Wyścigi w literaturze (cz. I): „Lalka” Bolesława Prusa

Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak potrzeba. […]
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie, przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami.
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi.
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza.
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją.
– Nareszcie jest pan – zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja dodał: – Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej – pan Wokulski.
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką cygaro z ust plunął przez zęby.
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i przejechać się na nim.
– Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? – spytał dyrektor.
– Och! – odpowiedział dżokej.
– Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita – mówił dyrektor.
– Och! – potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
– Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
– Och! – odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
– Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego powozu. […]
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X., jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany.
„Oszalałem!” – mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie znajdzie. […]
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo… To odbył się pierwszy wyścig. Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny. Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką. […]
Pierwsze wyścigi na Polu Mokotowskim, mal. January Suchodolski, 1849 rok.
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.
Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi, szepnął mu:
– Panie Yung, musimy wygrać… Sto rubli nad umowę… Niech bodaj klacz padnie…
– Och!… – jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu. […]
Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną człowieka, który się nudzi.
– Spraw się dobrze, ty śliczna!… – zawołała panna Izabela.
Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. […]
Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem.
– Yung na przodzie…
– To właśnie głupstwo…
– Już minęli zakręt…
– Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim.
– Drugi… Znowu wysunął się…
– Ale gniady idzie…
– Pąsowa kurtka w tyle…
– Trzeci zakręt… Ależ Yung nic sobie z nich nie robi…
– Gniady dopędza…
– Patrzcie!… patrzcie!… Pąsowy bierze gniadego…
– Gniady na końcu… Przegrałeś pan…
– Pąsowy bierze Yunga…
– Nie weźmie, już ćwiczy konia…
– Ale… ale… Brawo Yung!… Brawo Wokulski!… Klacz idzie jak woda!… Brawo!…
– Brawo!… brawo!…
Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał:
– Sułtanka!… Jeździec Yung!… Właściciel anonim…
– Co to anonim… Wokulski… Brawo Wokulski!… – wrzeszczał tłum.
– Właściciel pan Wokulski! – powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na licytację.
Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu hrabiów. […]
Bolesław Prus, Lalka, rozdział Wielkopańskie zabawy, http://literat.ug.edu.pl/lalka/0013.htm
(Visited 3 971 times, 144 visits today)

76 thoughts on “Wyścigi w literaturze (cz. I): „Lalka” Bolesława Prusa

  1. Izabela nieszczególnie się kryła ze swoją zołzowatością :-) A Wokulski głupi był, jedna szczera rozmowa z Łęcką i wyszłaby wiedźma z pięknego worka.

    • To ja nie dam się sprowokować i odpowiem zgodnie z oczekiwaniem. Ależ skądże:)
      A tak pierwsze moje skojarzenie – może nie ciekawszej, ale ciekawej pary to Bogumił i Barbara Niechcic

    • Okropny „sport”. Ale to na marginesie :)

      Muszę też stanąć w obronie Dąbrowskiej. Bez pani Barbary „Noce i dnie” nie zaistniałyby w ogóle. Nie dałoby się tego czytać. To jedna z najlepiej skrojonych polskich kobiecych sylwetek powieściowych. Znam zresztą jedną taką panią Basię (której siostra starsza zwie się Teresa na dodatek!), więc wiem, że życiu taki malkontent znerwicowany również może barw dodać ;P

    • Każdy ‚sport’ żerujący na zwierzęcych instynktach jest tak naprawdę pokazem ludzkiego zadufania. Raczej nie jest naturalnym dla konia podróżować boksem na kółkach, nie móc zareagować na hałas na drodze, biec po laury na środkach przeciwbólowych, a na koniec trafić do rzeźni. To już nie ma w sobie uroku dla powieściopisarza oczywiście, ale tam gdzie są pieniądze, roi się od bezwzględnych ludzi.

      A Barbara po pewnym czasie jest już tylko zabawna. Zresztą znając prawdziwą panią Basię dość dobrze, mogę zabawiać się w uprzedzanie faktów ;)
      W moją aktualną lekturę trafiliście, więc jeszcze emocjonalnie do tego podchodzę :)

    • Ale to wizja literacka czy z życia wzięta? Bo raczej nie uwierzę by wokół biznesu wyścigów kręcili się sami szlachetni wielbiciele braci mniejszych.

      A czytam Dąbrowską właśnie – do jej powieści odnosiła się moja uwaga przecież :) ‚Lalka’ w tegorocznym grafiku zresztą również była. Starzeję się najwidoczniej, bo powtórki mi ciągle w głowie ;)

    • Oczywiście, że nie sami szlachetni, przecież to prawdziwe życie, nie baśnie z tysiąca i jednej nocy. Czytuję fora wyścigowe, obserwuję to i owo, chociaż raczej jako widz z daleka. Wydaje mi się jednak, że jest lepiej niż gorzej. U nas wyścigi to średni biznes, może dlatego łatwiej o idealistę niż bezwzględnego rekina:P
      Nie załapałem, że chodzi o Noce i dnie. Ja sobie zaplanowałem opowiadania Dąbrowskiej, na razie jakoś mnie nie ciągnie i plan może pozostać niezrealizowany.

    • Dziwiłabym się nawet, gdyby ktokolwiek wyciągał brzydkie praktyki stajenne na wierzch poprzez oficjalne kanały.
      Rozumiem urok zjawiska społecznego, jakim są wyścigi konne uchwycone w soczewce pisarza, ale sam sport jest tylko chorym wymysłem chciwych ludzi. Amen :)

      Są jeszcze „Przygody człowieka myślącego” u Dąbrowskiej, warte ponoć uwagi. Czy już znasz? Właśnie się dowiedziałam, że oparte są na tym samym materiale co „A teraz wypijmy…”, więc mam dwa razy więcej Dąbrowskiej niż potrzeba na jedną osobę ;)

      Jeśli w dziale opowiadań zwolni się miejsce, wstaw tam koniecznie Alberto Moravia (nie odmieniam nazwiska na wszelkie wypadek). Drobiazgi, ale bardzo udane. Czy też już znasz? :) Czuję się w obowiązku coś polecać, bo pewnie sam nie wiesz co niby robić z własnym czasem ;)

    • Jako zindoktrynowana jednostka napiszę, że przynajmniej oficjalnie wyścigi nie służą rozrywce chciwej gawiedzi, ale odgrywają rolę selekcyjną w hodowli.
      Przygody pomijam na razie, bardziej mnie interesuje A teraz wypijmy, bo ponoć bliższe zamysłowi pisarki niż Przygody, wyciągnięte z kosza na śmieci:) Moravii mam Kobietę leoparda – znasz? Czasu coraz mniej, więc warto poleceń słuchać, byle z umiarem:P

    • Podobno „A teraz wypijmy” i „Przygody” to ten sam tekst, tylko w jednej wersji poszatkowany, a w drugiej powiązany bardziej. Autorka nie zdążyła z własnym planem i wersja opowiadaniowa była raczej z pośpiechu, kompromisem wydawniczym. Bo zamysł był na wielką powieściową panoramę społeczną, jak w Nocach i dniach.

      „Kobieta…” Moravii to chyba powieść. Z opowiadań polecam „Rzecz jest tylko rzeczą”. Ale podobno autor w każdej odsłonie fantastyczny, więc może zacznij od tego, co masz pod ręką. W każdym razie to dobra rzecz, klarowna i zaskakująca neurotycznym humorem. Włoski Woody Allen, jakby prawie ciut ciut :)

      PS. Ale po co selekcja gatunku pod względem cech pożądanych przez ludzi? W czasach, gdy koniem nie trzeba już poczty dostarczyć na drugi koniec prerii w dwa dni? ;)

    • Znam dzieje tekstu Dąbrowskiej i chyba Wypijmy bardziej do mnie przemawia Do Moravii mnie nie ciągnęło dotąd, ale zerknę przy okazji, w końcu skoro stoi na półce, to nic mnie to nie kosztuje:)
      Przyjmijmy, że celem hodowli jest wrodzone ludzkości dążenie do ulepszania wszystkiego poza samą sobą:) Na pewno istnieją jakieś oficjalne dokumenty podające cele hodowli, ale pewnie i tak by Cię nie przekonały:D

  2. Ciekawe, czy pan Yung był z pochodzenia Chińczykiem. Nazwisko w takiej pisowni budzi we mnie orientalne skojarzenia.
    Jak wspominałam, scena musiała na mnie zrobić wrażenie w wersji filmowej, bo zapamiętałam ją dość dokładnie.
    Czy na wstęp na wyścigi się płaci? Jeśli tak, powinieneś mieć darmową wejściówkę dożywotnio za krzewienie idei!

  3. A czy w cyklu „Wyścigi w literaturze” pojawi się również fragment „Anny Kareniny”? Albo „Nany”? Jeszcze chyba w „Srebrnym płomieniu” Doyle’a było coś o wyścigach (zamordowanym był trener, zdaje się). Przyznam, że nie pamiętam zbyt wielu scen literackich poświęconych wyścigom, będę zatem pilnie śledzić kolejne wpisy. :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    kasjeusz

    • Wstępnie cykl był zaplanowany jako czysto ojczysty. O dziwo, wstępne poszukiwania przyniosły, rzecz jasna, mnóstwo Chmielewskiej, ale też kilka innych utworów. A za podsunięte tropy dziękuję, przyjrzę się im dokładniej. Zupełnie nie pamiętam wyścigów w Nanie.

    • ~ Kasjeusz
      Rety, jak mogłam zapomnieć o wyścigach w „Annie Kareninie”! Zupełna zaćma. Dzięki, że przypomniałaś. W najnowszej wersji filmowej scena bardzo widowiskowa.

    • Katuj, tratuj! :) Jestem pewna, że będzie ciekawie. Już sobie wyobrażam te wycyzelowane opisy uprzęży i strojów dżokejów, tudzież kapeluszy pań na trybunach. :)

    • Akurat w zgniliźnie „Nany” się nie ponurzam, bo okazuje się, że jej nie mam, ale zachęcająco łypie na mnie kilka innych Zol. :)

    • Wszyscy tu mówią o zgniliźnie, a ja pamiętam, że się wzruszyłam, kiedy Nana słuchała wiwatów publiczności i chwilami wydawało jej się, że to o niej wołają. ;)

      Najnowszej „Anny Kareniny” jeszcze nie widziałam, ale skoro sceny widowiskowe, postaram się to wkrótce sprawdzić.

      Nie chcę tego pisać w nowym komentarzu, żeby ci tu nie robić bałaganu, więc tutaj wspomnę: ja kibicowałam Izabeli! To moja ulubiona bohaterka (chociaż lubiłam również Wąsowską) i chciałam, by jej historia skończyła się happy endem (a związek z Wokulskim nie byłby nim).

    • Nigdy nie umiałem być surowy wobec Nany:) Natomiast panna Izabela, w przeciwieństwie do Wąsowskiej czy Stawskiej, jakoś nie budziła we mnie dobrych życzeń. Raczej życzyłem jej jakiegoś arystokratycznego bubka, który by ją unieszczęśliwił.
      Powtórzę się chyba, że niewiele mamy takich postaci, które budziłyby nieustanne dyskusje. Pamiętam z liceum, jak moje koleżanki kłóciły się o Łęcką, a potem o Jagnę Borynową, wtedy to już prawie się pobiły:) Żadne inne bohaterki takiego ognia nie wyzwalały:)

  4. Abstrahując od wątku literackiego, ciekawi mnie czy także i współcześni dżokeje mają równie wyszukane maniery jak Yung? Usiłowałam zwizualizować sobie spluwanie na długość konia, jednak chyba mnie to przerosło…

  5. też kiedyś myślałam,że łęcka to zołza,bo nie chce wokulskiego,a właściwie to dlaczego powinna go chcieć?,bo on ją chciał?przecież jest nawet takie powiedzonko”…bo w tym cały jest ambaras,żeby dwoje chciało naraz…”przecież takie sytuacje zdarzają się nawet współcześnie,niby nic nie stoi na przeszkodzie a jednak z miłości”nici”wokulskiemu nic nie brakowało ale widocznie nie było mu pisane stanąć na ślubnym kobiercu z izabelą łęcką

  6. ja też tak całe życie myślałam tak jak pan,zostało jeszcze ze szkoły,że ona powinna go chcieć ale jakiś czas temu sobie uświadomiłam,że w życiu takie powinna chcieć,bo on chce nie zawsze działa i tym razem też nie zadziałało,więc mimo tego”kibicowania”wokulskiemu,zaczęłam też rozumieć izabele,a tak nawiasem mówiąc,czy uważa pan,że właśnie taki rozwój wydarzeń zaszkodził powieści?ja uważam,że tak jest lepiej,szczerze,bo”lalka”to wspaniała powieść,mimo upływu lat ani trochę nie straciła na wartości,nie trąci myszką i nie kończy się banalnie jak wiele romansideł”…żyli długo i…”

    • Oczywiście, że gdyby Izabela zaraz na początku książki wpadła Wokulskiemu w objęcia, to już nie byłoby to samo:) Chwała Prusowi, że w banalny romans nie poszedł, możemy sobie przynajmniej teraz gdybać i dyskutować. „Lalka” to jedna z moich ulubionych książek i lubię sobie wyobrażać, co by się działo, gdyby Wokulski zainteresował się panią Stawską albo Wąsowską.

  7. i tu się z panem zupełnie zgadzam,cenię”lalkę”z wielu powodów,to powieść bardzo”pojemna”dlatego,gdyby w kanonie lektur szkolnych miała zostać tylko jedna pozycja,to ja”rękami i nogami” głosowałabym na powieść prusa,a co do pana”co by się działo gdyby”nie wiem,bo skoro”zagustował”w kimś takim jak łęcka,to nie wiem czy potrafił by się poczuć szczęśliwym ze stawską albo wąsowską,z drugiej strony kto to wie?jak pan mówi możemy sobie”pogdybać”

  8. no na pewno,ale tak mi teraz „zaświtała”taka myśl w głowie,czy potrafi pan sobie wyobrazić łęcką szczęśliwą z wokulskim?

  9. no właśnie przy ówczesnych uwarunkowaniach,w końcu kimże był taki wokulski, nawet bogaty wokulski,tylko kupcem,dla łęckiej”prusa”to już była bariera nie do pokonania,prawda,pamięta pan jak opowiada komuś o jego rękach?mogę sobie wyobrazić jak po latach snuje refleksje jak marta korczyńska w”nad niemnem”gdy opowiada justynie dlaczego nie wyszła za anzelma,pamięta pan tę scenę?gdy mówi,że uniknęła ludzkiego śmiechu i drwiny

    • Pamiętam. Równie dobrze mogła za niego wyjść, a potem całe życie czuć wstręt – jak pani Emilia, skoro już jesteśmy przy Nad Niemnem:) Chociaż majątek Wokulskiego pozwalałby Izie spędzać całe miesiące „u wód”, gdzie zabawialiby ją „kuzynkowie”, dzięki czemu mogłaby zapomnieć o „sponsorze” tego przyjemnego życia.

  10. mogłaby albo i nie,jest taka powieść kraszewskiego”wielki nieznajomy”gdyby ją pan kiedyś przeczytał,to może zrozumiałby pan o czym teraz myślę,bardzo dobrze obrazuje to dlaczego nie wyobrażam sobie szczęśliwej łęckiej z pieniędzmi kupca wokulskiego,nawet w najbardziej eleganckich kurortach

  11. to prawda,ale tak myślę,że wybrażenie izabeli o wokulskim[jego wielkie czerwone ręce, między innymi]plus to,co powiedzieliby na to ludzie,na pewno nie złożyłoby się na jej pojęcie szczęścia,na to jak ona je widziała

  12. Brawo pan Yung! Pana Yunga obwołuję pierwszorzędnym bohaterem trzeciorzędnym.;)
    Ten moment, gdy się zastanawia, czy dosiąść Wokulskiego, gdy go mierzy od pęcin po sufit. Toż to radość czytelnicza ogromna. I jeszcze „plum”, splunięcie na długość konia. Yung na pewno wszystko mierzył tą miarą. (tylko „plum” mi nie pasuje, a nie mam innej onomatopei pod ręką).

    Co do Stacha, to zacytuję cytat: „Był tak pochłonięty wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli”. Z jakiej gliny ulepiony był ten facet?! I dlaczego tej gliny już nie ma? Trzebaż było naprawdę wielkiej ekscytacji, by „na chwilę”! nie myślał o Izie.
    Prus to pisze, że nie w kij dmuchał. Pierwsza klasa!

    • „Plask”?? Trzeba przyznać, że jak na bohatera trzeciorzędnego pan Yung jest nieźle opisany:)) Jako człowiek bywający na wyścigach zapewniam Cię, że gdy Twój faworyt biegnie do celownika, możesz zapomnieć o wszystkim, nie tylko o pannie Izie:)) Może gdyby Wokulski częściej bywał na wyścigach, to Iza by mu szybko wywietrzała z głowy:D

    • To jest temat na dysertację: jak się odkochać (szybko, skutecznie, bez roztrząsań). Mamy przypadek bez precedensu (Wokulski) i póki co eksperyment o skuteczności niezadowalającej („na chwilę”), ale jest w tym zaczyn głębszej myśli.
      Bo wielu (wiem z autopsji) próbuje sobie wybić coś/kogoś z głowy, zatruwając ją obowiązkami, od których ma się zamiar uciec jak najdalej. Tymczasem trzeba klin klinem, hazard za hazard, na narkotyk – narkotyk, wciągnięcie 10-12 w skali Beauforta. To wtedy można mówić, że „samo przeszło”. A kto sobie ręce urobił w przeganianiu natrętnych myśli, ten wie, co to za odkrycie. Pigułki na to powinny być. Lub wejściówki na zawody, of course.

    • To ja tylko podsunę jako klasyczny trop literacki „Klin” Chmielewskiej, gdzie Twoja teoria jest zrealizowana w praktyce, co prawda z nieoczekiwanymi skutkami ubocznymi, ale poza tym z pełnym sukcesem:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *