Spojrzenie w otchłań (Steve Sem-Sandberg, „Biedni ludzie z miasta Łodzi”)

DSC_0142

Książkę Steve’a Sema-Sandberga można potraktować jako beletryzowaną biografię Chaima Mordechaja Rumkowskiego, prezesa Starszeństwa Żydów w getcie łódzkim od chwili utworzenia dzielnicy zamkniętej w październiku 1939 roku aż do jej likwidacji w sierpniu 1944 roku. Człowieka, który uwierzył, że dzięki pilnemu wykonywaniu niemieckich zarządzeń, dzięki niewolniczej pracy na rzecz machiny wojennej Rzeszy, zdoła uratować więźniów getta przed całkowitym wyniszczeniem. Człowieka, który okłamywał innych, ale i siebie, gdyż uwierzył, że jest kimś więcej niż tylko marionetką w niemieckich rękach i że będzie mógł odwrócić to, co było nieodwracalne – wyrok śmierci wydany na Żydów. To on, w imię zachowania najlepszych jednostek, oddawał na zagładę starców, chorych, kaleki i dzieci. Uważał, że chroni w ten sposób tych, którzy mieli szanse przetrwać. Rumkowski megaloman, kłamca, pedofil, obsadzający swoimi krewnymi najważniejsze stanowiska w gettowej administracji, do ostatku niemal pełen złudzeń, że jego polityka daje efekty. Rumkowski zbawca albo Rumkowski kat własnego narodu – do dziś opinie pozostają podzielone.

Dojrzewanie w warunkach infernalnych (Yehuda Nir, „Utracone dzieciństwo”)

 

Julek Grünfeld miał dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał we Lwowie; jego ojciec prowadził dobrze prosperującą firmę, matka spędzała czas w kawiarniach, a dziećmi (Julek miał starszą siostrę, Lalę) zajmowała się guwernantka. Wrzesień 1939 roku przerwał beztroskie życie Grünfeldów: najpierw tułali się w kierunku granicy z Rumunią, potem wrócili do miasta zajętego przez Armię Czerwoną. Jako „kapitaliści”, stracili mieszkanie i firmę, ale przynajmniej uniknęli deportacji. Pod koniec czerwca 1941 do Lwowa wkroczyli Niemcy i zaczął się nowy okres w wojennych dziejach rodziny. Ojciec został aresztowany, a rodzina musiała sobie jakoś radzić z codziennymi trudnościami i zaostrzającą się antyżydowską polityką: brutalnymi „akcjami”, podczas których Żydów wyłapywano i wywożono z miasta, i koniecznością przeprowadzki do getta. Zapadła decyzja o ucieczce, wciąż jednak odwlekana: „Nasze wahania powodowane były strachem przed nieznanym i niepewnością, czy podołamy przekonywająco grać rolę Polaków-katolików. […] Nie wiedzieliśmy zbytnio jak się z nimi identyfikować – co najwyżej mogliśmy ich naśladować”.
 

Julek Grünfeld.
I rzeczywiście, po ucieczce do Krakowa Grünfeldowie żyją w ciągłym strachu. Nie mają (poza matką) „aryjskiego” wyglądu, zdradzić ich może wszystko: źle dobrane słowo, gest, nieznajomość jakiegoś powszechnego zwyczaju. Zaczynają ściągać na siebie podejrzenia otoczenia, więc przenoszą się do Warszawy – tam jednak nie jest lepiej. Mimo usilnych starań, Julek wciąż odstawał od swych polskich rówieśników; nie miał, na przykład, zdjęcia od pierwszej komunii, które legitymizowałoby jego pochodzenie i wyznanie. Zdobycie odpowiedniej fotografii wymagało wielu zabiegów. Ponieważ matka i siostra Julka pracowały u niemieckich chlebodawców, co zapewniało im niejakie bezpieczeństwo, postanowiono również i jego ukryć w ten sposób, odsuwając od podejrzliwych Polaków.
I tak aż do samego powstania warszawskiego Grünfeld pracował jako goniec w gabinecie niemieckiej dentystki. „Wydawało nam się, że Niemcy nie będą zdolni odróżnić polskich Żydów od polskich katolików, podczas gdy Polacy łatwo wychwytywali niuanse zachowań, wynikające z odmienności naszego wychowania”. I faktycznie, Julek pewnego razu spytał na przykład polską współpracowniczkę, czy w związku z tym, że Wielkanoc przypadła bardzo późno, przesunie się też Boże Narodzenie! Zatarcie tej gafy wymagało wielu zabiegów. Po wybuchu powstania czternastoletni Grünfeld przyłączył się do jednego z oddziałów jako łącznik: walczył, oglądał śmierć kolegów, błąkał się w kanałach, wreszcie po kapitulacji trafił do obozu w Pruszkowie.
Mimo iż spisana po latach, opowieść Julka Grünfelda (Yehudą Nirem stał się dopiero po wojnie, by nie nosić niemieckiego nazwiska), jest szczegółowa i barwna. Autor przywołuje liczne epizody, przedstawia swoje ówczesne odczucia i emocje: nieustanny strach przed dekonspiracją, stałą czujność, która pozwalała w porę zauważyć wszelkie niebezpieczeństwa, wielkie napięcie nerwów. Julek nie tylko przeżył, ale i miał podczas wojny warunki stosunkowo lepsze niż wielu innych ukrywających się Żydów. Nie zmienia to jednak faktu, że stracił dzieciństwo, że dojrzewał, jak napisał Władysław Bartoszewicz, „w warunkach infernalnych”. Oglądamy świat jego oczami, poznajemy jego subiektywne opinie o ludziach i wydarzeniach, niekiedy gorzkie dla nas, Polaków, jak wtedy, gdy pisał o niechęci Armii Krajowej wobec Żydów: „Przypuszczam, że większość Polaków nie zwalczała nazizmu, a raczej walczyła z Niemcami – ich odwiecznym, historycznym wrogiem. To zaś pozwalało znacznej ich części zachować swój antysemityzm nawet wtedy, gdy [Żydzi] przelewali własną krew w walce ze wspólnym wrogiem”. Po części z tego powodu nawet w czasie powstania Julek ukrywał swe pochodzenie – chociaż napisał, że robił tak z obawy o swój los, gdyby wpadł w ręce Niemców. Obszernie opisał pogrzeb poległego czternastolatka, który okazał się Żydem, ku zaskoczeniu wszystkich. Jego dowódca powiedział wtedy nad grobem: „Nasuwa mi się smutna refleksja, że nawet teraz – wśród nas, uwolnionych już od Niemców – on nie ośmielił się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości”. Oficer ten zresztą był jednym z niewielu, o których Grünfeld wyrażał się z szacunkiem, gdyż ogólnie nie miał wysokiego mniemania o dowódcach; uważał ich za zadufanych i nieliczących się z ludzkim życiem. Można się oburzać i prostować fakty, ale – jak zauważył ks. Adam Boniecki – „sprostowania […] są bez sensu, bo widziane od strony świata żydowskiego fakty takimi były, widziani z tamtej strony tacy byliśmy”.
 

Yehuda Nir, psychiatra i psychoterapeuta.
Profesor Michał Głowiński w swoim słowie wstępnym (nieduża książka zaopatrzona jest w aż pięć takich krótkich wstępów: Władysława Bartoszewskiego, ks. Adama Bonieckiego, Michała Głowińskiego, autora i tłumacza) napisał: „Wszystko jest tu dokumentem wielkiej klasy, całość zaś stanowi przejmującą relację, pisaną nader wprawnym piórem”. Niestety, w polskim wydaniu to wprawne pióro zostało może nie całkiem złamane, ale na pewno bardzo mocno stępione. Tłumacz przełożył tekst koślawym stylem: zachował angielską składnię, zbyt kurczowo trzymał się oryginału, tworząc niezrozumiałe zdania-potworki, upstrzone kalkami językowymi. Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów: „Osłabiona pozycja ojca wobec świata zewnętrznego zdegradowała w jakimś sensie jego rolę w naszej rodzinie” (s. 18), „Konflikt między mym doświadczeniem wyniesionym z domu a doznawanym w otaczającym zewnętrznym świecie, przybierał intensywnie na sile” (s. 19), „Soczewkę ogniskującą ich zainteresowanie na istotnych wydarzeniach stanowiło radio, zwłaszcza dla ojca” (s. 23). Są strony, na których jest po kilka tego rodzaju zdań. A wystarczyła dokładniejsza redakcja, by tych wpadek uniknąć. Również korekta była mistyfikacją, ponieważ w wielu miejscach szwankuje zarówno ortografia, jak i interpunkcja. Ogromna to szkoda, ponieważ wspomnienia Nira doskonale nadawałyby się dla młodzieży. Trudno jednak polecać uczniom tekst, który choć wartościowy historycznie i pozwalający się wczuć w sytuację ukrywającego się rówieśnika, równocześnie stanowi zaprzeczenie zasad poprawności językowej. Starszy czytelnik, zgrzytając zębami i odruchowo korygując błędy, zdoła się jakoś skupić na dramatycznych losach Julka i jego rodziny. W każdym razie warto ten wysiłek podjąć.
Yehuda Nir, Utracone dzieciństwo, tłum. Jacek Mazur, Nowy Świat 2011.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

„Dopóki czytasz, dopóty jesteśmy razem” (Ann Kirschner, „Listy z pudełka”)

 

Dla Ann Kirschner historia rodziny zaczynała się w 1946 roku, gdy jej matka, polska Żydówka Sala Garncarz, przypłynęła do Stanów Zjednoczonych ze swym świeżo poślubionym mężem. O tym, co działo się wcześniej, Sala nie chciała mówić. Dopiero po wielu latach, na kilka dni przed poważną operacją, przekazała córce pudełko pełne listów i fotografii. Te pieczołowicie przechowywane pamiątki pozwoliły Ann wejść do świata, którego nie znała i o którym jej matka przez dziesięciolecia nie chciała wspominać.

Co najmniej 74 razy… (Ulrich Volklein, „Joseph Mengele. Doktor z Auschwitz”)

 

 
Co najmniej 74 razy stał na rampie w Birkenau, elegancki i wymuskany, gdy przybywały transporty z Żydami z całej Europy. Jednym gestem dłoni w rękawiczce skazywał na natychmiastową śmierć w komorze gazowej albo na tylko nieco powolniejsze konanie w obozie. Świadkowie twierdzili, że robił to dobrowolnie i z przyjemnością, chociaż był lekarzem. Jednak lekarz w obozie koncentracyjnym nie miał służyć chorym.

„Ciężka kropla dzwonu” (Ida Fink, „Podróż”)

 

Podczas okupacji wywózka na roboty do Niemiec była prawdziwą tragedią: oznaczała oddzielenie od rodziny, wyrwanie ze znajomego środowiska, pracę ponad siły, często głód i poniewierkę, groźbę śmierci od alianckich bomb w fabryce zbrojeniowej. Dla dwóch żydowskich dziewcząt z kresowego getta była jednak to szansa na ocalenie przed śmiercią podczas kolejnej akcji likwidacyjnej.

Nec locus ubi Trochenbrod (Avrom Bendavid-Val, „Niebiosa są puste”)

 



Czy zastanawialiście się kiedyś, jak potoczyło się życie wypędzonych z Anatewki bohaterów „Skrzypka na dachu”? Ci, którzy mieli szczęście dotrzeć bezpiecznie do Ameryki lub Palestyny, dożyli pewnie w spokoju swoich dni. Młodsi ze zgrozą kilkadziesiąt lat później dowiadywali się, jaki los spotkał ich krewnych, przyjaciół i znajomych, którzy zostali na Wschodzie.

„Zrobiłem, co mogłem” (Denis Avey i Rob Broomby, „Człowiek, który wkradł się do Auschwitz”)

Gdyby powstał kiedyś (a aż dziw, że dotąd to nie nastąpiło) film opowiadający o wojennych przeżyciach Denisa Aveya, publiczność i krytycy sarkaliby pewnie, że scenarzyści przesadzili z mnożeniem dramatycznych przejść głównego bohatera. W życiu jednak wszystko może się zdarzyć.