Dojrzewanie w warunkach infernalnych (Yehuda Nir, „Utracone dzieciństwo”)

 

Julek Grünfeld miał dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał we Lwowie; jego ojciec prowadził dobrze prosperującą firmę, matka spędzała czas w kawiarniach, a dziećmi (Julek miał starszą siostrę, Lalę) zajmowała się guwernantka. Wrzesień 1939 roku przerwał beztroskie życie Grünfeldów: najpierw tułali się w kierunku granicy z Rumunią, potem wrócili do miasta zajętego przez Armię Czerwoną. Jako „kapitaliści”, stracili mieszkanie i firmę, ale przynajmniej uniknęli deportacji. Pod koniec czerwca 1941 do Lwowa wkroczyli Niemcy i zaczął się nowy okres w wojennych dziejach rodziny. Ojciec został aresztowany, a rodzina musiała sobie jakoś radzić z codziennymi trudnościami i zaostrzającą się antyżydowską polityką: brutalnymi „akcjami”, podczas których Żydów wyłapywano i wywożono z miasta, i koniecznością przeprowadzki do getta. Zapadła decyzja o ucieczce, wciąż jednak odwlekana: „Nasze wahania powodowane były strachem przed nieznanym i niepewnością, czy podołamy przekonywająco grać rolę Polaków-katolików. […] Nie wiedzieliśmy zbytnio jak się z nimi identyfikować – co najwyżej mogliśmy ich naśladować”.
 

Julek Grünfeld.
I rzeczywiście, po ucieczce do Krakowa Grünfeldowie żyją w ciągłym strachu. Nie mają (poza matką) „aryjskiego” wyglądu, zdradzić ich może wszystko: źle dobrane słowo, gest, nieznajomość jakiegoś powszechnego zwyczaju. Zaczynają ściągać na siebie podejrzenia otoczenia, więc przenoszą się do Warszawy – tam jednak nie jest lepiej. Mimo usilnych starań, Julek wciąż odstawał od swych polskich rówieśników; nie miał, na przykład, zdjęcia od pierwszej komunii, które legitymizowałoby jego pochodzenie i wyznanie. Zdobycie odpowiedniej fotografii wymagało wielu zabiegów. Ponieważ matka i siostra Julka pracowały u niemieckich chlebodawców, co zapewniało im niejakie bezpieczeństwo, postanowiono również i jego ukryć w ten sposób, odsuwając od podejrzliwych Polaków.
I tak aż do samego powstania warszawskiego Grünfeld pracował jako goniec w gabinecie niemieckiej dentystki. „Wydawało nam się, że Niemcy nie będą zdolni odróżnić polskich Żydów od polskich katolików, podczas gdy Polacy łatwo wychwytywali niuanse zachowań, wynikające z odmienności naszego wychowania”. I faktycznie, Julek pewnego razu spytał na przykład polską współpracowniczkę, czy w związku z tym, że Wielkanoc przypadła bardzo późno, przesunie się też Boże Narodzenie! Zatarcie tej gafy wymagało wielu zabiegów. Po wybuchu powstania czternastoletni Grünfeld przyłączył się do jednego z oddziałów jako łącznik: walczył, oglądał śmierć kolegów, błąkał się w kanałach, wreszcie po kapitulacji trafił do obozu w Pruszkowie.
Mimo iż spisana po latach, opowieść Julka Grünfelda (Yehudą Nirem stał się dopiero po wojnie, by nie nosić niemieckiego nazwiska), jest szczegółowa i barwna. Autor przywołuje liczne epizody, przedstawia swoje ówczesne odczucia i emocje: nieustanny strach przed dekonspiracją, stałą czujność, która pozwalała w porę zauważyć wszelkie niebezpieczeństwa, wielkie napięcie nerwów. Julek nie tylko przeżył, ale i miał podczas wojny warunki stosunkowo lepsze niż wielu innych ukrywających się Żydów. Nie zmienia to jednak faktu, że stracił dzieciństwo, że dojrzewał, jak napisał Władysław Bartoszewicz, „w warunkach infernalnych”. Oglądamy świat jego oczami, poznajemy jego subiektywne opinie o ludziach i wydarzeniach, niekiedy gorzkie dla nas, Polaków, jak wtedy, gdy pisał o niechęci Armii Krajowej wobec Żydów: „Przypuszczam, że większość Polaków nie zwalczała nazizmu, a raczej walczyła z Niemcami – ich odwiecznym, historycznym wrogiem. To zaś pozwalało znacznej ich części zachować swój antysemityzm nawet wtedy, gdy [Żydzi] przelewali własną krew w walce ze wspólnym wrogiem”. Po części z tego powodu nawet w czasie powstania Julek ukrywał swe pochodzenie – chociaż napisał, że robił tak z obawy o swój los, gdyby wpadł w ręce Niemców. Obszernie opisał pogrzeb poległego czternastolatka, który okazał się Żydem, ku zaskoczeniu wszystkich. Jego dowódca powiedział wtedy nad grobem: „Nasuwa mi się smutna refleksja, że nawet teraz – wśród nas, uwolnionych już od Niemców – on nie ośmielił się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości”. Oficer ten zresztą był jednym z niewielu, o których Grünfeld wyrażał się z szacunkiem, gdyż ogólnie nie miał wysokiego mniemania o dowódcach; uważał ich za zadufanych i nieliczących się z ludzkim życiem. Można się oburzać i prostować fakty, ale – jak zauważył ks. Adam Boniecki – „sprostowania […] są bez sensu, bo widziane od strony świata żydowskiego fakty takimi były, widziani z tamtej strony tacy byliśmy”.
 

Yehuda Nir, psychiatra i psychoterapeuta.
Profesor Michał Głowiński w swoim słowie wstępnym (nieduża książka zaopatrzona jest w aż pięć takich krótkich wstępów: Władysława Bartoszewskiego, ks. Adama Bonieckiego, Michała Głowińskiego, autora i tłumacza) napisał: „Wszystko jest tu dokumentem wielkiej klasy, całość zaś stanowi przejmującą relację, pisaną nader wprawnym piórem”. Niestety, w polskim wydaniu to wprawne pióro zostało może nie całkiem złamane, ale na pewno bardzo mocno stępione. Tłumacz przełożył tekst koślawym stylem: zachował angielską składnię, zbyt kurczowo trzymał się oryginału, tworząc niezrozumiałe zdania-potworki, upstrzone kalkami językowymi. Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów: „Osłabiona pozycja ojca wobec świata zewnętrznego zdegradowała w jakimś sensie jego rolę w naszej rodzinie” (s. 18), „Konflikt między mym doświadczeniem wyniesionym z domu a doznawanym w otaczającym zewnętrznym świecie, przybierał intensywnie na sile” (s. 19), „Soczewkę ogniskującą ich zainteresowanie na istotnych wydarzeniach stanowiło radio, zwłaszcza dla ojca” (s. 23). Są strony, na których jest po kilka tego rodzaju zdań. A wystarczyła dokładniejsza redakcja, by tych wpadek uniknąć. Również korekta była mistyfikacją, ponieważ w wielu miejscach szwankuje zarówno ortografia, jak i interpunkcja. Ogromna to szkoda, ponieważ wspomnienia Nira doskonale nadawałyby się dla młodzieży. Trudno jednak polecać uczniom tekst, który choć wartościowy historycznie i pozwalający się wczuć w sytuację ukrywającego się rówieśnika, równocześnie stanowi zaprzeczenie zasad poprawności językowej. Starszy czytelnik, zgrzytając zębami i odruchowo korygując błędy, zdoła się jakoś skupić na dramatycznych losach Julka i jego rodziny. W każdym razie warto ten wysiłek podjąć.
Yehuda Nir, Utracone dzieciństwo, tłum. Jacek Mazur, Nowy Świat 2011.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.
(Visited 148 times, 2 visits today)

22 komentarzy do “Dojrzewanie w warunkach infernalnych (Yehuda Nir, „Utracone dzieciństwo”)

  • 21 kwietnia 2014 o 20:31
    Permalink

    Podczas czytania takich wspomnienia z niezwykle absorbująca historią, najbardziej przerażają mnie chwile, gdy dociera do mnie, że to nie fikcja.

    Odpowiedz
  • 22 kwietnia 2014 o 06:50
    Permalink

    Aż pięć wstępów?… Który z nich jest najciekawszy? Ciekawa też jestem, czy w którymś ze wstępów przedstawione zostały powojenne losy Nira. Co się z nim stało, kiedy opuścił obóz w Pruszkowie? Czy został w Polsce? Jeżeli wyjechał, to gdzie?

    Odpowiedz
    • 22 kwietnia 2014 o 06:52
      Permalink

      To raczej słowa wstępne, najdłuższy, od tłumacza, ma dwie strony sporego druku. Po powstaniu autor trafił do Niemiec, potem wyemigrował do Stanów, teraz jest psychiatrą w Nowym Jorku bodajże.

      Odpowiedz
  • 22 kwietnia 2014 o 12:10
    Permalink

    Wydawało nam się, że Niemcy nie będą zdolni odróżnić polskich Żydów od polskich katolików, podczas gdy Polacy łatwo wychwytywali niuanse zachowań, wynikające z odmienności naszego wychowania – klasyka. O niechęci AK do Żydów wspominał też Edelman, swego czasu było to dla mnie dość szokujące.
    Zdjęcie na okładce lepsze od zagranicznego (ale czy adekwatne do treści?)

    Pozostaje mi tylko dorzucić klasyczne: wpisuję na listę.;)

    Odpowiedz
    • 22 kwietnia 2014 o 12:19
      Permalink

      Faktycznie, klasyka. Tylko nie wszyscy mieli szansę ukrywać się wśród Niemców. O niechęci AK do Żydów pisze się ostatnio coraz więcej i to już nie tylko we wspomnieniach, ale i w pracach naukowych nt. stosunku Polaków i podziemia do Holocaustu.
      Zdjęcie przedstawia matkę i ciotkę bohatera, o ile pamiętam. Osobiście chyba bym wolał to zdjęcie chłopczyka. Na listę wpisz, mogę Ci nawet pożyczyć, ale nastaw się na hardkorowe przeżycia stylistyczne.

      Odpowiedz
    • 22 kwietnia 2014 o 12:46
      Permalink

      Pożyczać nie będę (przynajmniej w najbliższym czasie), muszę najpierw uporać się z innymi pożyczkami, ale dziękuję bardzo za ofertę.;). A na styl faktycznie trzeba będzie mocno przymknąć oko.;(

      Odpowiedz
  • 22 kwietnia 2014 o 16:04
    Permalink

    Nareszcie książka , którą mam na półce tyle że inne wydanie, może nie będzie tylu „ciekawostek” . No i nie muszę szukać ani kupować , jaka ulga. I jaki wstyd że jeszcze czeka na przeczytanie.
    Co do Żydów i podejścia do nich Polaków, to chyba niestety Hitlerowska propaganda poszła tak daleko że i Polacy gdzieś tam uwierzyli że gdyby nie Żydzi nie byłoby problemu. Co oczywiście jak wiemy nie jest prawdą. Niemniej antysemityzm w Polsce istniał i przed wojną a jednak mamy piękne dowody że ludzie kiedy należało potrafili stanąć na wysokości zdania nie zważając na poglądy ot choćby Zofia Kossak – Szczucka czy św. Maksymilian Kolbe.

    Odpowiedz
    • 22 kwietnia 2014 o 17:17
      Permalink

      Nie rób sobie nadziei, że Twoje wydanie będzie lepsze. Moje ma numer trzy, ale nie wierzę, by poprawiono w nim chociaż jeden przecinek.
      Hitlerowska propaganda to jedynie podtrzymywała i rozdmuchiwała to, co już u nas istniało. Kossak-Szczucka, owszem, zaangażowała się w pomoc Żydom, ale nie sądzę, żeby przy okazji zmieniła swoje dawne poglądy na ich rolę w polskiej gospodarce.

      Odpowiedz
  • 5 maja 2014 o 19:09
    Permalink

    Nie robię sobie żadnych nadziei od momentu kiedy zdjęłam to z półki , mam pierwsze wydanie tłumacz ten sam nawet ilość wstępów i ich autorstwo się zgadza. Co do Kossak – Szczuckiej jednak dla mnie pozytywnym jest to że mimo iż nie zmieniła zdania to pomagała z tego co wiem z chrześcijańskiego obowiązku jak mówiła chyba o tym czytałam u Bartoszewskiego.

    Odpowiedz
  • 5 maja 2014 o 19:36
    Permalink

    Mam znalazłam to z odezwy Zofii Kossak – Szczuckiej pt: „Protest”
    zacytuję tylko mały fragment „… Kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia , ten przyzwala. Zabieramy przeto głos my , katolicy – Polacy. Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. co więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście …. Protestu tego domaga się Bóg , Bóg który nie pozwolił zabijać. Domaga się sumienie chrześcijańskie.” Władysław Bartoszewski „Środowisko naturalne korzenie” ( spisał Michał Komar)

    Odpowiedz
    • 5 maja 2014 o 19:46
      Permalink

      Zawsze mam mieszane uczucia, gdy czytam ten tekst. Z jednej strony dobrze, że się ujęła za Żydami, z drugiej zaś – te sformułowania, jakby z wysokości swego chrześcijańskiego miłosierdzia podawała rękę czemuś obrzydliwemu. Uch. Nieznośny jest ten protekcjonalny ton.

      Odpowiedz
    • 5 maja 2014 o 19:52
      Permalink

      A to fakt , ale tam w tej książce Bartoszewski tłumaczy dość dokładnie to jaka była i skąd się to brało. Mnie się podoba że jednak najważniejsze dla niej było zachowanie człowieczeństwa nawet jeśli musiała sprzeciwić się kościołowi, była jak podaje profesor „na wskroś katolicka” co tym bardziej działa na jej korzyść.

      Odpowiedz
    • 5 maja 2014 o 19:57
      Permalink

      Mnie się zawsze wydawało, że nadrzędnym przykazaniem jest to o miłości bliźniego i że człowiek na wskroś katolicki nie musi się zmuszać do okazywania współczucia bliźnim, choćby i innego wyznania (albo czekać z tym do momentu, gdy tych bliźnich masowo mordują). No i przede wszystkim nie gardzi nimi z powodów politycznych czy ekonomicznych. Ten nasz „swojski” antysemityzm przedwojenny jest dla mnie zjawiskiem niezrozumiałym.

      Odpowiedz
    • 5 maja 2014 o 20:05
      Permalink

      Dla mnie też. Gdyby chodziło o pozbawiona inteligencji kobietę napisałabym że powtarzała co usłyszała w kościele , pada zresztą o niej podobne zdanie że jak kazano modlić się za wrednego Żyda czy jakoś tak to modliła się za wrednego Żyda. Jednak tu na przeszkodzie staje mi jej inteligencja , oczytanie itd. Z tym że więcej było takich przypadków choćby jeszcze głośniejszy o.Maksymilian Kolbe.

      Odpowiedz
    • 5 maja 2014 o 20:14
      Permalink

      No właśnie. Mnóstwo inteligentnych i oczytanych ludzi wyznawało podobne poglądy. Może i mieli oni zresztą jakieś racjonalne w ówczesnej sytuacji społeczno-gospodarczej argumenty przeciwko Żydom, tyle że niestety do szerokich grup społeczeństwa schodziły one w formie zwulgaryzowanej i zyskiwały szeroką popularność, a to się potem kończyło denuncjowaniem Żydów Niemcom.

      Odpowiedz
    • 9 maja 2014 o 17:09
      Permalink

      Zaczęłam czytać, miałeś rację zapewne nie poprawiono ani przecinka, natknęłam się zresztą na podane przez Ciebie przykłady.

      Odpowiedz
    • 9 maja 2014 o 20:27
      Permalink

      Podejrzewam że jadą tylko „zmieniając okładki” co oczywiście nie musi być prawdą. Kwestia poprawiania faktycznie dotyczyć miała Twojego wydania.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: