Nie lekceważcie samotnych kobiet (Amy Stewart, „Dziewczyna z rewolwerem”)

Mówi ktoś: „Poleć jakąś książkę o wojnie”. Polecam.
Słyszę: „Poleć coś z francuskiej klasyki”. Polecam.
Mogę też polecić reportaż, powieść Marcina Szczygielskiego, coś zwariowanego z pracownią architektoniczną w tle, a nawet ciepłą książkę o zwykłej poznańskiej rodzinie. Tylko gdy ktoś pyta: „Znajdź mi coś lekkiego i żeby się szybko czytało”, mam w głowie pustkę. Czy raczej miałem. Bo od teraz będę zdejmował z półki „Dziewczynę z rewolwerem”.

Wbrew zachęcającej wzmiance na okładce nie jest to „opowieść o pierwszej kobiecie szeryfie”. W każdym razie nie w tym sensie, którego byśmy się spodziewali. Nie ma więc Dzikiego Zachodu, a główna bohaterka nie paraduje dumnie główną ulicą miasteczka ze złotą gwiazdą na piersi i parą koltów u pasa. Constance Copp ma 35 lat, ponadprzeciętny wzrost i wraz z dwiema siostrami, Normą i Fleurette, prowadzi gospodarstwo niedaleko Nowego Jorku. W ich życiu niewiele się dzieje i pewnie tak by zostało, gdyby latem 1914 roku w ich powóz nie wjechał samochód pełen facetów o ponurych fizjonomiach, prowadzony przez właściciela lokalnej fabryki. Zamiast grzecznie przeprosić i zapłacić odszkodowanie za straty, pan Kaufman próbuje zastraszyć Coppówny. Okoliczności mu sprzyjają: trzy kobiety na odludziu i całkowity brak zainteresowania władz ich sytuacją. Wynik tej nierównej walki wydaje się od początku oczywisty. Nie wolno jednak lekceważyć samotnych kobiet. Constance Copp nie zamierza ustąpić przed siłą. Najpierw próbuje sama wyjaśnić sprawę, przy okazji natykając się na inne brudne sprawki Kaufmana, a wreszcie udaje jej się włączyć do akcji szeryfa.

Constance Copp istniała naprawdę i naprawdę walczyła z fabrykantem o zapędach gangstera. Amy Stewart na wątkach jej biografii stworzyła historię, którą trudno jednoznacznie zaklasyfikować: zgrabne połączenie powieści gangsterskiej (z przymieszką scen jakby z kryminału noir), obyczajowej i historycznej. Mamy mroczne zaułki, zapracowanego stróża prawa zmagającego się z biurokracją, dowiadujemy się nieco o sytuacji robotników i dławieniu ich strajków, wyzysku i biedzie. Mamy też obraz sytuacji kobiet na początku XX wieku: nie tylko robotnic, pracujących za grosze, mieszkających w norach i wykorzystywanych (pod każdym względem) przez fabrykantów, ale też – na przykładzie Coppówien – kobiet o wyższej pozycji społecznej. Samodzielne siostry nieustannie spotykają się (nawet ze strony własnego brata) z protekcjonalnym podejściem: potrzebują mężczyzny, który by na nie zarabiał i je chronił, same są winne swoim kłopotom, bo przecież samotne kobiety ściągają je sobie na głowę; kobiety niezależne budzą podejrzenia. To, czego chcą one same, wydaje się nie mieć znaczenia. Tu pojawia się inny ciekawy aspekt książki: sposób, w jaki rodzeństwo było wychowywane przez dominującą matkę, podejrzliwą emigrantkę, jaki sposób myślenia i zachowania zaszczepiono dziewczętom i ich bratu. Przeszłość rodziny poznajemy z retrospekcji i bardzo żałuję, że autorka nie pogłębiła tego wątku, bo zdecydowanie był tego warty. W każdym razie duch zmarłej matki stale obecny jest w życiu sióstr i wiele je kosztuje wyjście z ram, w które zostały wciśnięte w dzieciństwie.

Postacie sióstr, zresztą tak samo jak innych bohaterów, są dość jednowymiarowe, niekiedy wręcz przerysowane. Constance jest silna, zdecydowana i odważna, Norma uparta i kłótliwa, zainteresowana głównie czytaniem prasy i hodowlą gołębi, a najmłodsza, Fleurette, jest typowym trzpiotem, któremu w głowie tylko stroje. Szeryf jest zapracowany, jego żona ponura i znękana, bratowa Coppówien do rany przyłóż i tak dalej. Gangsterzy też, rzecz jasna, tacy bardziej papierowi. O dziwo jednak Amy Stewart udaje się tak te postacie wykorzystać, że ich słabości nie drażnią. Jest dynamicznie, czasem zabawnie, groźnie albo tajemniczo (gdyż bohaterki mają swoją rodzinną tajemnicę), ale zdecydowanie nie jest to powieść typu „zabili go i uciekł”. W książce nie ma ani jednego niepotrzebnego zdania, opisy są oszczędne, ale wystarczające, by wejść w klimat czasów i miejsc, a dialogi potoczyste. Jednym słowem: czyta się samo, w czym oczywista zasługa autorki, ale i tłumaczki, której – na szczęście niezbyt skutecznie – przeszkadzały redaktorka i korektorka. Szkoda, że zadbawszy o ciekawą szatę graficzną, wydawnictwo odpuściło sobie nieco stronę edytorską. Mimo to, jeśli potrzebujecie zrelaksować się po ciężkim dniu albo już myślicie, co zabrać ze sobą na długi weekend majowy, polecam „Dziewczynę z rewolwerem”.

A co w końcu z kobietą szeryfem? To już sprawdźcie sobie sami.

Amy Stewart, Dziewczyna z rewolwerem, tłum. Paulina Surniak, Czwarta Strona 2016.

PS. Piątkowa zapowiedź blogerskiej antologii kryminalnej to, rzecz jasna, primaaprilisowy żarcik. Całkiem sporo osób odniosło się do tego pomysłu entuzjastycznie, więc kto wie, może kiedyś takie dzieło powstanie naprawdę.

(Visited 552 times, 4 visits today)

27 komentarzy do “Nie lekceważcie samotnych kobiet (Amy Stewart, „Dziewczyna z rewolwerem”)

  • 3 kwietnia 2016 o 18:17
    Permalink

    Ja właśnie zaczęłam lekturę i czyta się naprawdę lekko :) a Twoja opinia bardzo zachęcająca, mam nadzieję, że dalej (w moim czytaniu) będzie tylko lepiej, bo bardzo potrzebuję odstresowującej lektury :)

    Odpowiedz
    • visage
      3 kwietnia 2016 o 18:22
      Permalink

      Bez obaw. Jeśli autorka chodziła na jakieś kursy pisania, to musiała mieć szóstkę z prowadzenia akcji :) Tempo równe jak rzadko.

      Odpowiedz
  • 3 kwietnia 2016 o 22:54
    Permalink

    Lekko, szybko i niegłupio- dziękuję za podpowiedź. Jakkolwiek gustuję w określonym kanonie literackim, mam od czasu do czasu ochotę na coś takiego właśnie. Ostatnio trafiła mi się Tajemnica domu Helclów.

    Odpowiedz
    • visage
      3 kwietnia 2016 o 22:56
      Permalink

      Szczupaczyńska jest znakomita, czekam na kolejną część. Ale też niczego sobie, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

      Odpowiedz
      • 4 kwietnia 2016 o 22:08
        Permalink

        Jest dalsza część w planie? to poczekam na recenzje na zaprzyjaźnionych blogach.:)

        Odpowiedz
  • 4 kwietnia 2016 o 14:21
    Permalink

    O, widzisz! Może to coś na odtrutkę po przereklamowanym polskim Grishamie :P

    Odpowiedz
      • 4 kwietnia 2016 o 14:45
        Permalink

        Niedokładnie tak, ale blisko. Nie pamiętam już dokładnie tekstu, ale na pewno Grisham był przywołany :) Co nie zmienia faktu, że w moich oczach, na wyrost :P

        Odpowiedz
          • 4 kwietnia 2016 o 15:08
            Permalink

            Zajrzyj do mnie, bo jeszcze okładki nie zdjąłem i zagadka się wyjaśni :D A wracając do meritum, to czytałeś „Braci Sisters”? Też całkiem zgrabna historyja :)

            Odpowiedz
            • visage
              4 kwietnia 2016 o 15:11
              Permalink

              Ach, zajrzałem. Przeczucie mnie nie myliło. Ale żeby zaraz Grisham? :P
              Braci mam, ale nie zaglądałem. Mam to uczynić azaliż?

              Odpowiedz
              • 4 kwietnia 2016 o 15:52
                Permalink

                Odpocznij może od klimatów, a jak zatęsknisz, to sobie obejrzyj Bolka i Lolka na Dzikim Zachodzie albo sięgnij po Sistersów :P

                Odpowiedz
                • visage
                  4 kwietnia 2016 o 21:25
                  Permalink

                  Bolka i Lolka na DZ to moje dzieci regularnie oglądają, więc jestem na bieżąco. A książek o Dzikim Zachodzie mam spory wybór, nie tylko Sistersów.

                  Odpowiedz
                  • 5 kwietnia 2016 o 15:24
                    Permalink

                    Ja niestety dzięki dzieciom ostatnio dość daleko od DZ, za to służę radą w kwestii zombies :P

                    Odpowiedz
                    • visage
                      5 kwietnia 2016 o 21:19
                      Permalink

                      W kwestii zombies (szczególnie w typie rodzic-zombie) i potworów mam dużo własnych doświadczeń :D

  • 5 kwietnia 2016 o 13:05
    Permalink

    Miga mi ta książka w różnych zestawieniach i przyznam, że sama okładka wywołuje b. przyjemne skojarzenia, oczywiście głównie z westernem.;(.
    Bosko wygląda słówko Coppówien.;)

    Odpowiedz
    • visage
      5 kwietnia 2016 o 13:19
      Permalink

      Okładka jest bardzo dobra i mnie się kojarzyła z Braćmi Sisters, których mi polecaliście z Bazylem. I zamierzam skorzystać z polecenia :) Skojarzenie z westernem automatyczne, ale błędne – i już choćby za to zaskoczenie nalezy pochwalić autorkę.
      A Coppówny to wynalazek polskiej tłumaczki Ani z Avonlea :) „Thank goodness, we Copps keep our pantries presentable at all times and don’t care who sees into them.” Tu się pojawia to cudowne „my, Coppówny” :D

      Odpowiedz
      • 5 kwietnia 2016 o 13:46
        Permalink

        Właśnie Bracia Sisters chodzili mi po głowie.;)
        Przejrzałam początek i zapowiada się na dobrą literaturę środka. Jeśli będę miała chandrę, to może się zagłębię w tę historię.

        Odpowiedz
        • visage
          5 kwietnia 2016 o 13:48
          Permalink

          Nie posunę się do życzeń jak najszybszej chandry :) Za to przypomniałem sobie, co pisaliście z Bazylem o Braciach i odgrzebię plik na czytniku.

          Odpowiedz
          • 5 kwietnia 2016 o 13:53
            Permalink

            Braciszkowie są wprost uroczy.;)

            Odpowiedz
            • visage
              5 kwietnia 2016 o 13:57
              Permalink

              No właśnie dlatego sięgnę, pogoda idealna na takie urocze książki. Nie, żebym jakoś specjalnie narzekał na Sarah Waters, ale u niej głównie zima.

              Odpowiedz
              • 5 kwietnia 2016 o 14:19
                Permalink

                „Ptak dobrego Boga” może też być zabawny, a na pewno ciekawy językowo.

                Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: