„Mogli tak gadać godzinami…” (Piotr Mitzner, „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie”)

 

 
Jednego książce Piotra Mitznera odmówić nie można – czyta się ją znakomicie. Do tego stopnia, że umieszczona na przemyślnej konstrukcji z garnków (patent a la Mama Żakowa z „Szóstej klepki”) umilała mi jakieś monotonne czynności kuchenne. Język jest potoczysty, a liczne cytaty – z utworów Iwaszkiewicza, dzienników i korespondencji małżonków, wspomnień i relacji ich krewnych, przyjaciół i znajomych – smakowite. Może trochę za dużo tu poezji w prozie, ale autor uznał, że i w wierszach Jarosława mogą kryć się wskazówki pozwalające odkryć na czym polegał fenomen małżeństwa Iwaszkiewiczów, którzy wytrwali ze sobą niemal sześćdziesiąt lat.

Mitzner odtworzył początki znajomości Hanny Lilpopówny i Jarosława Iwaszkiewicza, przebieg ich narzeczeństwa, okoliczności ślubu i kolejne etapy życia. Skupił się na samych małżonkach, wypreparował ich z tła rodzinnego, ze środowisk, z których się wywodzili. Pisze o tym nieco mimochodem, tylko wtedy, gdy rzeczywiście musi – jak w sytuacji, gdy załamanie interesów teścia groziło załamaniem podstaw materialnych życia Iwaszkiewiczów. Dzieci najwyraźniej dla małżeństwa rodziców nie miały – zdaniem autora – wielkiego znaczenia, skoro wspominane są rzadko, pozostają na dalekim planie. Dziwny to zabieg i w żaden sposób autor go nie uzasadnił.
Przez kilka dni pozostawałem pod urokiem tej książki: licznych tropów wskazanych przez Mitznera, bogactwa materiału przedstawionego czytelnikowi. Kiedy minęło pierwsze oczarowanie, okazało się, że tak naprawdę wśród tych splątanych nici dalej nie potrafię wskazać tej, która najmocniej łączyła Annę i Jarosława. Czy była to miłość, przyjaźń, czy może przywiązanie? Głębokie uzależnienie od siebie czy tylko przyzwyczajenie? Może nie powinienem się temu dziwić, skoro sami małżonkowie chyba nie bardzo umieli określić naturę łączących ich więzów – próbowali, ale im nie szło, nie lubili zresztą mówić o swych uczuciach, bojąc się popadnięcia w patos, którego nie znosili. Może człowiek z zewnątrz, na dodatek po tylu latach, po prostu już nie może wniknąć w tak ścisłą więź dwojga ludzi?
W pamięć zapadły mi jednak słowa wieloletniej gospodyni w Stawisku, która wspominała: „I oni mogli tak gadać godzinami i mieli o czym”. O poezji, sztuce, muzyce, gwiazdach, pogodzie, znajomych. Na starość wspominali dawne czasy. Niekiedy wybuchali, wyrzucali sobie jakieś zadawnione urazy. Być może więc tylko tyle – czy raczej aż tyle – trzeba, żeby przejść razem przez życie?
Najpierw poczułem się zawiedziony, że Piotr Mitzner nie zdefiniował wyraźnie, na czym polegał fenomen związku Iwaszkiewiczów, ale teraz, po dłuższym czasie, myślę, że może jeszcze bardziej zawiedziony byłbym, gdyby jednak się o to pokusił.
PS. Warto przeczytać, co o eseju Mitznera napisała Ania (Czytanki.Anki)
Piotr Mitzner, Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Wydawnictwo Literackie 2008 (wyd. 2 poprawione i poszerzone).
(Visited 164 times, 1 visits today)

35 thoughts on “„Mogli tak gadać godzinami…” (Piotr Mitzner, „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie”)

  1. Ja moją znajomość z Iwaszkiewiczami zaczęłam w wieku bydlęcym od „Naszych zwierząt”. Kiedy więc po wielu latach zaczęłam odkrywać, że na Stawiskach to nie było tylko tak sielsko i anielsko, postanowiłam to wyprzeć. Dlatego pewnie nie sięgnę po Mitznera – „wypreparowanie z tła rodzinnego”, w tym pewnie i ze zwierząt, nie dla mnie!
    A fenomenu jakiegokolwiek tak długotrwałego związku i tak nie zdefiniuje nikt inny poza zainteresowanymi…

    • A bo my tak od razu byśmy chcieli wszystko wiedzieć! Figa, panie, figa!
      (zamiast „definiowaniem” przeczytałam „delfinowaniem” i zaczęłam szybko szukać w pamięci, czy na Stawisku było tak duże akwarium. Czyżbym coś przeoczyła?)

    • Staw rybny chyba był, ale pewnie z karpiami, nie z delfinami. A ja najpierw chciałem mieć na tacy „zdelfinowane”, ale potem uznałem, że może faktycznie lepiej nie. Tyle że nawet na własny użytek trudno sobie coś poskładać, bo autor zarzuca masę tropów: już się cieszysz, że wreszcie wszystko wiesz i wtedy bach! dokłada czymś zupełnie innym z przeciwnej strony i znowu nic nie wiesz. Trochę to było męczące – ale wyszło dopiero po otrząśnięciu się z tych wszystkich tropów i hipotez.

    • Co do Wojdowskiego, żeby nie zajmować miejsca Ance :-) i jego „Chleba …” warto go przełożyć z dołu kupki na górę ale nie jest to książka ani łatwa ani przyjemna. Wracałem do niej kilka razy bo i ona jest do wielokrotnego czytania. Co do samego Wojdowskiego to jego biografia A. Molisak, „Judaizm jako los. Rzecz o Bogdanie Wojdowskim” (2004) mnie mocno rozczarowała. Wątek biograficzny owszem jest ale powiedziałbym, łagodnie rzecz ujmując. Czytałem ją oczywiście poprzez pryzmat „Chleba …” coś niecoś światła na jego dzieciństwo rzuciła, niemniej jednak pozostawia duży niedosyt. Ale wiadomo – na bezrybiu i rak ryba.

    • Aaa … to jak tak, to przepraszam, ze dwa wieczory trzeba na książkę zaklepać bo lektura nie idzie gładko … . Biografią będziesz rozczarowany, chyba że masz bardziej litościwe serce dla autorki niż ja :-), daleko jej do poziomu, do którego można przywyknąć czytając te, które są wydawane w „Fortuna i fatum”.

  2. Czytając korespondencję Iwaszkiewicza z córkami miałam wrażenie, że JI b. szanował swoją żonę i starał się nią w miarę możliwości opiekować. On w ogóle mocno przejmował się rodziną, a przecież żona miała nawroty choroby, która z wiekiem się nasilała, córki z kolei pechowo wybierały sobie partnerów.;)

    • W ogóle cały ten epizod z chorobą żony w latach 30., przekucie tego w Matkę Joannę, to bardzo przejmujący fragment biografii. Fakt, że cała rodzina dawała mu w kość, jest w dziennikach taki zapis, że wszyscy oczekują od niego pieniędzy, pożyczek itp. i nikt się nie zastanawia, ile od wymaga zarobienie tych pieniędzy.

    • Tak, były takie zapisy. Z drugiej strony – chyba każdy zamożny człowiek jest narażony na takie prośby.

      A tu fragment dziennika (z 20 września 1955 r.) o chorobie żony, który pasuje także do Matki Joanny:

      To wielomiesięczne wyciąganie jej za rękę z potwornej przepaści, gdzie samo przebywanie z nią w jednym pokoju było już męką, to wyprowadzanie Eurydyki z piekieł i jej bezustanne oglądanie się, lubowanie się jej w przepaści szaleństwa – to wydaje mi się koszmarnym snem, czymś niewyobrażalnym, że było naprawdę.

    • Z dzienników można odnieść wrażenie, że familia i znajomi Iwaszkiewicza jednak trochę przesadzali ze swoimi wymaganiami. Zapis o chorobie żony robi wrażenie – może to było dla nich obojga wydarzenie kluczowe? Dla Iwaszkiewicza prawie na pewno.

    • Za drugie załamanie żony czuł się wyjątkowo odpowiedzialny, powody chyba były wyjaśnione u Mitznera.

      Mnie Iwaszkiewicz bardzo zaskoczył swoją rodzinnością i autentycznym oddaniem. Przeważnie artyści są egocentrykami, rodzina (zwłaszcza żony) często pełni wobec nich rolę służebną, a tu niespodzianka. W moich oczach urósł.;)

    • Ale wcześniej dewocja Anny nie była aż tak nasilona, to po wojnie dopiero się zaczęło. Natomiast tolerancja żony wobec skłonności Iwaszkiewicza nie została chyba dotąd jakoś przekonująco wyjaśniona – i pewnie już nie będzie. Pojawia się taka teza, że łączyło ich głównie upodobanie właśnie do kultury – może po wspólnym wyjściu do teatru mieli o czym porozmawiać? Pokolenia biografów będą miały o czym pisać:)

    • Trzeba pamiętać, że wtedy więzy, że się wyrażę seksualne, liczyły się mniej niż więzy ‚administracyjne’, bezpieczeństwo pozostawania w związku, a żona pewnie przymykała oko na jego skłonności, bo ważniejsze było porozumienie dusz, współne zainteresowania, może jej nawet ulżyło pod pewnym względem? Ciekawe.

  3. Przytargałam z Polski dwa tomy Pamiętników Iwaszkiewicza, trzeci muszę dokupić, do tego Pra, a teraz i tę dopisuję do listy, bo dopełni pięknie obrazu.
    Bardzo jestem go ciekawa, nie czytałam dotąd wielu biografii i dzienników, teraz mnie naszło, pewnie z wiekiem, haha

  4. Podczas czytania tego tekstu przyszedł mi na myśl Iwaszkiewicz w górniczym mundurze. Bo czytam „Dziennik” Pilcha, który opisuje, jak na katowickim zjeździe literatów w 1978 r. ofiarowano Iwaszkiewiczowi galowy mundur górniczy. A potem go w nim pochowano. „Popłoch to wzbudziło niezły, za dziwactwo albo za żart makabryczny brano tę przedśmiertną fanaberię, za starcze szaleństwo, w najlepszym razie za zupełną jakąś nieobliczalność i nieoznaczoność. Umysłowe zamroczenie? Tajemnica? Zagadka? A cóż dziwnego jest w tym, że człowiek schodzący do podziemnych krain przywdziewa strój tych, którzy dzień w dzień podziemne chodniki i labirynty przemierzają? Nie jest to nawet poetyczność specjalna czy inna grobowa mistyczność, a zwyczajny realizm – Iwaszkiewicz po tołstojowsku mocny bywał w tej konwencji”.

    A potem jest przypis.
    „Po latach pani Maria Iwaszkiewicz w prywatnej rozmowie przedstawi mi dalekie od wzniosłości rozwiązanie tajemnicy. Otóż podobno wysłany po ciemny trumienny garnitur kierowca przywiózł mundur, ponieważ niczego innego odpowiednio ciemnego i odpowiednio trumiennego w szafie nie znalazł”.

    Ot, ciekawostka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *