„Bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd” (Max Cegielski, „Leksykon buntowników”)

Dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy „Ooo!”.

Te słowa Jacka Kerouaca, zresztą jednego z bohaterów książki Maxa Cegielskiego, można odnieść do wszystkich buntowników w niej opisanych. Niekoniecznie wszyscy z nich pałali chęcią zbawienia lub zbawiania i niekoniecznie nigdy nie pletli banałów, wielu zdarzało się wręcz bełkotać w narkotycznym widzie, z pewnością jednak wszyscy płonęli, wszyscy swoją twórczością zmienili społeczeństwo, wszyscy wpłynęli – jeśli nie na całe pokolenia, to z pewnością na wystarczająco wiele osób, by uznać ich za postacie, które odcisnęły znamię na swoich czasach i kulturze.

Piszę o kulturze, gdyż Cegielski nie skupia się wyłącznie na muzykach. Zaczyna od bitników, amerykańskich poetów przeklętych, którzy zapoczątkowali wielką przemianę obyczajową i rozszerzyli pojmowanie sztuki. Jack Kerouac, Allen Ginsberg i William S. Burroughs w swym życiu i w dziełach zawarli wątki, z których korzystać będą następne generacje buntowników: „odrzucenie materialistycznej filozofii życia przez szukanie duchowości, indywidualizm i nonkonformizm. Zniesienie podziału między tym, co publiczne, a tym, co prywatne. Tworzenie sztuki potwierdzonej biografią, nie tyle autonomicznej, czyli oderwanej od życia, ile niezależnej od obowiązujących norm”. Te słowa pasują do Janis Joplin, Jima Morrisona, Andy’ego Warhola, Sex Pistols, Kurta Cobaina i wszystkich innych, o których czytamy w „Leksykonie”.
Ich biografie stają się punktem wyjścia do pokazania przemian i w sztuce, i w obyczajowości: każdy kolejny artysta przekracza jakąś barierę, przesuwa granice tego, co dopuszczalne i akceptowalne, często płacąc za to wysoką cenę. Narkotyki dla wielu są sposobem na radzenie sobie z popularnością i presją, środkiem pozwalającym odkrywać nieznane, doświadczać nowego, ale i monstrum, które nieuchronnie pożera ich siły, odbiera talent, a ostatecznie i życie. Tylko nieliczni, jak Patti Smith, udowodnili, że bunt i eksperyment nie muszą iść w parze z uzależnieniem.
Max Cegielski ma do swych bohaterów osobisty stosunek: wspomina, kiedy ich poznał, czym go ujęli, co mu dali, w jaki okres życia się wpisali. Sam zbuntowany, nieźle rozumie innych buntowników i to sprawia, że jego eseje wykraczają poza ramy biogramu. Mamy nakreślone w nich również tło społeczno-obyczajowe i omówione przemiany kulturowe: od bitników przez hipisów i punków do grunge’u, od protestów przeciwko wojnie w Wietnamie do protestów przeciwko przemocy seksualnej wobec kobiet. Nie ze wszystkimi przedstawionymi w książce artystami jest mi po drodze: wielu, jak Morrison, Joplin czy Hendrix, to już głównie wspomnienie licealnych czasów, inni – jak Joy Division czy hip-hopowcy to w ogóle dla mnie terra incognita. David Bowie towarzyszy mi od dawna, ale stale odkrywam jakąś nieznaną mi wcześniej piosenkę czy płytę, a twórczość Franka Zappy wciąż przede mną. Bez względu jednak na to, czy zna się i ceni poszczególnych buntowników, warto poznać cały „Leksykon”. To bardzo dobrze, niekiedy wręcz porywająco napisana rzecz. Niekoniecznie trzeba ją czytać w wyciągniętej z głębin szafy starej ramonesce, dzwonach w kwiatki czy podkoszulce z napisem „No future”, ale warto mieć pod ręką swoją starą kolekcję kaset lub płyt, a w ostateczności wspomagać się niewyczerpanymi zasobami internetu.
Max Cegielski, Leksykon buntowników, współpraca Mariusz Stelmaszczyk, Wydawnictwo Agora 2013.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Agora.
(Visited 155 times, 1 visits today)

46 komentarzy do “„Bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd” (Max Cegielski, „Leksykon buntowników”)

  • 20 grudnia 2013 o 07:56
    Permalink

    Dobrze, że w ostatnim zdaniu dałeś „niekoniecznie”, bo już się widziałem w skajowej ramonesce (na skórę nie było mnie w LO stać) właśnie i krzątającego się w poszukiwaniu kaseciaka. Bo kasety to wiem gdzie są :)
    Poczytałbym o buntownikach, bo to jedyne co człowiekowi pozostało. Dwie dekady temu wydawało mi się, że jestem jednym z ludzi, o których mówi cytat, ale życie szybko to zweryfikowało :P

    Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 08:12
      Permalink

      Ja tam miałem co najwyżej dżinsową kurtkę:)) A kasety wiem, gdzie mam, udało mi się je ocalić przed niszczycielskimi łapkami, magnetofon też jest.
      Buntownik ze mnie był słaby, tyle mojego, że se drzwiami potrzaskałem :PP

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 08:40
      Permalink

      Katanę z flamastrową Metallicą na pleckach i multumem przyszywek z przodu, też miałem. A co do niszczycielskich łapek, to kto rozwalił Doorsów do zdjęcia?!
      No mnie oprócz trzaskania drzwiami udało się trochę bardziej zdrowia Mamie (no bo przeciw komu ten bunt) napsuć. Za co ją z tego miejsca serdecznie przepraszam :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 08:45
      Permalink

      Ja byłem bardziej doorsowo-joplinowy, więc przyszywek nie miałem:P Doorsi to efekt zabaw Młodszej, na szczęście dopadła tylko tej jednej kasety.
      Żarłem się głównie z ojcem i po sobie widzę, jakie boje będą ze mną toczyły dzieci za parę lat:(

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 08:58
      Permalink

      Może spuśćmy na ten odwieczny konflikt pokoleń litościwą zasłonę milczenia? Święta idą, wystarczająco się naszarpiemy z domowymi buntownikami :P A bunty młodości? Jaki był buntownik, takie były bunty. Ja na dywanie u dyra lądowałem regularnie za udry z katechetą, głupie pomysły przemycane do gazetki szkolnej i nieodpowiednie zachowanie na uroczystościach szkolnych. Tak mi wychodzi, że raczej łobuz był ze mnie, a nie buntownik :D

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:05
      Permalink

      Zamierzam być kwiatem lotosu na tafli, ogólny zen :P Do pierwsze awantury, rzecz jasna:)
      A Ty masz przynajmniej w życiorysie wątki, na których możesz budować legendę buntownika:P

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:17
      Permalink

      Jesteś pewien, że powinienem? Jakoś dziwnie zmieniła mi się optyka i chyba jednak nie chciałbym, żeby chłopaki poszli tą drogą. Z drugiej strony, mam nadzieję, że odkryję w sobie wystarczające pokłady zen, żebyśmy wszyscy w zdrowiu przebyli okres burz i naporów :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:25
      Permalink

      Nie wiem, czy powinieneś, ale masz podstawy:P Nie liczę na to, żeby mi się zen jakoś pogłębiło, więc boje będą :(

      Odpowiedz
  • 20 grudnia 2013 o 08:55
    Permalink

    Szkoda, że tej książki nie wydano tak z 15 – 20 lat temu, kiedyś pewnie od ust bym sobie odejmowała, żeby móc ją sobie kupić. Chociaż może to i lepiej, że nie miałam wtedy zbyt wielu źródeł inspiracji ;)
    Dzisiaj pozostała mi z tych czasów już tylko długość włosów i stare kasety.

    Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 08:59
      Permalink

      Wtedy to ja sobie od ust odejmowałem, żeby kupić zbiór piosenek Morrisona w przekładach Polaka, albo i „Poetów rocka” :) O pirackich kasetach nie wspominając.

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:04
      Permalink

      Gdybym użył maszyny czasu i wszedł między kumpli z LO w obecnej fryzce, to zdynialiby z krzykiem. A jakbym tak jeszcze dla efektu ryknął: Oj!, to by nogi połamali :) W drugą stronę zaś, to pewnie moi synowie popłakaliby się ze śmiechu, albo przywitali słowami: Dzień dobry pani. Kaset leży cała sterta i choć sentyment nie pozwala ich wywalić, to jednak coraz bardziej oswajam się z myślą o ich utylizacji :(

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:05
      Permalink

      Oooo, „Poetów rocka” też miałam!, Niewykluczone, że w ostępach starej szafy w domu ostały się i jakieś stare dzwony – niestety, już nie do użycia ze względu na rozmiar…:(. Zbiór kaset ma się dobrze, gorzej ze sprzętem do ich odtwarzania ;)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:08
      Permalink

      Przebiję Was, bo mam zestaw kaset wideo z pilnie nagrywanymi Złotymi latami rock’n’rolla czy The Wall, koncertem Janis Joplin itepe. Niestety, magnetowid poszedł na elektrośmieci:(

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:19
      Permalink

      Cóż, przynajmniej dowód rzeczowy Ci został, będziesz miał co dzieciom pokazać (z wierzchu)… Biorąc pod uwagę, że sprzęt retro wraca po latach do łask, może Twoje wnuki będą mogły kiedyś odtworzyć te zbiory na magnetowidzie z Desy :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:20
      Permalink

      Jako właściciel tylko odtwarzacza nie posiadam żadnych nagrań z tamtego okresu. Faktem jednak jest, że ze słuchanego wówczas przeze mnie repertuaru, to chyba niewiele można było w telewizji znaleźć. Za to parę archiwalnych numerów „Metal Hammera” pewnie na stryszku u Mamy bym znalazł.

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 09:27
      Permalink

      Wnuki może sobie kupią magnetowid z Desy, ale kasety, które kupowałem, to był najtańszy sort i pewnie już dawno nagrania szlag trafił :(
      A komplety Magazynu Muzycznego, Tylko Rocka i Rock’n’Rolla z paru lat mam, a jakże. Tylko gdzie?

      Odpowiedz
  • 20 grudnia 2013 o 10:43
    Permalink

    David Bowie towarzyszy Ci od dawna? No proszę, kto by pomyślał.;)))) Witaj w klubie.;)
    Oprócz Bowiego chyba najbardziej interesowałby mnie w tym gronie Cobain, Kerouac, Warhol i Joplin, na szczęście doczekali się osobnych biografii. Się zobaczy.;)

    Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 11:03
      Permalink

      No wiesz, pierwszy raz This is not America usłyszałem w 1984 roku:)) Tyle że długie lata Bowie to było dla mnie kilkanaście jego największych przebojów, potem dopiero zacząłem słuchać albumów w całości.
      Joplin to się doczekała nawet kilku biografii; „Perła” nie jest najlepsza, zobaczę, jak Friedman się sprawiła.

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 11:50
      Permalink

      U mnie zaczęło się od Let’s Dance, pop, ale do dzisiaj słucham z przyjemnością. Ostatnio zapoznałam się z Reality i też b. mi się podoba.
      O Perle będę pamiętać, dzięki za ostrzeżenie.

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 12:20
      Permalink

      Teledysk do Let’s dance jest świetny, często go puszczali w TV, do dziś pamiętam. Za Reality nie przepadam. Moją pierwszą pełną płytą Bowiego było Black tie, white noise, z komisu płytowego w Digitalu:D

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 20:30
      Permalink

      Jutro sobie przeczytam w księgarni. :P Zaskoczyło mnie to, że historia jest smutna, bo ta piosenka od niepamiętnych czasów działa na mnie kojąco.

      Odpowiedz
    • 21 grudnia 2013 o 20:51
      Permalink

      Przedarłam się przez dziki tłum i przeczytałam. :) Rzeczywiście wzruszająca historia. Teraz będę na tę piosenkę patrzeć zupełnie inaczej.

      Odpowiedz
    • 21 grudnia 2013 o 20:53
      Permalink

      Tłumy pewnie nie stały specjalnie po książkę Cegielskiego? Mnie się w ogóle bardzo podobał wątek przyjaźni Bowiego i Popa.

      Odpowiedz
    • 21 grudnia 2013 o 20:59
      Permalink

      Tłumy się bezładnie kłębiły, chyba bez konkretnego celu. Cegielskiego udało mi się znaleźć, ale warunki nie sprzyjały dogłębnej lekturze. :)

      Odpowiedz
    • 21 grudnia 2013 o 21:13
      Permalink

      Jak to tłumy przedświąteczne:) Gdybyś chciała się powgłębiać, to służę pożyczką. A ja już się cieszę, bo ponoć ma być drugi tom.

      Odpowiedz
  • 20 grudnia 2013 o 19:45
    Permalink

    Kaseta ze zdjęcia (The Doors?) natychmiast przypomniała mi czasy, kiedy magnetofon kasetowy uporczywie wciągał mi taśmę. Usiłowałam go sama naprawić ze skutkiem opłakanym. :)

    Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 19:47
      Permalink

      Mój też wciągał:) Wciągnięty kawałek wycinałem nożyczkami, a końcówki zlepiałem taśmą, bo kasety na wagę złota były.

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 19:58
      Permalink

      Też zlepiałam, ale jakoś nieudolnie, bo wciągało jeszcze bardziej. :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 20:29
      Permalink

      I chyba dobrze, bo obawiam się, że po moim czyszczeniu kaseta pływałaby w spirytusie. :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 20:34
      Permalink

      To elegancki eufemizm. :) Przemilczę w tym momencie moje rozpaczliwe próby naprawienia igły gramofonu za pomocą szczypiec, takich z zestawu do majsterkowania. :)

      Odpowiedz
    • 20 grudnia 2013 o 20:41
      Permalink

      Uu, to troszkę mnie przytkało. Aczkolwiek pamiętam, jak mój tata naprawiał przeskakującą płytę, obciążając igłę piramidką monet :P

      Odpowiedz
    • 21 grudnia 2013 o 07:23
      Permalink

      Metoda zdecydowanie mniej inwazyjna niż moja. :) I na pewno bardziej skuteczna.

      Odpowiedz
  • 22 grudnia 2013 o 12:39
    Permalink

    Zzieleniałam z zazdrości!!! też chcę ten tom na własność! tak sobie myślę, że to chyba będzie mój pierwszy zakup w nowym roku :) a przy okazji, świetna recenzja! :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: