Z życia drużynowej (Halina Rudnicka, „Szeryf w spódnicy”)

Szeryf w spódnicy

Dziewczyna na okładce wygląda, jakby na dyskotece wykonywała jakiś skomplikowany układ taneczny. Nic bardziej mylnego. Barbara Wielochówna szykuje się bowiem do odparcia, z pomocą dżudo, ataku bandy chuliganów. Właśnie przeprowadziła się na nowe, jak się okazuje, dość niebezpieczne osiedle i na dodatek ma w swojej szkole zorganizować drużynę harcerską. Jej ojciec dziwnie niechętnie patrzy na harcerską aktywność córki. A przecież szanowany lekarz Wojciech Wieloch, jeszcze jako jeden z „Chłopców ze Starówki” trzydzieści lat wcześniej, nie stronił od społecznego zaangażowania.

Harcerze i chuligani

Energicznej dziewczynie szybko się udaje zebrać sporą grupę chętnych do drużyny i zaczyna pracę: organizuje zastępy, poznaje swoich harcerzy, urządza harcówkę. Właściwie urządza ją na spółkę z konkurencyjną drużyną prowadzoną przez Jacka Wolańskiego, ale chłopak starannie miga się od pracy, lubi za to się chwalić i zagarniać dla siebie owoce cudzego trudu. Baśka jest pryncypialna i kiepsko to znosi, ale równocześnie zaczyna czuć słabość do kolegi – wydaje się antypatycznym pozerem, ale ma niewątpliwy urok, a poza tym uratował ją przed chuliganami, wyznał też, że prowadzi własne śledztwo, żeby wykryć szajkę terroryzującą osiedle. W miarę upływu czasu Wielochówna przekonuje się, że w opowieściach Jacka coś mocno nie gra, on sam też okazuje się postacią co najmniej dwuznaczną, a chuligańska banda coraz bardziej się rozzuchwala. Oprócz dusznych rozterek Baśka przeżywa też rozliczne problemy i radości drużynowej: zdobywa zaufanie i sympatię swoich harcerzy, z którymi świetnie się rozumie i których lubi, chociaż niekiedy – jako „Szeryf w spódnicy” – musi surowo karać ich za rozmaite wykroczenia. Książka barwnie opowiada o harcerskich imprezach: od prac społecznych i wieczornicy z okazji otwarcia harcówki, przez biwak i kulig, aż po letni obóz – to wszystko mocno w klimacie „Czarnych Stóp” Szmaglewskiej, z obszernymi cytatami z harcerskiego folkloru.

Szeryf w spódnicy

Baśka wśród nierówności

„Szeryf w spódnicy” jest nierówną powieścią. Partie harcerskie wypadają całkiem nieźle: i codzienna praca harcerzy, i większe imprezy opisywane są z detalami, dość wiarygodnie wypadają rozterki Baśki jako drużynowej, zmuszonej do podejmowania trudnych decyzji, gdy jej podopieczni coś zmalują (trochę słabiej jest już z rozterkami uczuciowymi). Prostolinijna i uczciwa dziewczyna źle się czuje wśród krętactw i niedomówień Jacka, przedstawianego przez autorkę dość niekonsekwentnie; motywy jego działań nie zostają w pełni i przekonująco wyjaśnione, a to, czego się dowiadujemy, nie w pełni pasuje do obrazu kreślonego wcześniej przez Rudnicką. Ostatecznie wygląda to trochę tak, jakby na siłę próbowała wybielić bohatera, którego wcześniej dość konsekwentnie stawiała w mętnym świetle. W ogóle mroczny wątek chuliganów i ich działalności początkowo prowadzony jest całkiem realistycznie, w finale za to autorka decyduje się na sztuczny dramatyzm (po części po to, jak podejrzewam, by skierować uwagę Baśki na chłopaka godniejszego jej uczuć niż Jacek), który dobija niezbyt strawnym morałem i pogadanką o socjalistycznych ideałach. Te same socjalistyczne ideały ćwierć wieku wcześniej skutecznie wyleczyły Wojtka Wielocha z pracy harcerskiej (chociaż, jak szybko prostuje Rudnicka, to nie była wina idei: „Ludzie mogą się mylić, myśl twórcza, piękna idea pozostają niezniszczalne”).

Szeryf w spódnicyPoza niespójnym i rozmydlonym zakończeniem irytujące jest to, że w kwestii tak zwanego tradycyjnego podziału ról na męskie i żeńskie Rudnicka (w roku 1975) jest ładnych parę lat za tym, co nieco tylko wcześniej prezentowała Szmaglewska w „Czarnych Stopach”: Baśka żałuje swojej utalentowanej literacko matki, że zatraciła zdolności wśród domowej krzątaniny, gotowania, sprzątania i wychowywania dzieci, ale w jej drużynie to dziewczęta robią kanapki dla wszystkich, a gdy przychodzi do sprzątania harcówki, bez większych protestów przyjmuje twierdzenie Jacka, że „sprzątanie to babska rzecz”. W końcu w domu ojciec też nie sprząta. Gdy kandydaci na harcerzy spontanicznie dzielą się na zastępy dziewczynek i chłopców, również biernie się temu poddaje („Lepsza byłaby koedukacja – mówi Baśka – ale wasza wola”). Jak na ponoć nowoczesną, uświadomioną ideowo dziewczynę, inteligentną i energiczną, trochę to smutne. W warstwie językowej „Szeryf” mocno się zestarzał. Dialogi brzmią dość sztucznie, przemyślenia bohaterów (dzienniczek Baśki!) trącą egzaltacją, harcerskie pogadanki – patosem. Chuligani za to posługują się grypserą, starannie objaśnianą w przypisach. Zgrzytając niekiedy zębami, przeczytałem jednak „Szeryfa” z całkiem sporą przyjemnością, bo nierówne tempo i mielizny wynagradzane są przez smakowite epizody, a nastrój młodzieńczej zabawy łagodzi zbytnią górnolotność części książki.

Halina Rudnicka, Szeryf w spódnicy, ilustr. Zofia Grzeganek-Szczepaniec, Wydawnictwo Śląsk 1976.

(Visited 235 times, 235 visits today)

18 komentarzy do wpisu „Z życia drużynowej (Halina Rudnicka, „Szeryf w spódnicy”)”

  1. Tak mi się skojarzyło, że ci migający się od obowiązków, a potem przypisujący sobie zasługi dziewcząt chłopcy to nie jest jednostkowa sprawa w powieściach młodzieżowych PRLu. Podobnie było w „Dziewczynie i chłopaku” Ożogowskiej. Tomek, zmuszony do odgrywania dziewczyny, oszustwem skłania kuzynki, żeby brały na siebie jego część obowiązków domowych, ale o niczym nie mówiły ciotce. W ten sposób nie dość, ze może się trochę polenić, to jeszcze nie musi przyswajać sobie nowych umiejętności. I może nie jest za to otwarcie chwalony w narracji, ale też żadna przykrość go nie spotyka.

    • Tu akurat młodzian jest wręcz patologiczny, Tomka usprawiedliwiało poniekąd to, że nie chciał ujawnić swojej ignorancji w dziewczyńskich zajęciach, skoro grał dziewczynę. Akurat w tej Ożogowskiej kibicowałem jego siostrze, która miała dużo trudniej. A swoją drogą, Dziewczyna i chłopak to klasyczny przykład stereotypów dotyczących płci.

      • Z jednej strony tak, ale z drugiej jak był w stanie wymyślić kłamstwo wyłączające go z prac domowych, to bez problemu wymyśliłby i wymówkę pozwalającą kuzynkom nauczyć go tego i owego bez wzbudzania podejrzeń. Mnie tam strasznie było żal Tośki, bo nie dość, że miała trudniej i podejmowała nowe wyzwania zamiast jak brat się od nich migać, to jeszcze narracja na końcu zrobiła z niej tą słabszą i bardziej godną pożałowania. A co do klasycznych stereotypów, to owszem, zgodzę się. Acz nie wydaja mi się, aby jakakolwiek powieść młodzieżowa z tamtego okresu (choć nie znam ich wielu, mogę się mylić) jakoś znacząco od płciowych stereotypów odchodziła (no dobra, w sumie młodzieżówe powieści Chmielewskiej by się załapały).

        • Fakt, Tomek w przeciwieństwie do Tośki nic z zamiany nie wyniósł, ani w kwestii umiejętności, ani zmiany podejścia; pamiętam, że ubolewał, że musi się bawić z babami, zamiast spuszczać im lanie w towarzystwie kolegów. A Tośka musiała znosić tego koszmarnego stryja szowinistę i jego pogadanki o męskich powinnościach.
          Mniej szowinistyczne książki są, poza Chmielewską, gdzie w ogóle Janeczka przewyższa brata o głowę, wymieniłbym Awanturę w Niekłaju, gdzie jest dziewczęca banda; chłopakom od dziewczyn obrywa się w Czarnych Stopach; w Tolku Bananie dziewczyna rządzi gangiem. Faktycznie, niedużo tego.

  2. Nie pytam skąd ta wiedza :D No i w sumie racja, bo pamiętam jak na wiosce był jeden telefon albo i nie. Latarką się fajnie puszczało tajne sygnały. Były takie „bateryjki”, jak to babcie mawiały, z kolorowymi szybkami, które zasuwało się na źródło światła :)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: