Bez satysfakcji (Lesley-Ann Jones, „Freddie Mercury”; Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, „Czarny anioł”)

Od ćwierć wieku niedoścignionym wzorem biografii muzyków jest dla mnie „Satysfakcja” Daniela Wyszogrodzkiego. Ta opowieść o Rolling Stonesach w idealnych proporcjach przedstawia karierę i muzykę zespołu oraz omawia życie prywatne jego członków, nic nie ukrywając, ale i nie staczając się przy tym w plotkarskie bajoro. Wszystko na bogatym tle przemian społeczno-obyczajowych i napisane barwnym językiem. Poprzeczka wisi tak wysoko, że test „Satysfakcji” przechodzi niewiele muzycznych biografii.

 

Z płytami Queen mam jeden problem: żadna nie podoba mi się od pierwszego do ostatniego utworu; na każdym znanym mi albumie trafia się co najmniej jedna piosenka, której nie mogę znieść. I podobnie jest z książką Lesley-Ann Jones: są w niej partie znakomite i rozdziały mało przekonujące. Najlepsze rozdziały dotyczą lat osiemdziesiątych, kiedy Queen i Freddie osiągnęli niepodważalny status megagwiazd, a Mercury, który od dawna bez zahamowań korzystał z życia, dowiedział się, że jest zakażony wirusem HIV. Szczytowym momentem tej dekady był występ na wielkim charytatywnym koncercie Live Aid. Freddie i Queen ukradli show innym wykonawcom, a Jones niczym klamrą spina książkę opowieścią o tym wydarzeniu. Potem nic już nie dorównało tym chwilom.

Jones opierała się na własnych wspomnieniach, ale sięgnęła też po materiały prasowe, wywiady, recenzje. Przepytała dziesiątki osób: krewnych Freddiego, jego kochanków i kochanki, współpracowników, rozmaite postacie, które w różnym okresie otarły się o zespół, ale nie rozmawiała z kolegami Mercury’ego z Queen. Pojechała nawet na Zanzibar, by tropić rodowód Farrokha Bulsary. Mimo to jej opowieść nie porywa. Nie podejmuję się rozstrzygnąć, z czego to wynika. Być może tak nietuzinkową postać jak Freddie Mercury trudno jest zamknąć w ciasnych ramach książki, trudno wniknąć pod maskę, jaką nosił; łatwiej skupić się na pozorach: ekstrawagancjach wszelkiego rodzaju czy wybujałym życiu seksualnym. Inną twarz Freddiego znali najbliżsi. Jego kochanka, Barbara Valentin, tak go wspominała: „Sława sprawiła, że był najbardziej samotnym człowiekiem na całym świecie. Dla równowagi zaczął prowadzić coraz bardziej zwariowane życie, aż w końcu przejęło nad nim kontrolę. Rekompensował sobie samotność: Freddie we wszystkim popadał w skrajność. Zapłacił za to najstraszliwszą cenę. Wiem, że nie to planował. Ale postawił na swoim. Zawsze pragnął nieśmiertelności, więc ją dostał”.

Na książkę o Ewie Demarczyk czekałem niecierpliwie. Pieśniarka rozbłysła w Piwnicy pod Baranami, olśniła publiczność i krytyków. Świat – jak się wydawało – stał przed nią otworem, jednak międzynarodowej kariery nie zrobiła. Niewiele nagrań, stosunkowo wąski repertuar, zupełnie nieznane życie osobiste. „Czarny anioł” mógł zadać mnóstwo pytań, podać wiele możliwych odpowiedzi, być szansą na stworzenie pogłębionego portretu, na wyjaśnienie nurtujących wielbicieli kwestii – na czele z tą najważniejszą: dlaczego zniknęła, dlaczego unika widzów i prasy.

Kuźniak i Karpacz-Oboładze nie dotarły do pieśniarki; rozmów z nimi odmówiła też siostra Demarczyk. Oparły się na wywiadach z bliższymi i dalszymi przyjaciółmi, znajomymi, współpracownikami, na recenzjach i artykułach prasowych. Powstał z tego zbiór anegdot, a nie portret. Historyjki te w zdecydowanej większości dobrze są znane każdemu, kto śledził karierę Demarczyk i przeczytał cokolwiek na jej temat. Cóż nam bowiem z historii o czarnej łazience, która doprowadzała artystkę do rozpaczy, cóż po wzmiankach o czarnym materiale, którym wykładano scenę podczas koncertów, by uzyskać efekt idealnej czerni? (Z nowych rzeczy dowiedziałem się, że za nagrodę z Opola Demarczyk kupiła skuter i że była świetnym kierowcą). Ani na krok nie przybliża nas to do Demarczyk człowieka, nie pomaga zgłębić motywów jej rozmaitych decyzji i wyborów, które sprawiły, że nie zrobiła światowej kariery, że nie rozwijała swego repertuaru, że utraciła własny teatr i wreszcie odsunęła się od życia publicznego. Tu wciąż skazani jesteśmy na domysły, na składanie w całość jakichś rzucanych mimochodem wzmianek w relacjach.

Na okładce podkreśla się, że autorki są utytułowanymi reporterkami. Odniosłem jednak wrażenie, że taką samą książkę mógłby stworzyć fan-hobbysta, który dysponuje archiwum wycinków o swojej idolce i posiedział parę tygodni w dobrze zaopatrzonej bibliotece. Kuźniak i Karpacz-Oboładze w książce nie istnieją, nie wyrażają własnej opinii, co najwyżej informują („znalazłyśmy w prasie relację”) oraz tu i ówdzie dołączają „słowo wiążące”. „Czarny anioł” doskonale wpisuje się w modne od pewnego czasu, mniej lub bardziej starannie przygotowywane zestawienia „gwiazda X we własnych słowach” czy „gwiazda Y we wspomnieniach przyjaciół i znajomych”. Tyle że Ewie Demarczyk należy się coś więcej, coś na miarę fenomenu, jakim wciąż jest.

Z takiego źródła pochodzi mój egzemplarz "Satysfakcji".
Z takiego źródła pochodzi mój egzemplarz „Satysfakcji”.

Lesley-Ann Jones, Freddie Mercury. Biografia legendy, tłum. Marta Kisiel-Małecka, Łukasz Małecki, Wydawnictwo Dolnośląskie 2012.
Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Czarny anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk, Znak 2015.

(Visited 399 times, 8 visits today)

25 komentarzy do “Bez satysfakcji (Lesley-Ann Jones, „Freddie Mercury”; Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, „Czarny anioł”)

  • 11 listopada 2015 o 15:13
    Permalink

    Nie wiem, dlaczego, ale w przypadku muzycznych idoli, do pełni satysfakcji najczęściej wystarcza mi słuchanie ich muzyki. Muzyczne życiorysy, owszem, są barwne i skandaliczne – skandalizujące nawet – ale papierowa forma często odbiera im „pazur”.
    Wyjątkiem – jednym z wielu, na szczęście – jest opracowanie Borwina Bandelowa „O trudnym szczęściu bycia sławnym”. Nie jest to klasyczna autobiografia artysty, ale analiza artystycznej osobowości (na wielu słynnych przykładach: m.in. Monroe, Jackson, Presley, Joplin), z wykorzystaniem fragmentów autoryzowanych biografii. Całości przedsięwzięcia podejmuje się – niemałą pasją – terapeuta. Niedawno ta książka doczekała się kolejnego wydania. Odpowiada na pytanie, dlaczego niektórych tak trudno „zamknąć w ciasnych ramach książki” :-) Naprawdę polecam.

    Odpowiedz
    • visage
      11 listopada 2015 o 15:39
      Permalink

      Mnie często rozczarowywały książki o moich ulubieńcach, a miło zaskakiwały biografie takich muzyków, którzy mi byli obojętni. A pod wpływem książek zacząłem ich słuchać :)
      Nie znam książki, o której piszesz, ale informacja, że pisał ją terapeuta niezbyt mnie zachęca. Nie przepadam za jakimiś próbami wnikania w psychikę. Za to odwdzięczę się informacją, że bardzo ciekawy jest Leksykon gwiazd Maxa Cegielskiego – gdzie bohaterowie są ukazywani na świetnie zarysowanym tle swojej epoki.

      Odpowiedz
      • 11 listopada 2015 o 20:46
        Permalink

        Chyba tak jest często bo o swoich idolach/idolkach wiemy bardzo dużo. I trudno nas zaskoczyć, do tego dochodzą emocje, chociażby tych ze wspomnieniami…
        Dzięki za recenzje, będę omijać, na Demarczyk nawet bym się skusiła… Ale jeśli piszesz to co piszesz, to ja Ci zawierzam. Zwłaszcza, że Demarczyk wypowiadała się gdzieś niedawno, że z mężem prowadzi firmę transportową i o tym może porozmawiać, zaś rozdział „Piwniczny” uważa za zamknięty, nieodwołalnie.
        Pozdrawiam,
        Może po prostu jesteśmy bardziej krytyczni/wymagający odnośnie tych/ tego na czym choć trochę, albo dobrze się znamy?

        Odpowiedz
        • visage
          11 listopada 2015 o 22:39
          Permalink

          Na pewno po trosze jest tak, jak mówisz. I dlatego mnie Czarny anioł rozczarował, bo skupia się głównie na tym, co wiem. Ale mimo to autorki nawet się nie zbliżyły do określenia fenomenu Demarczyk, wręcz mam wrażenie, że nawet nie próbowały. Moim zdaniem to był skok na kasę po prostu.
          Pamiętasz, gdzie słyszałaś tę wypowiedź Demarczyk? Ona chyba od 10 lat nie udziela żadnych wywiadów.

          Odpowiedz
          • 13 grudnia 2015 o 18:34
            Permalink

            Tego się właśnie obawiałam. Dlatego nie sięgałam po książkę, co więcej miałam ambiwalentne odczucia (nie mogę mieć zdania o czymś, czego nie brałam do ręki. Właściwie to nie pamiętam, nie zwróciłam uwagi, pamiętam ten argument, bo został on powtórzony przez autorki, podczas wywiadu (bodaj Kultura) i właśnie dlatego, że słyszałam go po raz drugi, utkwił mi w pamięci.
            Wiem, że Demarczyk sukcesywnie odmawia wywiadów, nie wiem, czy jest to od dziesięciu lat, mam wrażenie, że dużej. Pod patronatem Polskiego Radia ukazał się swojego czasu (w 2001 roku) box składający się z 5 płyt i już wtedy Demarczyk nie wyraziła gody by umieścić jej nagrania…

            Odpowiedz
  • 11 listopada 2015 o 17:53
    Permalink

    Tyle sobie obiecywałem po biografii Demarczyk, a tu proszę… – jestem Koledze winien piwo za zaoszczędzony czas.

    Odpowiedz
  • 12 listopada 2015 o 08:31
    Permalink

    Za młodego słuchałem takiej muzy, której twórców nie zaszczycano biografiami. Nie wiem nawet czy zaszczycono ich do tej pory, choć Vesper wydał parę książek o robiących hałas :P
    Zainteresowałeś mnie tą książką o Demarczyk i myślę, że jak znajdę na półce biblio to poczytam. Jako laikowi w temacie może być dla mnie niezłym wstępem do poznania twórczości pani Ewy. Twórczości na tyle tajemniczej, że aż niedostępnej na Spotify.

    Odpowiedz
    • visage
      12 listopada 2015 o 09:23
      Permalink

      Za naszych czasów to w ogóle dopiero zaczynano drukować cokolwiek o nowszej muzyce :D
      Nagrania Demarczyk są dość restrykcyjnie chronione na życzenie wykonawczyni, ale mogę Ci jak za dawanych czasów nagrać coś na kasety Stilon Gorzów :D

      Odpowiedz
      • 12 listopada 2015 o 11:26
        Permalink

        Na dobra sprawę to chłopaki musiały obrosnąć w sławę i tłuszczyk, bo tak to o czym tu pisać? Wóda, dragi i grupiesy – ileż można :P Kasety mogą być, bo wciąż mam w domu sprzęt do odtwarzania. Swoją drogą pamiętam pierwszego BASFa kupionego za bony w PEWEXie :D

        Odpowiedz
  • visage
    12 listopada 2015 o 11:32
    Permalink

    O wódzie, dragach i grupisach można do upojenia, jak sądzę :)
    Kaseciaka to i ja mam, wraz z kolekcją piratów. Tyle że na Pewexy to mnie nie było stać :(

    Odpowiedz
    • 12 listopada 2015 o 13:08
      Permalink

      Mnie w sumie też nie. I jak się teraz zastanawiam, to nie były bony, tylko jak raz dostałem od chrzestnej, nie wiem nawet skąd przez nią pozyskany, papierek z Lincolnem. To spożytkowałem :) Marzy mi się dobry CD do odsłuchu przez słuchawki, ale póki co nie stać mnie na realizację dziwnych zachciewajek :(

      Odpowiedz
      • visage
        12 listopada 2015 o 13:11
        Permalink

        Ech, całe życie człowiek marzył o dobrym sprzęcie, a i tak na stare lata CD z laptopa musi słuchać :( Nie ma sprawiedliwości na świecie.

        Odpowiedz
        • 12 listopada 2015 o 13:29
          Permalink

          Świat się zmienia. Ojciec bohatera czytanej teraz przeze mnie książki, jazzman z wyczulonym uchem, taki co to tylko czarne krążki, 78 obrotów i wzmacniacz na lampach, zaskakuje syna, prezentując mu jedno z poszukiwanych nagrań na iPodzie. A widząc zdziwienie potomka twierdzi wręcz, że daje on „niezły dźwięk”. Można stawiać na lokowanie produktu, ale w tym akurat przypadku, raczej nie jest to ta opcja :) Trzeba widać iść z duchem i zapomnieć o zakurzonych szpulach i pocztówkach muzycznych odtwarzanych na Bambino :P

          Odpowiedz
          • visage
            12 listopada 2015 o 13:37
            Permalink

            Dzieckiem będąc odtwarzałem pocztówki dźwiękowe na Bambino, uchował się u nas w domu :) Pocztówki ojciec ma do dziś, uwielbiałem je oglądać.
            No ale może faktycznie czas pomyśleć o czymś lepszym.

            Odpowiedz
  • 14 listopada 2015 o 19:43
    Permalink

    Byłam i jestem wielką fanką Ewy Demarczyk i Frediego . Rollingstonsi to zespół związany z moją wczesną młodością.
    Ale jakoś nie kuszą mnie biografie osób, z którymi się stykałam oczywiście nie osobiście ….chociaż na koncercie Ewy Demarczyk byłam w Tarnowie i do dzisiaj go wspominam jako wydarzenie muzyczne nie……. i życie ich śledziłam na bieżąco.

    Odpowiedz
    • visage
      14 listopada 2015 o 19:48
      Permalink

      To chyba kwestia indywidualna, jedni lubią wiedzieć wszystko o życiu idoli, innym wystarczy sama twórczość. Koncertu Ewy Demarczyk zazdroszczę bardzo.

      Odpowiedz
  • 14 listopada 2015 o 19:51
    Permalink

    Prawie pól godziny owacji na stojąco……bez jednego bisu….artystka nigdy nie bisowała….

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: