Pranie literackie, cz. 9: Pranie jako test rycerskości

Duże pranie z pomocą „Frani” wymagało całego dnia, dobrej organizacji i dodatkowej pary rąk do pomocy, a i tak nie było pewności, że wszystko uda się doprowadzić do szczęśliwego końca. Obdarzone indywidualnością urządzenie potrafiło się bowiem zepsuć w połowie krzątaniny. Wtedy dobrze było mieć w domu córkę lub wnuczkę, której fatyganci podejmowali nierówny bój z elektrycznym mechanizmem, byle zasłużyć na ciepłe spojrzenie swej wybranki.

— Tyle już się prania nagromadziło — stwierdziła babcia — a ja piorę zawsze w środy. Orelka, nie mam dla ciebie czasu. Idź sobie, polataj. A jak nie, to możesz mi pomóc.
— No, to ci już pomogę, babciu — zaśmiała się Aurelia, która była od samego rana w doskonałym humorze, sama nie wiedziała dlaczego. […]
— Głupawki dostałaś, czy co? — dziwiła się babcia znad kosza bielizny, którą właśnie segregowała. — Zjadłaś? No, to ładnie umyj po sobie, ze stołu zetrzyj, pochowaj jedzenie. I chodź tu, będziesz płukać. Włóż fartuch.
Pralka babci była raczej przedpotopowa, mechaniczna, wczesne lata sześćdziesiąte na oko. Był to spory walec blaszany z silnikiem wbudowanym u podstawy i wirnikiem osadzonym w dnie wewnętrznego cylindra. Wlewało się tam wodę, uprzednio podgrzaną, wsypywało proszek, następnie rozlegał się głośny ryk i woda z proszkiem zaczynała wirować w cylindrze. Wtedy można było wrzucać bieliznę. Ryk pralki przybierał na sile, łącząc się z wysilonym łoskotem, tak że osoba piorąca nie słyszała własnych myśli, a cóż dopiero słów. To miało swoje dobre strony, bo zamiast gadać po próżnicy, trzeba było działać szybko, podgrzewać wodę do kolejnych zmian, wypuszczać do wiadra szare mydliny przez śmieszny wężyk, osadzony tuż przy dnie walca, płukać to, co wyprano i tak dalej. Zamieszania było przy tym tyle, że kiedy pralka nagle umilkła — stało się aż nieswojo od tej ciszy i bezruchu.
— Co jest?! — zdenerwowała się babcia. — Zepsuło mi się cholerstwo? Dlaczego to się zawsze musi psuć w środku prania?!
Rzeczywiście, kuchnia zastawiona kociołkami, miednicami, wiadrami, udekorowana stosami bielizny brudnej i już wypranej, tej przed płukaniem i po — wyglądała dosyć strasznie.
— Teraz tylko brakuje gości — powiedziała złowróżbnie babcia i ledwie wyrzekła te słowa — do drzwi kuchennych zastukano.
Przybył Gburek.
Wyświeżony, z wygolonym gładziutko obliczem, z kwadratowym podbródkiem lśniącym od kremu po goleniu, z oczami tak błękitnymi jak jego pulower i tak czystymi jak dżinsy — Artur spojrzał na Aurelię niewinnie i oznajmił, że chciałby ją zaprosić na niewielki spacerek po okolicy. […]
— Nie mogę — odpowiedziała. — Dziękuję, ale nie mogę. […] Ale my tu pierzemy, babcia i ja — wyjaśniła mu Aurelia.
Gburek rozejrzał się po okropnym pobojowisku.
— Myślałem, że już po wszystkim.
— Pralka wysiadła — powiedziała krótko babcia, która nie była w najlepszym humorze. — Przeklęte stare pudło, to już trzeci raz w tym roku.
— A co jej jest? — chciał wiedzieć Gburek. Przykucnął wśród misek i kubełków, pomacał pralkę.
— No, chyba mi nie powiesz, Artur, że potrafisz to naprawić?! — zakrzyknęła babcia.
— A dlaczego nie? — obraził się Gburek. — Przecież to całkowicie prymitywny mechanizm, jedną chwileczkę — zdjął energicznym ruchem pulower, zakasał rękawy koszuli i sprawnie opróżniwszy pralkę przez wymachiwanie gumowym wężykiem, przewrócił ją na bok, po czym odkręcił blachę i zajrzał do silnika.
— Wygląda na to, że tu wszystko w porządku — mruknął. — Ale moment, jeszcze sprawdzę.
Babcia rzuciła wnuczce spojrzenie wiele mówiące. Aurelia puściła do niej oko.
Artur pogmerał chwilę we wnętrznościach pralki, wreszcie spytał:
— Lutownicy pani nie ma oczywiście? — i oznajmił, że musi skoczyć do domu na jeden momencik i prosi, żeby pralki nie włączać do sieci i w ogóle niczego w niej nie ruszać.
I wybiegł, zostawiając pulower.
— Oj, tak, tak — powiedziała babcia, hamując śmiech. — Jak ciebie tu nie miałam, Orelka, trzeba było za każdym razem wołać mechanika. A teraz — popatrz no, chłopaki latają w tę i z powrotem, ruch aż miło. […] O, słyszysz — już wrócił. Ale szybko!
Ale to nie był Arturek. Stukał, jak się okazało, Konrad — blady, z podkrążonymi oczami, ubrany na czarno od stóp do głów. […] z twarzy jego nie znikał wyraz natchnionego smutku, nawet gdy lawirując pośród kubełków i misek — wdepnął w jedną z nich.
— Przepraszam, że przeszkadzam w sprzątaniu — rzekł nieprzytomnie.
— Pierzemy — wyjaśniła mu krótko babcia. — Tylko że pralka się właśnie zepsuła.
Konrad spojrzał na pralkę leżącą na boku jak chora krowa.
— Niestety — rzekł. — Chyba niewiele potrafię tu pomóc. — Mimo to odłożył torbę i, wciąż ignorując Aurelię, przykląkł ze smutkiem obok pralki, westchnął, nie patrząc wsadził rękę w jej wnętrzności, pokręcił, znów westchnął i powiedział: — Chyba już. Proszę sprawdzić, czy działa.
— Ale… — z wahaniem rzekła babcia — Arturek powiedział, żeby jej nie włączać… pobiegł właśnie po lutownicę i…
— A po cóż tu komu lutownica — z lekkim znużeniem rzekł Konrad. — To nie w lutowaniu czegokolwiek jest problem. Do przedmiotów trzeba mieć podejście pełne zrozumienia. Proszę włączyć bez obaw. — A ponieważ babcia jakoś nie kwapiła się z wykonaniem polecenia, Konrad spokojnie postawił pralkę w pozycji pionowej i wsadził wtyczkę do gniazdka.
Rozległ się znajomy ryk i pralka radośnie ruszyła do dzieła.
— Chodzi! — zdumiała się Aurelia i z nowym podziwem spojrzała na cudotwórcę. Ten jednakże nie oddał jej spojrzenia. Smutnym uśmiechem porozumiał się z babcią, prztyknął wyłącznikiem i kiedy zapanowała cisza, dorzucił:
— Wpadłem dziś tylko po drodze, żeby pani coś wręczyć… — wydobył ze swej torby elegancko opakowane pudełko i podał babci ze słowami: — To dla pani. Z podziękowaniem za gościnę i życzliwość… Było mi bardzo miło poznać panią. A teraz już się pożegnam — tu nie zdzierżył, wzrok ześlizgnął mu się na Aurelię, przemknął po niej błyskawicznie i znów się zwrócił w stronę babci — …na zawsze — dodał Konrad grobowo.
I ruszył w stronę drzwi.
— Ale, ale, chwileczkę, Konradzik, chodź no tu, synuś! — zakrzyknęła babcia. — Nie myśl sobie, że ja cię tak zaraz puszczę! Pralkę mi naprawiłeś, musisz teraz się napić kompotu.
[…] wszyscy troje przeszli do spokojniejszej części kuchni, gdzie zasiedli przy stole. Gburek wszedł właśnie w momencie, gdy różowy, pachnący kompot został już rozlany do szklanek, a babcia z namaszczeniem otwierała zgrabne pudełeczko z białego kartonu z celofanowym okienkiem, przez które widać było apetyczne, białe kulki.
— Co widzę? — rzekł Gburek nieco teatralnie, ignorując Konrada. — Cukierki Raffaello! Znam je. Pycha.
— Dzień dobry — zwrócił się do niego Konrad, który był dżentelmenem i nie zapominał o formach towarzyskich nawet w obecności zdeklarowanych wrogów.
— To od Konrada — powiedziała babcia z dumą. — Nigdy w życiu nie dostałam takich ślicznych cukierków. — Poczęstowała wszystkich, lecz w efekcie jadła tylko ona. Konrad pokręcił głową, zaś Gburek udał, że niczego nie dostrzega, poderwał się dziarsko i zapytał:
— Można się zabrać do tej pralki?
— Już naprawiona — rzucił Konrad leciutko, w przestrzeń.
Artur zaniemówił. Aurelia pysznie się bawiła. Babcia łasowała cukierka za cukierkiem i wyglądała tak, jakby z trudem powstrzymywała się od śmiechu. […]

Małgorzata Musierowicz, Dziecko piątku, Signum 1993, s. 129–133.

Tekst ilustrują fragmenty instrukcji obsługi „pralki elektrycznej domowej” z 1962 roku ze strony Gadżety PRL-u.

(Visited 563 times, 152 visits today)

18 thoughts on “Pranie literackie, cz. 9: Pranie jako test rycerskości

  1. Dzisiaj żaden kawaler chyba nie bawiłby się w naprawianie pralki.;( Niemniej fragment dobrze pokazuje, jak ważnym przedmiotem w domu mogła być kiedyś nawet frania.

  2. Kurczę, ile wspomnień przywołała ta ilustracja pt. „Opróżnianie pralki” :) A co do naprawiania, to ja jestem noga mechaniczna, że o elektronice nie wspomnę. Raz jeden, na wyraźną prośbę Chrzestnej, żądanie właściwie, przystąpiłem do naprawy zabytkowego prodiża i ku własnemu zdumieniu wymieniłem w nim spiralę bez ofiar w ludziach i sprzęcie :)

  3. Chyba nie wspominałem o tym w komentarzach pod tą serią, ale naczelnym tematem mojej babci, zwłaszcza w rozmowach z moją mamą, było właśnie pranie i zajętość z tym powiązana. Automat, oczywiście, w domu był – iście urokliwa wiatka. Śmieszyły mnie zawsze te narzekania, ale wspominam sentymentalnie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.