Księgozbiory polskie, cz. 10: Biblioteka pisarza

Mało komu z nas dana jest biblioteka pod postacią osobnego pokoju wypełnionego regałami sięgającymi sufitu, z wygodnym fotelem, podręcznym stolikiem na kubek z herbatą (chociaż w takiej bibliotece bardziej na miejscu byłaby filiżanka Royal Doulton z ręcznie malowanymi wrąbkami) i dającą ciepłe światło lampą. Zawsze z zazdrością czytam takie opisy, marząc, że może kiedyś… Z drugiej jednak strony, jakże kruche są takie książkowe enklawy, zmiatane bez śladu przez rozmaite kataklizmy. Taki był też zresztą los domu i biblioteki Melchiora Wańkowicza, którym tyle ciepłych słów poświęcił w „Zielu na kraterze”.

Mama wchodzi do biblioteki, w której King czyta. Właściwie biblioteka nie jest miejscem porządnej pracy, tylko bałaganienia się intelektualnego.
[…] Biblioteka, oświetlona tylko przyćmioną lampą wbudowaną w kominek, jest przesiąknięta zapachem kawy, tytoniu i żywicy, którą perlą się trzaskające polana. W pokoju dobrym do pracy powietrze też musi być umeblowane, nie może być bez wyrazu.
[…] Biblioteka, ściśle wyłożona puszystym, ciemnozłocistym dywanem, opłynięta takimiż ciężkimi kotarami, z wielkim kominkiem projektu Tołłoczki, idącym aż do sufitu, zrobionym z surowej wyprawy wapna, z jedynym ornamentem wstawionych na kant dachówek, barwionych bydlęcą krwią, wmurowanym piaskowcem z surową herbową strzałą, cegiełkami malowanymi przez Lorentowiczównę na tematy wszelkiej scjenci i makatą złocistą w nielicznych miejscach pozostawionych na ścianie przez półki i boazerie dębowe – jest miejscem wypoczynku. Jakże przyjemnie jest brać w palce katalogi klamrowe tematyczne, katalogi nazwiskowe i dysponować sobie najróżniejsze menu, dodając tego, podsypując owego, sprawdzając jedno drugim. […]

„Domeczek” Wańkowiczów na warszawskim Żoliborzu, 1940 rok.

Jak w katalogach po różniczkujących działach, tak i w bibliotekach amatorskich po innych półkach mieszkają książki niby po różnych apartamentach, poczynając od wspaniałych salonów wydań zbiorowych w skórę oprawnych, w tłoczenia złocone i wielobarwne – skończywszy na poddaszach, na półkach najwyższych – gdzie ciśnie się nieoprawny postrzępiony plebs z przygiętymi rogami, z całymi partiami nie porozcinanymi.
Chodząc po wyżwirowanych ścieżkach tych doborowych parków bibliotecznych, musisz się zachwycać wszystkim i trudno przyznać sobie samemu, że wiele wierszy Norwida wydałoby się grafomanią, gdyby tam bytowały pod sufitem, że grafomanią wydałby się Grób rodziny Reichstalów Krasińskiego czy Wiry Sienkiewicza. A z drugiej strony – te wymuskane tony poezji, które nie zawsze chwytam, te fundamentalne dzieła, które często z trudem przyswajam.
Dopiero łażąc po górnych półkach człowiek się czuje jak na peryferiach tego wymuskanego ogrodu. Skończyły się strzępiaste frymuśne tulipany dla znawców, u których dohodowano się nieoczekiwanych plam, jakieś niesłychane okazy róż, ogrodzone jak pomniki na skwerkach, storczyki kryte szklanymi kołpakami – wszystkim tym nie udelektujesz się jak należy bez katalogu, bez rodowodu. Omijasz tu i tam sławne tomisko, wydęte, napuszone wielkością, podagrycznie nieomylne i nieznośne – tym właśnie może najbardziej nieznośne, że muszę brać na wiarę, co mi opowiadają. Ta jaśnie wielmożna magnateria to są ci goście w moim domu, którzy mnie terroryzują, którzy mi zaszczyt przynoszą, przebywając pod moim dachem. Rozmawiają ze mną z wyszukaną grzecznością wielkich panów; pozwalają zwracać się do siebie, radzić się, zapytywać, ale moja osoba gruntownie ich nudzi i palca żadne z nich nie zagnie, żeby mi coś wytłumaczyć. Prześmiewają się między sobą krzywo safianowymi szyldami: „niech idzie, głupi, do eselbrucków”.
Odbijam się na tych książkach ze średnich rzędów. Wiele z nich nosi nawet moje barwy – standaryzowaną oprawę. Tym mówię bez ceremonii: „Niech skoczy do sąsiada i niech przyniesie”, „Niech sprawdzi”, „Niech przeliczy… pomnoży… doda… porówna”, „Niech no tam zajrzy i przyniesie wiadomość”. Średnie półki pełnią służbę właściwą. To jakby ogród warzywny, z którego wybiera się, co trzeba, pichcąc obiad.

Ruiny domu Wańkowiczów, 1945 rok.

Z tych to półek-warzywnika uciekasz do wyższych, niby w grządki coraz bardziej zapuszczone, aż najdalej pod płot parku, gdzie depczesz, jak chcesz, po zielonej pospolitej hołocie. To tałałajstwo jest jak formacje nieregularne, na które nie starczyło introligatorskiego uniformu, i tak jak formacjom rozdaje się tylko czapki — im rozdano tylko exlibris dwubarwny Chrostowskiego, a poniektóra książka, o której wiadomo z góry, że miejsca nie zagrzeje, nieraz nie ma i tego. Tu, pod tym płotem biblioteki, nie ceremoniujesz się z zielskiem, kreślisz na marginesach, zginasz, wynosisz do ogrodu, zapominasz na noc pod krzakiem, pękami rozdajesz znajomym, czytasz na wyrywki, ot, za indeksem umieszczonym na końcu, tropiąc niewyszukany swojski smaczek.
I naraz jakaś taka zieleninka, podniesiona do oczu, tak ci szepnie drobniutkim niedostrzegalnym kwiateczkiem, że jego filigranowość, w której zamknięte są tajemnice żywe i przedwieczne, spłynie w ciebie ciepłą falą. A taka już najbiedniejsza czasem książka, co już nic nie ma, jak ta roślinka zbyta choćby kwiateczka – otworzona na chybił trafił, jawi się nagle jak ta roślinka zerwana i wyniesiona na tło obłoków; kiedy niespodziewanie zwierzy ci taką przemyślność wiązania, taką grandezzę w profilowaniu listeczków, taką wolę chciwą życia i taki wykwint i umiar, taką rośność i polność, takie związanie z ziemią i z wiatrem, i z cieniami chodzącymi po niej – że aż zda ci się czymś nierealnym, jakąś krużą sączącą pasma modlitwy do nieba.
Jeśli wchodzę do prywatnej biblioteki, a nie widzę na górnych półkach tej papierowej hołoty śpiewającej Bogu niewymyślnymi słowami – czuję się nie w lesie, tylko w zoologu, gdzie w miedzianych prętach siedzą na łańcuszkach cudne, drogie, kolorowe, katalogowane ptaki.

Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze, PAX 1983, s. 106–108.

Zdjęcia z: King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, t. 2, Twój Styl  2004.

(Visited 587 times, 33 visits today)

41 komentarzy do “Księgozbiory polskie, cz. 10: Biblioteka pisarza

  • 3 lutego 2017 o 18:57
    Permalink

    „(…) trudno przyznać sobie samemu, że wiele wierszy Norwida wydałoby się grafomanią, gdyby tam bytowały pod sufitem, że grafomanią wydałby się Grób rodziny Reichstalów Krasińskiego czy Wiry Sienkiewicza”. Mnie „Wiry” Sienkiewicza wydałyby się grafomanią nawet wtedy, gdyby stały na półkach średnich bądź najniższych. Czytałam je kilka lat temu i bardzo źle wspominam…

    Odpowiedz
    • visage
      3 lutego 2017 o 20:00
      Permalink

      Ja po „Rodzinie Połanieckich” długo się zastanowię nad jakąkolwiek współczesną powieścią Sienkiewicza. Zdecydowanie nie umiał w te klocki :)

      Odpowiedz
      • 11 lutego 2017 o 08:27
        Permalink

        Dla „spodobało się” to może za wiele powiedziane, ale zaciekawiło Bez dogmatu Sienkiewicza.

        Odpowiedz
  • 4 lutego 2017 o 15:25
    Permalink

    Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
    Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
    Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
    Nie było przykro podnieść się i odejść;
    Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
    Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
    Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
    gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
    na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
    lub świat

    Tak mi się przypomniał ten wiersz Barańczaka przy początku Twojej notki. A opis biblioteki cudny, aż mi dziwnie ze zupelnie nie pamietam go z lektury Ziela.Znak, że czas książkę odkurzyć 😊

    Odpowiedz
    • visage
      4 lutego 2017 o 18:50
      Permalink

      Tak, to jest idealny wiersz nie tylko do tej notki, do kilku innych z tego cyklu też. Co do Ziela, to mam odwrotnie, właśnie pamiętałem tylko, że jest tam opis biblioteki :) Znak, że czas książkę odkurzyć :)

      Odpowiedz
      • 11 lutego 2017 o 08:32
        Permalink

        Piękny wiersz. Aż dziwne, ale odkryłam go po raz pierwszy w Poznaniu na ścianie domu (nawiasem mówiąc fajna inicjatywa – na fasadach kamienic poezja), może mało kto poczyta, a może ktoś tak jak ja dokona odkrycia. Mnie natomiast przypomniał się inny wiersz
        Są talerze, ale nie ma apetytu.
        Są obrączki, ale nie ma wzajemności
        od co najmniej trzystu lat.
        Jest wachlarz – gdzie rumieńce?
        Są miecze – gdzie gniew?
        I lutnia ani brzęknie o szarej godzinie.

        Z braku wieczności zgromadzono
        dziesięć tysięcy starych rzeczy.
        Omszały woźny drzemie słodko
        zwiesiwszy wąsy nad gablotką.

        Metale, glina, piórko ptasie
        cichutko tryumfują w czasie.
        Chichocze tylko szpilka po śmieszce z Egiptu.

        Korona przeczekała głowę.
        Przegrała dłoń do rękawicy.
        Zwyciężył prawy but nad nogą.

        Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
        Mój wyścig z suknią nadał trwa.
        A jaki ona upór ma!
        A jakby ona chciała przeżyć!
        W. Szymborska

        Odpowiedz
  • 4 lutego 2017 o 19:40
    Permalink

    Czego jak czego, ale zapachu tytoniu nie zniosłabym w bibliotece.;(

    Odpowiedz
    • visage
      4 lutego 2017 o 21:28
      Permalink

      Inne czasy, inne standardy. Niestety czasem książki z takich bibliotek trafiają się w antykwariatach, buech :(

      Odpowiedz
      • 5 lutego 2017 o 06:42
        Permalink

        A już myślałem, że w ramach przygotowań do zaprowadzenia biblioteki na wzór wańkowiczowski zaczniesz pykać fajeczkę. Co do moich zbiorów, to niestety od góry do dołu sama hołota, z której żadnego, intelektualnego obiadu nie uwarzysz :P

        Odpowiedz
        • visage
          5 lutego 2017 o 08:57
          Permalink

          Prędzej na wzór wańkowiczowski zacznę popijać koniak. Chociaż nie dam głowy, czy on nie wolał czystej monopolowej :)
          I nie przesadzają z tą hołotą, coś o jakimś Szekspirze w eleganckim wydaniu słyszałem?

          Odpowiedz
          • 6 lutego 2017 o 09:41
            Permalink

            Ja ostatnio, tymi coraz rzadszymi razami kiedy mogę, truję się wodą na myszach. Tudzież resztką rakiji (ze Spritem albo 7UP), sprezentowanej przez kumpla po chorwackich wczasach :) Czysta monopolowa w większości przypadków zeszła bowiem na psy :(
            A co do Szekspira, to nie przesadzajmy. W końcu to hołota, tylko wiekowa. Teraz się masy bawią przy disco polo, kiedyś – przy Szekspirze :P

            Odpowiedz
            • visage
              6 lutego 2017 o 09:45
              Permalink

              Rakija ze spritem to jakaś herezja chyba? To jak słodzenie cukrem wytrawnego wina :D
              Dawno nie miałem kontaktu z czystą monopolową, więc upadku jakościowego nie zauważyłem.
              Czy uważasz, że za 400 lat disco polo będzie takim ichnim Szekspirem?

              Odpowiedz
              • 6 lutego 2017 o 11:31
                Permalink

                Nie jestem ortodoksem i jak mi smakuje, to mieszam bez wstrętu :) Sama rakija pali kubki, a rozrzedzona słodzikiem delikatnie uwalnia śliwkowe aroma :D
                Co prawda nie życzę tak źle ludziom przyszłości, ale wcale bym się nie zdziwił, widząc w jakim kierunku zmierza kultura popularna.

                Odpowiedz
                • visage
                  6 lutego 2017 o 12:03
                  Permalink

                  Mnie rakija nie wchodzi, ale z kolei nie rozcieńczam ouzo, bo mi woda zabija smak anyżu :P
                  W roku 2240 Filharmonia Narodowa zaprasza na koncert klasyki polskiego disco polo w aranżacji na orkiestrę i fortepian :D

                  Odpowiedz
                  • 6 lutego 2017 o 15:14
                    Permalink

                    Ja z kolei nie znoszę anyżu (czyżby jakiś nadmiar anyżkowych cukierków w dzieciństwie), więc od greckiej berbeluchy trzymam się z dala :P Co do rudej, to postponuję tradycję spożywania zarówno w wersji z lodem jak i z, jak mawiają Anglosasi, sodą i walczę z nią tradycyjnie, kieliszkami :)
                    Raczej koncert retro, dwa keyboardy Yamahy i dyskietki 3,5 cala :P

                    Odpowiedz
                    • visage
                      6 lutego 2017 o 15:19
                      Permalink

                      Whisky to ja nie uważam w ogóle, może nie istnieć.
                      Jakby co, to mam dyskietki, mogę przekazać do filharmonii za dwieście lat :)

                    • 7 lutego 2017 o 09:04
                      Permalink

                      Za dużo powtórzeń „Misia” i Ci się utrwaliło?? Dobry szkocki czy irlandzki bimber nie jest zły. Oczywiście pity po chłopsku, a nie po pańsku. Ja tam tych wszystkich mchów i paproci w ogóle nie wyczuwam. O ile przy winach jakieś nuty smakowe jestem w stanie poczuć i nazwać, to przy łiskaczu nawet nie próbuję :P
                      A jakieś bity masz na nich zapisane, czy Pac Mana?? :)
                      PS. Trochę nam się odjechało od porządków w panamelchiorowej bibliotece :D

                    • visage
                      7 lutego 2017 o 09:17
                      Permalink

                      E tam, zaraz „Misia”. Nie lubię i już, nie będę się katował. Nut smakowych też nie wyczuwam, mysz i pleśń co najwyżej, taki ze mnie profan.
                      Na dyskietkach mam jakieś stare teksty i zdjęcia, ale może mam i taką z prehistorycznymi kulkami :D
                      PS. Nie szkodzi, Pan Melchior lubił dygresje :)

                    • 7 lutego 2017 o 11:34
                      Permalink

                      Było nie zaczynać z alkoholami, wiesz jak to na mnie działa? :P Ja niedawno złomowałem (z bólem serca) swoje C64 i teraz nie wiem czy nie trzeba było wrzucić na strych :D
                      Wracając do meritum, to planowałem nawet mini biblioteczkę w osobnym pokoiku, ale z perspektywy czasu widzę, że moje kompulsywne zakupy nie ubrałyby jej tak ładnie jak to opisuje cytowany pisarz :) Od Sasa do Lasa jest tu właściwym powiedzeniem.

                    • visage
                      7 lutego 2017 o 11:44
                      Permalink

                      Trzeba wiedzieć, którego czytelnika jakim tematem przywabić :D A C64 działało? To należało zachować.
                      Każda biblioteczka ma swój urok i ładnie opowiada o właścicielach.

                    • 7 lutego 2017 o 14:38
                      Permalink

                      Dalibóg!, przejrzał mnie! :) Komodorek niestety nie odzywał się już od dłuższego czasu. Poza tym zapodział się gdzieś kaseciak, a nawet jakby był, to chyba nie miałbym go czym nakarmić. Zresztą, w dzisiejszych czasach sentymenty leczy się emulatorami. Swego czasu nawet popykałem na takim w Operation Wolf i Giannę. Teraz to nawet można chyba w stare arcadówki pograć na stronkach we flashu :D
                      Nawet nie chcę wiedzieć, co powiedziałaby o mnie moja :D I czy samo nazywanie tego bezładnego zbioru książek, biblioteką, nie jest już nadużyciem?

                    • visage
                      7 lutego 2017 o 14:48
                      Permalink

                      Skoro komp zszedł, to faktycznie lepiej zezłomować. Ja sobie swego czasu emulowałem DOSa, żeby pograć w Settlers I :P
                      Twój księgozbiór na pewno powiedziałby, że jesteś czytelnikiem rozmaitych gustów :)

                    • 9 lutego 2017 o 00:50
                      Permalink

                      Wtrącę się delikatnie. Whisky trawię z przyjemnością, ale zawsze mnie fascynowało to, ile przeróżnych nut niektórzy ponoć wyczuwają w poszczególnych maltach i innych. Ciekawe na ile to hiperwyczulone zmysły, a na ile iście literacka fantazja.

                    • visage
                      9 lutego 2017 o 08:06
                      Permalink

                      Podejrzewam, że to jak z winem, wypada wygłosić jakiś taki okrągły komunał o głębi smaku i niezrównanym bukiecie :)

                    • 16 lutego 2017 o 08:09
                      Permalink

                      Ale czasem już na etykiecie czytasz takie rzeczy, że normalnemu człowiekowi odechciewa się spożycia :) Zresztą, kto bez winy …, też miałem taki okres (na szczęście krótki) snobowania na winko. A teraz ograniczam się do: smakuje mi/nie smakuje mi oraz „mmm, słodziutkie, pycha!” :P

                    • visage
                      16 lutego 2017 o 11:17
                      Permalink

                      Ja się ograniczam wyłącznie do „słodziutkie, pycha” :P Nie dla mnie dobre roczniki.

                    • 16 lutego 2017 o 14:46
                      Permalink

                      Pamiętam z okresu snobistycznego taką sytuację. Na przyjazd Chrzestnej zakupiłem naprawdę zacne wino z Nowego Świata. Wytrawne, ma się rozumieć. Obiad, polałem. A cioteczka po łyku za cukiernicę, 3 czubate i mieszanko. Po ponownej próbie usłyszałem aprobujące: „No, teraz to da się to pić!” :P

      • 6 lutego 2017 o 11:04
        Permalink

        Prawda?
        Poza tym od razu mam skojarzenie typu: papieros/fajka/cygaro + senny czytelnik = pożar w bibliotece.;)

        Odpowiedz
            • visage
              6 lutego 2017 o 11:24
              Permalink

              Ale swoją drogą, o ilu palaczach, którzy się spalili w bibliotece słyszałaś? :D To chyba dość rzadkie przypadki, nie to co banalne spalenie się w łóżku.

              Odpowiedz
              • 6 lutego 2017 o 11:38
                Permalink

                Nie słyszałam o żadnych, po prostu pewne materiały niekorzystnie się łączą w mojej wyobraźni.;) Pewnie z szacunku dla książek.

                Odpowiedz
  • 6 marca 2017 o 01:07
    Permalink

    Właśnie jesteśmy w trakcie remontu i udalo nam się tak poprzestawiać ściany, że wykroiliśmy miejsce na bibliotekę/gabinet z fotelem. Jeszcze nie wiem jakie książki tam trafią, choć Sienkiewicz na pewno bo odziedziczyłam wszystkie dzieła 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: