, ale jednak co powieść to powieść :-)

          • O to jednak Cię namawiam na obejrzenie serialu z Joan Hickson. Bo to, że kreacja samej Jane trochę mi nie pasuje to w sumie nie taki wielki feler. Realia powieści odtworzono dobrze, no i fabuła też jest spójna z powieściową. W porównaniu z tą serią filmy z Geraldine przypominają trochę, przez stylizację, operę mydlaną. To znaczy świat wygląda tak jak sobie widz wymarzył, a nie jak było ;-)
            To jako ciekawostkę Ci powiem, że oglądałem kiedyś, dawno, ten film z Angelą Lansbury. Oglądałem, nie obejrzałem ;-) Raz, że był w wersji oryginalnej, dwa kopia VHS… Zupełnie na nadążałem za tym co się dzieje, jeszcze jakby napisy były (nawet po angielsku) to pewnie więcej bym załapał. Mówiony, bez względu na jakość kopii to tak nieszczególnie. Znajomi u których oglądaliśmy powtarzali na dodatek co dziesięć minut coś w stylu „kojarzysz, ale kojarzysz?”. Co kojarzę? Na ekranie Elizabeth Taylor, Kim Novak, Tony Curtis i parę innych gwiazd, sprawa kryminalna, i z rzadka ta nieszczęsna Angela… Jak mi powiedzieli, że to panna Marple to prawie spadłem z krzesła. Filmową Jane Marple to ja kojarzyłem wtedy z rozsadzającą ekran Margaret Rutheford, jak najbardziej pierwszoplanową, której żadne gwiazdy nie byłyby w stanie przykryć, a tu takie coś :-D

            • Spróbuję znaleźć Hickson, chociaż na półce mam McEwans i nie mogę się przemóc od lat, żeby obejrzeć w całości. Rutherford jest nie do pokonania, zdecydowanie nie miała temperamentu szarej myszki :)
              To z Lansbury to nie wykluczone, że widziałem, też pewnie z VHS, ale pewnie bez większego wrażenia.

  3. A moim zdaniem McEwans jest najbardziej nietrefioną Panną Marple ze wszystkich jej filmowych wersji. Może przez ten wredny uśmieszek? Panna Marple była zupełnie bezstresową staruszką, traktującą znajdowanie zbrodniarzy jako hobby. Tymczasem w Geraldine jest jakaś mściwość i niezaleczone kompleksy ( pamiętam, że w jednym z odcinków z nią w roli Panny Marple dorobiono nawet jakiś zawód miłosny w życiu panny Marple, przez który rzekomo stała się wrednawa!), które mi zupełnie do prawdziwej Panny Marple nie pasują.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *